Wieczór powoli otulał rezydencję ciepłym, złotawym światłem żyrandoli. Przestronny salon, urządzony z przesadną elegancją – rzeźbione meble, miękkie, aksamitne kanapy i ciężkie zasłony – sprawiał wrażenie miejsca, w którym wszystko powinno być idealne. A jednak w powietrzu wisiało napięcie, którego nie dało się zagłuszyć nawet brzękiem talerzy.

Gülşüm i Aysu krzątały się przy stole, ustawiając kolejne półmiski – świeża sałatka, złociste frytki, pieczywo. Ich ruchy były szybkie, niemal mechaniczne, jakby chciały jak najszybciej zająć czymś ręce i nie myśleć.
Na kanapie, naprzeciwko stołu, siedziały Sinem i Mukadder.
Mukadder, wyprostowana, z dłonią opartą na kolanie, przyglądała się wszystkiemu z nieukrywaną surowością.
– Gdzie Mine? – zapytała w końcu, nie odrywając wzroku od synowej. – Wysłałaś ją do swoich rodziców?
Sinem westchnęła cicho, poprawiając brzeg chusty.
– Była bardzo zmęczona po szkole. Zjadła i od razu zasnęła – odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewało zmęczenie.
Mukadder prychnęła lekko.
– Skoro dostałaś pozwolenie od Cihana, to kiedy zamierzasz rozdzielić mnie z moją wnuczką?
Sinem podniosła na nią wzrok.
– Nigdzie się nie wybieramy, mamo. – Jej ton był łagodny, ale stanowczy. – To jest nasz dom. Mine będzie dorastać tutaj, przy swoim ojcu. Rozmawiałam o tym z Cihanem.
Na chwilę zapadła cisza.
– Jutro złożymy ofiarę z baranka – oznajmiła Mukadder, jakby zamykając temat. – Rozdamy mięso potrzebującym. Beyza wróciła, a ty w końcu oprzytomniałaś. Oby Bóg sprawił, żebyśmy znów byli szczęśliwi jak dawniej.
W tym momencie do salonu wszedł Cihan.
Jego obecność natychmiast zmieniła atmosferę. Wysoki, pewny siebie, o twardym spojrzeniu – rozejrzał się krótko po pomieszczeniu i usiadł na przeciwległej kanapie, zachowując dystans.
Mukadder od razu zwróciła się do niego:
– Może Beyza też zje dziś z nami kolację? – zaproponowała z nadzieją. – Usiądziemy razem, jak kiedyś. Jak rodzina.
Cihan spojrzał na nią chłodno.
– Mamo, ile razy mam to powtarzać? – Jego głos był spokojny, ale twardy jak kamień. – Beyza nie jest moją żoną.
Zrobił krótką pauzę.
– Moją żoną jest Hancer. I tylko ona może siedzieć obok mnie przy stole.
Na twarzy Mukadder pojawił się cień irytacji.
– Nazywasz ją żoną, a ona tylko myśli o tym, jak od ciebie uciec.
Cihan zacisnął szczękę.
– Wystarczy, mamo. – Jego głos stał się ostrzejszy. – Nie wtrącaj się w moje małżeństwo.
Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Wszyscy na moment zamarli.
Gülşüm odstawiła talerz i ruszyła do drzwi. Po chwili wróciła, a za nią do salonu wszedł Ertuğrul.
Mężczyzna wyglądał na zmęczonego, jakby długo się wahał, zanim tu przyszedł. Jego twarz była napięta, a spojrzenie niespokojne.
– Dobry wieczór – powiedział, próbując się uśmiechnąć.
Podszedł do Cihana i wyciągnął rękę. Uścisk był krótki, ale znaczący. Po chwili usiadł obok niego.
– Przepraszam, że przychodzę o takiej porze, ale Cemil powiedział mi coś, co nie daje mi spokoju. Dlatego musiałem przyjść.
Cihan spojrzał na niego uważnie.
– Mistrzu… – zaczął spokojnie, choć jego oczy zdradzały napięcie. – Wiesz, że cię szanuję. Ale nie chcę słuchać niczego na temat Hancer.
Ertuğrul pokręcił głową.
– Synu, nie przyszedłem z tobą rozmawiać. – Jego głos był cichy, ale stanowczy. – Przyszedłem zobaczyć Hancer. Jej brat się o nią martwi. Chcę zobaczyć, w jakim jest stanie, i przekazać mu prawdę.
W salonie znów zapadła cisza. Cihan spuścił na moment wzrok, jakby ważył decyzję.
– Nie mogę na to pozwolić – powiedział w końcu.
Ertuğrul nie ustąpił.
– Nawet więźniowie mają prawo do odwiedzin – odparł spokojnie. – Czy odebrałeś jej nawet to?
Te słowa zawisły w powietrzu ciężko jak oskarżenie. Cihan przełknął ślinę. W jego oczach na moment pojawiło się zawahanie.
– Dobrze… – powiedział w końcu cicho. – Tobie pozwolę ją zobaczyć.
Podniósł wzrok.
– Ale tylko raz.
Obaj mężczyźni wstali jednocześnie i ruszyli w stronę schodów.
W sypialni panowała cisza, ciężka i nieruchoma, jakby powietrze samo wstrzymało oddech. Jasne światło lamp odbijało się od białych ścian i lustrzanej tafli stojącego przy ścianie zwierciadła.
Hancer siedziała na brzegu łóżka, nieruchoma, z dłońmi splecionymi na kolanach. Obok niej leżało otwarte pudełko. W jego wnętrzu spoczywał pistolet – chłodny, metaliczny, obcy w tej eleganckiej, uporządkowanej przestrzeni.
Nagle rozległ się dźwięk przekręcanego klucza.
Hancer drgnęła. W jednej chwili zamknęła pudełko, wsunęła je do szuflady komody i domknęła ją niemal bezszelestnie. Wróciła na łóżko i przyjęła poprzednią pozycję, jakby nic się nie wydarzyło.
Drzwi otworzyły się.
Do środka wszedł Cihan, a tuż za nim Ertuğrul.
Hancer natychmiast wstała. Jej twarz była spokojna, ale oczy zdradzały napięcie.
– Córko… wszystko z tobą dobrze? – zapytał Ertuğrul, robiąc krok w jej stronę. W jego głosie pobrzmiewała troska, niemal ojcowska czułość.
– Przyszedł cię odwiedzić – odezwał się Cihan chłodno. – Twój brat go przysłał. Chciał wiedzieć, czy nic ci nie jest.
Hancer skinęła głową, ale nie odpowiedziała.
Ertuğrul spojrzał na Cihana.
– Czy możemy zostać sami?
– Nie – odparł natychmiast. – Powiedz, co masz do powiedzenia. Przy mnie.
Starszy mężczyzna zmrużył oczy.
– Nie ma mowy. Daj nam dwie minuty.
Przez krótką chwilę panowała cisza. Cihan mierzył go spojrzeniem, jakby ważył, czy ustąpić. W końcu odwrócił się bez słowa i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Dopiero wtedy napięcie nieco opadło.
Hancer i Ertuğrul usiedli naprzeciw siebie w dwóch jasnych fotelach. Między nimi stał mały stolik – chłodny, biały, niemal sterylny, jak dystans, który dzielił ich od prawdy.
– Córko… – zaczął cicho Ertuğrul. – Twój brat powiedział mi, co się stało. Martwi się o ciebie.
Zawahał się na moment.
– Czy Cihan… zrobił ci coś?
Hancer spuściła wzrok.
– Tak, wujku Ertuğrulu… – jej głos zadrżał. – Złamał mi serce.
Mężczyzna westchnął ciężko, jakby spodziewał się tej odpowiedzi.
– Powiedz mi jedno. I bądź ze mną szczera. Chcesz tu zostać?
Podniosła na niego oczy.
– Kochasz swojego męża?
Przez chwilę milczała. Potem skinęła głową.
– Kocham. Bardzo.
– Więc chcesz z nim być?
Hancer zacisnęła dłonie.
– Jedyne miejsce, w którym chcę być… jest tutaj. Przy nim. – Wzięła głęboki oddech. – Moje serce mówi: „Zostań. Nie odchodź. Kochasz go.”
Na moment zamknęła oczy.
– Ale rozum… każe mi odejść. I jest jeszcze dziecko… nienarodzone dziecko. Czy moje uczucia są ważniejsze niż jego życie?
Jej głos stał się cichszy.
– Chcę zostać… ale muszę odejść.
Ertuğrul patrzył na nią długo, w milczeniu. W jego oczach pojawił się smutek, ale i zrozumienie.
– Rozumiem cię, córko – powiedział w końcu.
Wstał powoli. Nie próbował jej przekonać, nie szukał już słów.
Po chwili wyszedł.
Na korytarzu zatrzymał się naprzeciwko Cihana.
Młodszy mężczyzna stał wyprostowany, napięty, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
– Widziałeś ją – odezwał się chłodno. – Nic jej nie jest. Szczerze mówiąc, jestem rozczarowany, że pomyślałeś, że mogłem ją skrzywdzić.
Ertuğrul spojrzał na niego uważnie.
– Nie trzeba podnosić ręki, żeby kogoś zranić – odpowiedział spokojnie. – Jej serce zostało złamane. I tym razem to nie ty będziesz tym, który je uleczy.
Cihan zacisnął szczękę.
– Chcesz, żebym ją puścił?
– Pytanie brzmi: czy ona uniesie ten ból – odparł Ertuğrul. – Daj jej szansę zdecydować.
– Dość! – Cihan podniósł głos, a echo odbiło się od ścian. – Nie potrzebuję rad! Każdy, kto mówi mi, żebym ją puścił… staje się moim wrogiem!
Starszy mężczyzna nie cofnął się ani o krok.
– Gdybyś naprawdę ją kochał, pozwoliłbyś jej odejść – powiedział twardo. – Nie dopuściłbyś do tego wszystkiego.
Zrobił krótką pauzę, po czym dodał ciszej, ale z większą siłą:
– Nie widzę dla ciebie nadziei, jeśli tego nie zrozumiesz. Dlatego powiem wprost: pomożesz jej się spakować. A potem zawieziesz ją do domu jej brata. To moje ostatnie słowo.
Odwrócił się i odszedł.
Cihan stał przez chwilę nieruchomo. W jego oczach pojawił się gniew – gorzki, duszący.
Zacisnął pięść i z całej siły uderzył w ścianę.
Nie znosił, gdy ktoś go pouczał. A jeszcze bardziej… gdy ktoś miał rację.
Drzwi otworzyły się z impetem.
Cihan wszedł do pokoju szybkim, ciężkim krokiem. Jego spojrzenie było ostre jak nóż – chłodne, bezlitosne, przeszywające. Zatrzymał się kilka kroków od Hancer i przez moment tylko na nią patrzył, jakby próbował odczytać z jej twarzy coś, czego nie chciał usłyszeć na głos.
– Co mu powiedziałaś? – zapytał w końcu. W jego głosie drżał gniew, ledwie trzymany w ryzach.
Hancer zadrżała. Jej palce mimowolnie zacisnęły się na materiale spódnicy, a w oczach natychmiast pojawiły się łzy. Bała się go. Nie tego, co mógł zrobić fizycznie – ale tego, co już zrobił z jej sercem.
– Powiedziałaś mu, że mnie nie kochasz? – podniósł głos. – Że jestem człowiekiem godnym jedynie pogardy?!
– Cihanie, przestań… – wyszeptała, ale jej słowa były zbyt słabe, by go zatrzymać.
– Tak! – wybuchł. – Taki właśnie jestem, prawda? Godny pogardy! Bo kocham własną żonę!
Jego głos odbił się echem od ścian. Cisza, która po nim zapadła, była jeszcze cięższa.
Hancer zrobiła krok w tył, jakby chciała się oddalić od tej burzy.
– Cihanie, błagam… pozwól mi odejść – powiedziała drżąco. – Nie dręcz siebie ani mnie. Proszę. Nieważne, jak długo mnie tu zatrzymasz… nie zmienię zdania. Nie uniosę tego ciężaru.
Podniosła na niego wzrok, pełen bólu.
– Zatrzymaj to. Tę… tyranię.
Słowo zawisło w powietrzu jak wyrok.
Cihan zamarł tylko na ułamek sekundy. Potem jego twarz stwardniała jeszcze bardziej. Nie zamierzał niczego zatrzymywać. Poza nią.
Podszedł gwałtownie, chwycił ją mocno za ramiona i przyciągnął do siebie. Nachylił się nad nią. Jego spojrzenie było teraz niemal dzikie.
– Nie interesuje mnie, co myślą inni! – syknął. – Nie pozwolę ci stąd odejść!
Hancer wyrwała się z jego uścisku z nagłą determinacją, której sam się nie spodziewał. Cofnęła się, niemal potykając, po czym szybko podeszła do komody.
Drżącymi rękami wysunęła szufladę.
Wyjęła pudełko.
A potem pistolet.
Odwróciła się i stanęła naprzeciwko niego. Przez moment patrzyli na siebie w ciszy, która zdawała się krzyczeć głośniej niż jakiekolwiek słowa.
Wyciągnęła broń w jego stronę, trzymając ją za lufę – jakby oddawała mu wyrok.
– W takim razie zabij mnie – powiedziała cicho, ale z przerażającą stanowczością. – Uwolnij mnie od tego wszystkiego.
Cihan zamarł. Szok przemknął przez jego twarz.
– Jak to znalazłaś? – zapytał, jakby nie rozumiał, co widzi.
– Weź to! – nalegała. Jej głos drżał, ale nie cofnęła ręki. – Zabij mnie. Nie chcę już tego życia… tej klatki… Nie chcę być powodem, przez który niewinne dziecko może zapłacić najwyższą cenę.
– Hancer… przestań mówić takie rzeczy.
– Nie prowokuj mnie! – krzyknęła nagle. – Zniszczyłeś nas!
Cihan zrobił krok w jej stronę.
– Daj mi to. Natychmiast.
Hancer cofnęła się instynktownie. Jej dłonie drżały coraz bardziej. Nagle zmieniła chwyt – teraz trzymała broń pewniej, za rękojeść. Lufa była skierowana prosto w jego pierś.
– Nie zbliżaj się! – ostrzegła.
Ale on i tak zrobił kolejny krok.
Powoli, jakby nie bał się ani jej, ani broni.
Sięgnął ręką i chwycił lufę pistoletu. Bez wahania przyciągnął ją do siebie, do własnej klatki piersiowej.
– Jeśli to ma się skończyć… to skończmy to teraz – powiedział cicho, niemal szeptem.
Ich dłonie zetknęły się na broni. Zaczęli się szarpać.
Krótka, chaotyczna walka – oddechy urwane, ruchy gwałtowne, desperackie.
I nagle…
wystrzał.
Głuchy huk rozdarł ciszę pokoju. Na ułamek sekundy wszystko zamarło.
Spojrzeli na siebie – oboje w szoku, jakby nie rozumieli, co właśnie się stało.
A potem…
Cihan zachwiał się.
Jego oczy rozszerzyły się, a oddech urwał w połowie.
Powoli, bez siły, osunął się na podłogę.
Na jasnej koszulce, na wysokości mostka, pojawiła się ciemna plama.
Najpierw niewielka.
Potem coraz większa.
I większa…
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 73.Bölüm i Gelin 74.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.