
Nusret wchodzi do gabinetu Yoncy z lekkim, pewnym siebie uśmiechem. W pomieszczeniu panuje porządek typowy dla biura – na jasnym biurku leżą dokumenty, laptop i stojak z długopisami, a na ścianie wisi nowoczesny obraz w stonowanych barwach. Yonca stoi po drugiej stronie biurka w eleganckiej, żółtej bluzce, której kolor mocno kontrastuje z neutralnym wnętrzem. Gdy go widzi, jej uśmiech natychmiast się poszerza.
— Skończyłem już pracę — oznajmia Nusret, zatrzymując się przed biurkiem i opierając dłonie o jego krawędź. — Jeśli ty też jesteś gotowa, możemy już iść.
Yonca przez chwilę przygląda mu się uważnie, jakby chciała przedłużyć tę chwilę.
— Oczywiście — odpowiada spokojnie. — Jest tylko jedna drobna rzecz.
Otwiera szufladę biurka i wyciąga z niej niewielkie, eleganckie pudełeczko w ciemnym kolorze. Podaje je mężczyźnie z lekką nieśmiałością.
— Kupiłam ci mały prezent — mówi. — Oczywiście nie jest tak cenny jak ten, który ty mi podarowałeś… ale pomyślałam, że sprawi ci przyjemność.
Na twarzy Nusreta pojawia się zaciekawienie. Ostrożnie otwiera pudełko.
W środku spoczywa piękny tesbih — różaniec z głębokich, czerwono-granatowych koralików, które błyszczą w świetle lampy.
Mężczyzna przez chwilę milczy, przyglądając się kamieniom.
— Naprawdę nie było potrzeby — mówi w końcu, choć w jego głosie słychać nutę uznania.
Yonca lekko przechyla głowę.
— Ten kamień to szafir — wyjaśnia. — Nazywa się go kamieniem wierności.
Patrzy mu prosto w oczy.
— Podoba ci się?
Nusret przesuwa palcami po chłodnych koralikach.
— Ma… bardzo ciekawą symbolikę — odpowiada powoli.
— Wybrałam go celowo — dodaje Yonca spokojnym, ale znaczącym tonem. — Bo najważniejszą rzeczą między dwojgiem dorosłych ludzi jest lojalność.
Na twarzy Nusreta pojawia się cień powagi. Zamykając pudełko, unosi wzrok.
— Zgadzam się z tobą — mówi. — Kiedy kocham, robię to bez reszty.
Jego głos staje się niższy.
— Jestem gotów zaryzykować życie dla ludzi, których kocham… ale zdrady nie wybaczam.
W jego spojrzeniu pojawia się twardość.
— Jeśli ktoś dopuści się czegoś takiego wobec mnie, staje się moim największym wrogiem. I wtedy… — robi krótką pauzę — nikt nie powstrzyma mojego gniewu.
Przez moment między nimi zapada cisza.
Yonca jednak nie cofa się ani o krok. Z lekkim uśmiechem podchodzi bliżej i delikatnie poprawia klapę jego marynarki, jakby chciała rozładować napięcie.
— Każdy chciałby mieć tak odważnego wroga jak ty — mówi półżartem.
Nusret unosi brew.
— To tak nie działa, pani Yonco — odpowiada z lekkim rozbawieniem. — Strzelasz gole jeden po drugim. Najpierw ta twoja zupa, a teraz różaniec.
Patrzy na nią z wyraźną sympatią.
— Dawno nikt nie okazywał mi tyle uwagi. Zaczynam się obawiać, że mogę się do tego przyzwyczaić.
Yonca uśmiecha się spokojnie, jakby właśnie na to czekała.
— Możesz się przyzwyczajać — mówi miękko. — Bo ja nigdzie się nie wybieram.
Cemil jeszcze raz sprawdza drzwi wejściowe. Ciężka drewniana deska, którą wsunął pod klamkę, opiera się mocno o podłogę i futrynę. Teraz nikt nie otworzy ich z zewnątrz.
Przez chwilę stoi w ciszy w niewielkim przedpokoju. W pomieszczeniu panuje półmrok, a jedyne światło pada z lampy stojącej w salonie. Obok drzwi stoi żeliwny piecyk, który powoli oddaje ciepło do pomieszczenia.
Cemil splata ręce na piersi i spogląda na zablokowane wejście z ponurą determinacją.
— Zobaczymy, czy teraz ktoś spróbuje wejść — mruczy pod nosem.
Ale po chwili marszczy brwi. Sama deska to za mało. Jeśli Cihan naprawdę jest tak uparty, jak mówił, może spróbować wszystkiego.
Dlatego Cemil podchodzi do starej sofy stojącej przy ścianie i ciężko na niej siada.
— Najlepiej będzie, jeśli zostanę tu całą noc — postanawia.
Opiera się plecami o oparcie, nie spuszczając wzroku z drzwi.
Tej nocy nikt nie zabierze jego siostry z tego domu.
W tym samym czasie Hancer przygotowuje się do snu.
Sypialnia jest skromna, ale przytulna. Na łóżku leży jasna narzuta i poduszki w kwiatowe wzory. Na stoliku nocnym pali się mała lampka, rzucając ciepłe światło na ściany.
Hancer poprawia poduszki i wygładza prześcieradło, kiedy drzwi skrzypią lekko.
Do środka wchodzi Derya. Obie są już w piżamach — Hancer w jasnoróżowej, Derya w luźnym zielonym komplecie.
Derya zatrzymuje się przy łóżku i przygląda jej się z rozbawieniem.
— Gotowa? — pyta z cichym śmiechem. — Nie każ mężowi zbyt długo na siebie czekać.
Hancer odwraca się do niej z lekkim zniecierpliwieniem.
— O czym ty znowu mówisz?
— Nie trać czasu na pakowanie walizki — ciągnie Derya z błyskiem w oczach. — I tak cię porwie.
Hancer wzdycha ciężko.
— Znowu zaczynasz, bratowo. Wyraźnie sprawia ci to przyjemność.
— Oczywiście, że tak — odpowiada bez wahania Derya. — Nie mogę się doczekać chwili, kiedy mój szwagier w końcu cię porwie.
Hancer natychmiast marszczy brwi.
— Nie nazywaj go tak.
— Dlaczego nie, kochana? — Derya rozkłada ręce. — Jesteście małżeństwem, prawda? A skoro ty jesteś moją szwagierką, on jest moim szwagrem.
Hancer kręci głową.
— To tak nie działa. W takich sprawach liczy się to, co mówi serce.
Derya unosi brew.
— A serce twojego męża mówi bardzo jasno. W przeciwnym razie nie odważyłby się powiedzieć tego, co powiedział dziś przed twoim bratem.
Podchodzi bliżej łóżka.
— Dziewczyno, przestań być taka uparta. Twój brat stoi przy drzwiach jak strażnik i nie ruszy się stamtąd do rana. Jeśli naprawdę chcesz, żeby wszystko się ułożyło… będziesz musiała trochę pomóc swojemu mężowi.
Hancer odwraca wzrok.
— Nie wierzę Cihanowi, bratowo. On zawsze musi postawić na swoim. Zawsze uważa, że ostatnie słowo należy do niego.
— Może i tak — odpowiada spokojnie Derya — ale dziś brzmiał bardzo poważnie.
Siada na łóżku.
— Mówię ci, że tej nocy po ciebie przyjdzie. Lepiej bądź gotowa.
Po tych słowach kładzie się na łóżku od strony drzwi i przykrywa się kołdrą, zostawiając drugą połowę miejsca dla Hancer — od strony okna.
Jej spojrzenie na moment zatrzymuje się właśnie tam.
Na ciemnej szybie.
W jej oczach pojawia się cień uśmiechu.
Derya jest niemal pewna, że jeśli Cihan rzeczywiście zdecyduje się porwać Hancer… to właśnie przez to okno.
Derya zasypia niemal natychmiast. Zaledwie kilka minut po tym, jak położyła się na łóżku, jej oddech staje się równy i spokojny.
Hancer jednak nie potrafi zmrużyć oka.
Siedzi oparta o wysokie, jasne wezgłowie łóżka, z rękami splecionymi na kołdrze. W pokoju panuje półmrok — jedynie lampka nocna rzuca ciepłe, przytłumione światło na ścianę i kwiatowy obraz wiszący nad łóżkiem. Za zasłoną widać bladą poświatę księżyca.
Jej oczy pozostają szeroko otwarte.
— Nie ma mowy… — szepcze cicho do siebie. — Nie zrobiłby czegoś takiego.
Jej spojrzenie mimowolnie kieruje się w stronę okna.
— On tylko próbuje mnie zmusić, żebym wróciła do jego domu — mówi dalej szeptem. — Chce mnie tam zabrać, żeby dalej mnie torturować. Cihan zawsze doprowadza sprawy do końca. Zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel.
Nagle ciszę nocy przecina cichy trzask dochodzący z zewnątrz.
Hancer natychmiast prostuje się na łóżku.
— Bratowo… — mówi półgłosem, lekko potrząsając kołdrą. — Słyszałaś to?
Derya nawet się nie porusza.
Jej oddech pozostaje równy, jakby spała bardzo głęboko.
Hancer przez chwilę nasłuchuje. W pokoju znów zapada cisza.
Powoli zsuwa się z poduszki i ostrożnie podchodzi do okna. Delikatnie odchyla firankę i wygląda na zewnątrz.
Na podwórku panuje spokój. Drzewa poruszają się lekko na wietrze, a w oddali szczeka jakiś pies.
— Dobrze… nic tam nie ma — szepcze z ulgą. — To pewnie tylko jakiś pies.
Wraca do łóżka i ponownie opiera się o wezgłowie.
Jednak jej myśli natychmiast wracają do słów Cihana.
— Powiedział to tylko po to, żeby przekonać mojego brata — mówi cicho, próbując przekonać samą siebie. — Porwanie… to nie w jego stylu. On zawsze wszystko planuje. Jest zimny, opanowany. Nie zrobiłby czegoś takiego.
Nagle z drugiej strony łóżka rozlega się gwałtowne westchnienie.
— Och, na Boga! — Derya nagle zrzuca z siebie kołdrę.
Okazuje się, że wcale nie spała.
Podnosi się na łokciu i patrzy na Hancer z wyraźnym zniecierpliwieniem.
— Nie przestajesz gadać jak najęta — burczy. — Jakby mało było tego, że nie pozwoliłaś mężowi się porwać, to jeszcze teraz nie dajesz mi spać.
Hancer patrzy na nią zaskoczona.
— Myślałam, że śpisz.
— Przy tobie? To niemożliwe — prycha Derya.
Zdecydowanym ruchem odrzuca kołdrę, wsuwa stopy w kapcie stojące przy łóżku i wstaje.
— Idę do Emira — oznajmia. — Przynajmniej tam będzie cisza.
Bez kolejnego słowa wychodzi z pokoju i zamyka za sobą drzwi.
W sypialni znów zapada cisza.
Hancer wzdycha ciężko i powoli opada plecami na poduszki. Jej wzrok znów zatrzymuje się na oknie.
I choć próbuje o tym nie myśleć… w jej głowie wciąż brzmią słowa Cihana.
Choć została już sama w łóżku, Hancer wciąż nie potrafi zasnąć. Leży przez chwilę nieruchomo, patrząc w sufit, ale myśli nie dają jej spokoju. Cisza nocy zdaje się tylko potęgować napięcie.
Nagle rozlega się cichy stukot w szybę.
Hancer natychmiast podnosi głowę. Serce zaczyna jej bić szybciej.
Znów ten dźwięk.
Tym razem jest absolutnie pewna — to nie pies ani wiatr.
Powoli zsuwa się z łóżka i podchodzi do okna. Ostrożnie odchyla firankę.
I zastyga.
Za szybą stoi Cihan.
— Co ty tutaj robisz? — pyta szeptem, szybko otwierając okno.
Cihan natychmiast przykłada palec do ust.
— Ciszej — szepcze. — Przyszedłem z tobą porozmawiać.
Hancer patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Teraz? W środku nocy? — syczy cicho. — Zwariowałeś? Nie mamy o czym rozmawiać.
— Mamy — odpowiada spokojnie. — A jeśli ty nie przyjdziesz do mnie, to ja przyjdę do ciebie.
Unosi nogę, chcąc wejść do środka.
— Stój! — Hancer natychmiast chwyta ramę okna. — Co ty robisz?! Nie wchodź tu!
Nerwowo ogląda się przez ramię w stronę drzwi.
— Mój brat jest w domu. Jeśli nas usłyszy…
— Niech usłyszy — odpowiada cicho Cihan. — Przyszedłem odwiedzić swoją żonę. I nie odejdę stąd, dopóki nie porozmawiamy.
— Nie mamy o czym! — Hancer próbuje zamknąć okno.
Cihan jednak przytrzymuje ramę.
— Nie walcz na próżno. — Jego głos staje się stanowczy. — Nigdzie się nie ruszę. Porozmawiamy tutaj albo na zewnątrz.
Hancer zaciska usta.
— Nie mogę wyjść. Mój brat pilnuje drzwi.
Na ustach Cihana pojawia się cień uśmiechu.
— To akurat nie problem.
Zanim Hancer zdąży zaprotestować, Cihan przenosi ją przez okno i po chwili stawia na trawie przed domem.
— Dobrze — mówi zniecierpliwiona Hancer, poprawiając włosy. — Jestem tutaj. Powiedz teraz, co masz do powiedzenia.
— Nie tutaj — odpowiada Cihan. — Idziemy do samochodu.
— Nigdzie nie idę. Porozmawiamy tutaj.
— Jest zimno. Zaraz się przeziębisz.
— Wcale nie jest mi zimno — odpowiada szybko Hancer, choć w cienkiej piżamie wyraźnie drży.
Cihan przygląda jej się przez chwilę.
— A nie boisz się, że ktoś nas zobaczy? — pyta spokojnie. — Zwłaszcza teraz, gdy stoisz tu w samej piżamie. Co powiesz swojemu bratu, jeśli ktoś mu o tym doniesie?
Jak na zawołanie ulicą przechodzi para starszych sąsiadów. Mężczyzna i kobieta zwalniają krok, spoglądając w stronę domu.
Hancer blednie.
— O nie… — szepcze przerażona. — To Sebahat!
Natychmiast chwyta Cihana za ramiona i pociąga go w dół.
— Kucaj!
Oboje przywierają do ściany domu, próbując ukryć się w cieniu.
Hancer zerka ostrożnie ponad jego ramieniem.
— Nie rozumiem, o czym chcesz ze mną rozmawiać o tej porze — szepcze zdenerwowana.
— Jeśli mnie wysłuchasz, zrozumiesz — odpowiada spokojnie Cihan.
Hancer wzdycha ciężko.
— Dobrze. Chodźmy do samochodu. Jeśli ktoś nas zobaczy, nie będę w stanie wytłumaczyć się mojemu bratu.
Kilka chwil później oboje siedzą już w samochodzie.
Hancer zamyka drzwi i odwraca się w stronę Cihana.
W tym samym momencie słychać charakterystyczne kliknięcie centralnego zamka.
Hancer marszczy brwi.
— Co ty robisz?
Cihan spokojnie kładzie dłonie na kierownicy.
— Nie widzisz? — odpowiada bez emocji.
Przekręca kluczyk w stacyjce.
— Porywam swoją żonę.
Silnik ożywa cichym pomrukiem.
— Cihan, natychmiast zatrzymaj samochód! — protestuje Hancer.
On jednak już rusza.
Samochód powoli odjeżdża w noc.
Cihan zatrzymuje samochód na skraju niewielkiej polany. Silnik cichnie, a wokół natychmiast zapada głęboka, nocna cisza. Światła reflektorów oświetlają stary, drewniany domek stojący kilka metrów dalej. Budynek jest niewielki i wyraźnie nadgryziony zębem czasu. Ciemne, drewniane deski ścian miejscami poszarzały, a niewielkie okna zasłaniają cienkie firanki. Przed wejściem stoją donice z czerwonymi pelargoniami i zielonymi roślinami. Wokół rośnie gęsta trawa, a za domkiem zaczyna się ściana wysokich drzew, których gałęzie szumią cicho na nocnym wietrze. Całość sprawia wrażenie miejsca zapomnianego przez świat.
Cihan wysiada z samochodu i obchodzi auto. Hancer wychodzi chwilę później, rozglądając się niepewnie.
— Gdzie my jesteśmy? — pyta zdezorientowana, przyglądając się ciemnemu lasowi i starej chacie.
— Na wsi — odpowiada spokojnie Cihan. — Wystarczająco daleko od miasta.
Hancer odwraca się gwałtownie w jego stronę.
— Ty naprawdę mnie porwałeś! — mówi podniesionym głosem, jakby dopiero teraz w pełni do niej to dotarło.
Cihan unosi lekko brwi.
— Myślałaś, że żartuję?
— Miałam taką nadzieję — odpowiada z wyrzutem. — Myślałam, że zaraz się zatrzymasz, zawrócisz i wszystko skończy się na głupim strachu. Chciałam tylko, żeby nikt nas nie zobaczył… żeby mój brat niczego nie podejrzewał.
Rozgląda się jeszcze raz wokół.
— Co my tu będziemy robić?
— Ty będziesz mówić, a ja będę słuchać — odpowiada spokojnie Cihan. — Ale najpierw chodź.
Chwyta ją za ramię i prowadzi w stronę domku.
— Cihan, dokąd mnie prowadzisz? — Hancer próbuje się wyrwać. — Do kogo należy ten dom?
— Do mojego przyjaciela. Wspominałem ci o nim wcześniej. Kiedyś bardzo mu pomogłem. Teraz on pomaga mnie. Udostępnił nam swój dom.
Cihan sięga ręką pod niewielki okap dachu nad drzwiami. Przez chwilę czegoś szuka, aż w końcu wyciąga ukryty klucz.
Hancer cofa się o krok.
— Nie ma mowy, żebym weszła do środka — mówi stanowczo. — Jeśli chciałeś mi coś udowodnić, już to zrobiłeś. Wystarczy. Odwieź mnie do domu.
Cihan wkłada klucz do zamka.
— Stąd nie ma już odwrotu.
Zamek cicho zgrzyta, gdy przekręca klucz i otwiera drzwi.
— Wejdź — mówi spokojniej. — Proszę.
— Nie — odpowiada stanowczo Hancer. — Jeśli ty mnie nie odwieziesz, wrócę sama.
Odwraca się na pięcie i rusza przed siebie, w stronę ciemnej drogi prowadzącej między drzewami.
Nie zdąża zrobić nawet kilku kroków.
Cihan szybko ją dogania.
— Dokąd chcesz iść w środku nocy? — pyta, łapiąc ją za rękę.
— Puszczaj mnie!
Zanim zdąży zaprotestować po raz kolejny, Cihan podnosi ją na ręce.
— Cihan! Natychmiast mnie postaw! — oburza się, próbując się wyrwać.
On jednak tylko mocniej ją przytrzymuje i spokojnym krokiem wraca w stronę chaty. Po chwili przekracza próg i wnosi ją do środka, jakby jej protesty w ogóle nie miały znaczenia.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 36.Bölüm i Gelin 37.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.