
Sinem wchodzi po schodach szybkim, zdecydowanym krokiem. Jej twarz jest napięta, a w oczach widać coś, czego dawno w niej nie było — determinację.
Mija drzwi swojego pokoju, nawet na nie nie patrząc. Zatrzymuje się dopiero przed drzwiami sypialni Mukadder.
Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby zbierała w sobie odwagę. Potem naciska klamkę i wchodzi do środka.
Pokój jest elegancki, perfekcyjnie uporządkowany. Sinem podchodzi powoli do łóżka. Klęka przy nim i wsuwając rękę pod ramę, wyciąga ukrytą tam drewnianą laskę.
Na jej twarzy pojawia się cień bólu. Wspomnienia wracają jak uderzenie.
To właśnie tą laską Mukadder wielokrotnie ją biła. Upokarzała. Karała za każdy sprzeciw.
Sinem prostuje się powoli i zaciska dłoń na drewnie. Tym razem jednak nie wygląda jak ofiara.
Wraca na dół.

W salonie Mukadder i Beyza siedzą na kanapie. Rozmawiają półgłosem, ale gdy tylko Sinem pojawia się w pomieszczeniu, obie natychmiast milkną.
Ich wzrok zatrzymuje się na lasce w jej dłoni.
Zapada cisza.
Sinem zbliża się powoli i zatrzymuje naprzeciwko kanapy.
Mukadder prostuje się lekko.
— Co to jest? — pyta.
Jej głos brzmi chłodno, ale da się w nim wyczuć delikatne drżenie. Po raz pierwszy to ona patrzy na tę laskę z niepokojem.
Sinem patrzy teściowej prosto w oczy. Już się jej nie boi.
— Czy nie wyciągałaś jej za każdym razem, gdy się tobie sprzeciwiałam?
Mukadder zaciska usta.
— Odłóż ją na miejsce.
Sinem jednak nie rusza się ani o krok. Podnosi laskę lekko i wyciąga ją przed siebie w stronę teściowej.

— Zgadzam się na swoją karę.
Mukadder marszczy brwi.
— Co powiedziałaś?
— Ukarz mnie teraz — mówi spokojnie Sinem. — Bo tym razem cię nie posłucham. — Jej głos jest cichy, ale stanowczy. — Pojadę do szpitala.
Beyza patrzy na nią szeroko otwartymi oczami, zaskoczona nagłą zmianą w jej zachowaniu.
Mukadder powoli wstaje z kanapy. Podchodzi bliżej.
Przez chwilę obie kobiety stoją naprzeciwko siebie w napiętej ciszy.
W końcu Mukadder wyciąga rękę i jednym pewnym ruchem zabiera laskę z dłoni Sinem. Przez moment obraca ją w palcach, jakby przypominała sobie dawne czasy. Na jej ustach pojawia się chłodny uśmiech.
— Nie ma takiej potrzeby — mówi powoli.
Sinem patrzy na nią uważnie.
— Skoro jesteś tak zdeterminowana… — kontynuuje Mukadder — nic cię nie powstrzyma.
Lekko odsuwa się na bok.
— Idź.
Jej uśmiech staje się jeszcze bardziej lodowaty.
— Nie spóźnij się.
Krótka pauza.
— I pozdrów ode mnie moją synową.
Sinem przez chwilę stoi nieruchomo. Potem lekko kiwa głową. Odwraca się i wychodzi z salonu.