Cmentarz spowijała ciężka, przytłaczająca cisza. Między wysokimi drzewami przesuwał się chłodny wiatr, poruszając czarnymi chustami i płaszczami żałobników. Nad świeżo wykopanym grobem unosił się zapach wilgotnej ziemi, a monotonne uderzenia łopat brzmiały boleśnie głośno wśród zgromadzonych.

Mężczyźni powoli zasypywali grób Yasemin. Każda spadająca grudka ziemi zdawała się ostatecznie zamykać rozdział jej życia.

Hancer stała nieruchomo, ze spuszczonym wzrokiem. Miała zaczerwienione oczy i pobladłą twarz. Obok niej kobiety cicho szlochały, próbując podtrzymywać się nawzajem.

Wtedy z tłumu wyłoniła się Beyza.

Powoli podeszła do Hancer i zatrzymała się tuż obok niej. Na jej twarzy malował się smutek, ale w spojrzeniu kryło się coś chłodnego, trudnego do odczytania.

— Moje kondolencje — wyszeptała cicho.

Hancer ledwie skinęła głową. Beyza przez chwilę patrzyła na świeży grób.

— Nie potrafię cię teraz nienawidzić — dodała po chwili. — To ty ją znalazłaś… Nie mogę sobie nawet wyobrazić, co wtedy przeżyłaś. Jaki to musiał być szok.

Hancer zamknęła oczy, jakby same wspomnienia sprawiały jej ból.

— Wciąż mam ten obraz przed oczami… — powiedziała drżącym głosem. — Ciągle o tym myślę.

Beyza westchnęła teatralnie i spojrzała na nią z pozornym współczuciem.

— Życie bywa okrutne, prawda? — szepnęła. — Rano człowiek widzi kogoś po raz ostatni i nawet o tym nie wie. Może tamtego dnia nie zdążyłyście sobie powiedzieć nawet zwykłego „dzień dobry”… A kilka godzin później wszystko się kończy.

Hancer poczuła, jak łzy ponownie napływają jej do oczu.

— Rano odprowadziła mnie do drzwi — odpowiedziała łamiącym się głosem. — Miała tylko dokończyć pracę i przyjechać do sądu. Czekałam na nią… ale nigdy się nie pojawiła.

Spojrzała na grób i zacisnęła drżące dłonie.

— Wygląda na to, że było mi przeznaczone zobaczyć ją taką po raz ostatni.

Beyza uważnie obserwowała jej twarz. Powoli odetchnęła z ulgą.

A więc Yasemin nic jej nie powiedziała. Nie zdążyła.

Na ustach Beyzy pojawił się niemal niewidoczny cień uśmiechu, który natychmiast zniknął.

Odwróciła się i ruszyła w stronę Gulsum stojącej kilka kroków dalej. Pokojówka wyraźnie unikała jej spojrzenia.

Beyza zatrzymała się przy niej i pochyliła lekko.

— Wszyscy kiedyś umrzemy — powiedziała cicho, ale jej głos zabrzmiał lodowato. — Jednak zdrajcy zwykle umierają szybciej.

Gulsum zesztywniała.

— Dlatego radzę ci uważać — ciągnęła Beyza spokojnym tonem. — Na każdy krok. Na każde słowo. Na każdą decyzję. Nigdy nie wiadomo, dokąd mogą nas zaprowadzić błędy.

Pokojówka nerwowo przełknęła ślinę. Beyza spojrzała w stronę grobu Yasemin.

— Najgorsze jest to, że pewnych rzeczy nie da się już naprawić — dodała niemal szeptem. — Nie ma lekarstwa na śmierć… prawda, Gulsum?

Po plecach pokojówki przebiegł lodowaty dreszcz. Przez chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Jeszcze niedawno była dumna, że Beyza uczyniła ją swoją osobistą asystentką. Wydawało jej się, że to szansa na lepsze życie i większy szacunek w rezydencji.

Teraz jednak coraz bardziej się jej bała.

Bo z każdym dniem coraz mocniej uświadamiała sobie jedno — Beyza była zdolna absolutnie do wszystkiego.

Wieczór był duszny i cichy. Ulica tonęła w żółtawym świetle latarni, a zza wysokiego żywopłotu dochodził jedynie odległy szum miasta. Sinem wyszła z domu ojca z workiem śmieci i szybkim krokiem podeszła do stojącego przy krawężniku kontenera.

Unosząc klapę, wrzuciła worek do środka. Już miała odejść, gdy usłyszała za sobą czyjeś kroki.

Zamarła.

Odwróciła się gwałtownie i w półmroku dostrzegła sylwetkę Meliha.

Jej serce przyspieszyło.

— Co ty tutaj robisz? — zapytała ściszonym głosem, nerwowo rozglądając się po ulicy. — Zwariowałeś? Jeśli ktoś nas zobaczy…

Melih podszedł bliżej.

— Właśnie dlatego przyszedłem — odpowiedział spokojnie. — Czy twój ojciec jest w domu?

Sinem pobladła.

— Jest. Proszę cię, odejdź, zanim cię zauważy. I tak wszyscy patrzą teraz na mnie. Wystarczy jedno słowo, jeden donos… Zaraz wszystko do niego dotrze.

Melih jednak nawet się nie zatrzymał.

— Nie chcę się więcej ukrywać — powiedział stanowczo. — Zamierzam wejść do środka i poprosić twojego ojca o pozwolenie.

Ruszył w stronę bramy, ale Sinem szybko zastąpiła mu drogę.

— Melihu, opanuj się! Co ty wyprawiasz?

— Robię to, co powinienem był zrobić dawno temu.

— Dzisiaj byliśmy na pogrzebie — wyszeptała. — To nie jest odpowiedni moment na takie rozmowy.

Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. W jego oczach było zmęczenie, ale i determinacja.

— Właśnie dlatego nie chcę dłużej czekać — odpowiedział stanowczo. — Dzisiaj, stojąc nad grobem, zrozumiałem coś bardzo wyraźnie. Życie kończy się szybciej, niż nam się wydaje. Nie chcę już odkładać wszystkiego na później, Sinem.

Kobieta spuściła wzrok.

— Sama rozmowa z ojcem nie wystarczy — powiedziała po chwili. — Musisz porozmawiać też z Cihanem.

Melih zmarszczył brwi.

— Dlaczego z nim? Przecież mieszkasz teraz w domu ojca. A poza tym… twój mąż nie żyje. Przez lata nosiłaś żałobę. Ile jeszcze masz cierpieć? Czy nie masz prawa zacząć od nowa?

Sinem zacisnęła dłonie na rękawach płaszcza.

— Nie rozumiesz… Nie możemy podjąć żadnej decyzji bez zgody Cihana. Bardzo wiele mu zawdzięczam. Pomógł mi, kiedy byłam sama. Nie mogę teraz po prostu go zignorować.

Melih zaśmiał się gorzko.

— A ja? — zapytał z bólem. — Ja nic dla ciebie nie zrobiłem? Zerwałem relację z własną matką. Z własną rodziną. Dla ciebie. A ty mówisz mi, że nie potrafisz sprzeciwić się Cihanowi?

— To nie tak…

— W takim razie jak? — przerwał jej. — Powiedziałem ci, że możesz na mnie liczyć. Że będę przy tobie bez względu na wszystko. Dlaczego nadal mi nie wierzysz?

Sinem podniosła na niego pełne niepokoju spojrzenie.

— Wierzę ci… Po prostu… wstydzę się. Jeśli podejmę decyzję bez wiedzy Cihana, będzie to wyglądało tak, jakbym w ogóle nie miała dla niego szacunku.

Melih pokiwał głową powoli, jakby właśnie upewnił się w czymś, czego od dawna się obawiał.

— Rozumiem — powiedział cicho. — Czyli nie chodzi o czas. Po prostu nie chcesz tego tak bardzo jak ja.

— Nie mów tak…

— Nie będę już naciskał.

Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął dwa złote krążki. W świetle latarni pierścionki błysnęły ciepłym blaskiem.

Sinem zamarła.

— Mam je cały czas przy sobie — powiedział spokojnie. — I mimo wszystko przyjdę kiedyś prosić o zgodę. Ale dopiero wtedy, gdy sama będziesz tego pewna.

Schował pierścionki z powrotem do kieszeni i spojrzał jej prosto w oczy.

— Pamiętaj tylko o jednym. Nie zobaczysz mnie tutaj ponownie… dopóki sama mnie nie zaprosisz.

Odwrócił się i odszedł powoli pustą ulicą.

Sinem patrzyła za nim bez słowa. Chciała go zatrzymać, ale coś ścisnęło ją w gardle.

Stała nieruchomo jeszcze przez chwilę, aż jego sylwetka zniknęła w ciemności.

Dopiero wtedy odwróciła się i powoli wróciła do domu ojca.

Minęło dziesięć dni.

W rezydencji panowała ciężka, niemal nienaturalna cisza. Jeszcze niedawno dom pogrążony był w żałobie po Yasemin, a teraz jego wnętrza przygotowano do ślubu Cihana i Beyzy. Nie było jednak muzyki, śmiechu ani radości. Wszystko odbywało się w chłodnej, oficjalnej atmosferze, jakby każdy z obecnych uczestniczył w obowiązku, a nie w uroczystości.

Przy długim stole siedział urzędnik stanu cywilnego. Obok niego leżały dokumenty i pióro, którym chwilę wcześniej nowożeńcy złożyli podpisy.

Beyza miała na sobie prostą, jasną suknię. Wyprostowana, z pozornym spokojem na twarzy, co chwilę zerkała jednak na Cihana, próbując odczytać z jego twarzy choćby cień emocji. Bezskutecznie.

Cihan przez całą ceremonię pozostawał chłodny i milczący. Nie patrzył na swoją świeżo poślubioną żonę. Wydawał się myślami zupełnie gdzie indziej.

Gdy urzędnik zakończył uroczystość i pożegnał domowników, wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić. Wtedy Cihan bez słowa wstał od stołu i skierował się na górę.

Kilka minut później wrócił.

W ręku trzymał dużą, ciemną walizkę.

Beyza zmarszczyła brwi.

— Co to ma znaczyć? — zapytała zaskoczona. — Dokąd się wybierasz?

Cihan zatrzymał się przy wyjściu.

— Wyjeżdżam za granicę. Na jakiś czas.

W salonie zapadła cisza.

Ojciec Beyzy gwałtownie podniósł się z kanapy.

— Jak to wyjeżdżasz? — zapytał ostro. — Skąd nagle taki pomysł?

Beyza zrobiła krok w stronę męża.

— Cihanie… o czym ty mówisz? Dopiero co wzięliśmy ślub.

Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał. Jakby jej obecność w ogóle niczego nie zmieniała.

Zamiast odpowiedzieć, odwrócił się do Nusreta, który stał obok córki z coraz bardziej ponurą miną.

— Powierzam ci Beyzę… i mojego syna — powiedział spokojnie.

Słowa zawisły w powietrzu ciężkie jak wyrok. Beyza poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

— To wszystko? — wyszeptała z niedowierzaniem. — Tak po prostu wyjedziesz?

Cihan w końcu spojrzał na nią krótko, ale w jego oczach nie było ciepła. Jedynie zmęczenie.

— Muszę uporządkować kilka spraw.

— A nasze małżeństwo? — głos Beyzy zadrżał. — Co ze mną?

Przez moment wydawało się, że odpowie.

Ale milczał.

Chwycił mocniej rączkę walizki, po czym odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.

Beyza patrzyła za nim oszołomiona. Jeszcze przed chwilą była panną młodą. Teraz czuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Drzwi rezydencji zamknęły się za Cihanem z głuchym trzaskiem.

Hancer, aby zarobić na życie, zajęła się sprzątaniem domów. Każdego ranka wychodziła do pracy przed świtem i wracała późnym wieczorem, wyczerpana, z obolałymi dłońmi i plecami.

Tego dnia jednak od samego rana czuła się inaczej.

Już podczas mycia podłogi zakręciło jej się w głowie. Musiała oprzeć się o stół, żeby nie upaść. Żołądek ścisnął ją bolesny skurcz, a po chwili poczuła silne mdłości.

Właścicielka domu przyglądała jej się z niepokojem.

— Hancer, jesteś blada jak ściana — powiedziała, odkładając filiżankę herbaty. — Usiądź trochę.

— Nic mi nie jest… — skłamała cicho Hancer, próbując wrócić do pracy.

Zrobiła zaledwie kilka kroków, gdy znów zakręciło jej się w głowie.

Kobieta westchnęła i podeszła bliżej.

— Dosyć tego. Wracaj do domu. W takim stanie i tak niczego dziś nie zrobisz.

Hancer spuściła wzrok, zawstydzona.

— Przepraszam…

— Nie przepraszaj, tylko odpocznij. — Właścicielka przyjrzała jej się uważnie, po czym lekko się uśmiechnęła. — Powiem ci coś… Może jesteś w ciąży?

Hancer aż drgnęła.

— Nie… — odpowiedziała zbyt szybko. — To niemożliwe.

Ale choć próbowała to zignorować, słowa kobiety nie przestawały dźwięczeć jej w głowie.

Przez całą drogę do domu była dziwnie roztrzęsiona.

Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi małego domu, oparła się o nie plecami i przymknęła oczy. Serce biło jej coraz szybciej.

Nie chciała robić sobie nadziei.

A jednak…

Kilka minut później wróciła z łazienki z testem ciążowym, który ściskała w drżących dłoniach. Usiadła na starej sofie. W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara.

Każda sekunda dłużyła się w nieskończoność.

Hancer wpatrywała się w małe okienko, próbując uspokoić oddech. W głowie kłębiły się setki myśli, lęków i nadziei.

W końcu na teście zaczęły pojawiać się kreski.

Jedna.

A potem druga.

Hancer zamarła.

Przez chwilę patrzyła na wynik, jakby nie dowierzała własnym oczom.

— Boże… — wyszeptała drżącym głosem.

Dwie wyraźne kreski.

To była prawda.

Była w ciąży.

Nagle poczuła, jak oczy wypełniają jej się łzami. Przycisnęła dłoń do ust, próbując powstrzymać szloch, ale po chwili po jej policzkach popłynęły łzy szczęścia.

Na twarzy Hancer pojawił się delikatny, niedowierzający uśmiech.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że los podarował jej coś pięknego.

Minęły trzy miesiące.

Hancer siedziała na kozetce w niewielkim gabinecie, nerwowo zaciskając dłonie na brzegu cienkiego koca. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach środków dezynfekujących, a ciche buczenie aparatury mieszało się z przyspieszonym biciem jej serca.

Lekarka przesuwała głowicę USG po jej brzuchu, od czasu do czasu spoglądając na ekran monitora.

Nagle uśmiechnęła się ciepło.

— Wszystko wygląda bardzo dobrze. Dziecko jest zdrowe.

Hancer wypuściła powietrze, którego nawet nie zauważyła, że wstrzymywała. Na jej twarzy pojawiła się ulga, a oczy natychmiast zaszkliły się od łez.

— Naprawdę? — zapytała cicho.

— Naprawdę. — Lekarka skinęła głową. — Czy jesteś gotowa usłyszeć bicie serca?

Hancer od razu podniosła wzrok.

— Tak… bardzo.

Po chwili w gabinecie rozległ się szybki, rytmiczny dźwięk.

Małe serce biło pewnie i wyraźnie.

Hancer zamarła.

Słuchała tych uderzeń jak najpiękniejszej melodii świata. Po jej policzkach popłynęły łzy, ale tym razem były to łzy czystego szczęścia. Delikatnie położyła dłoń na brzuchu, jakby chciała być jeszcze bliżej dziecka.

Lekarka obserwowała ją z łagodnym uśmiechem.

— Możemy już sprawdzić płeć dziecka — powiedziała po chwili. — Chcesz wiedzieć?

Hancer pokręciła głową niemal natychmiast.

— Nie.

Lekarka uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona.

— Naprawdę? Większość przyszłych mam nie potrafi tyle wytrzymać z ciekawości.

Na ustach Hancer pojawił się delikatny, wzruszony uśmiech.

— To nie ma znaczenia. Niech tylko będzie zdrowe. Będę je kochać tak samo, niezależnie od tego, czy będzie chłopcem, czy dziewczynką.

Urwała na chwilę, a jej spojrzenie znów powędrowało ku ekranowi.

— To dziecko jest dla mnie jak cud… jak prezent od losu. — Jej głos zadrżał lekko. — Mężczyzna, którego kocham najbardziej na świecie, podarował mi je wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałam. Nawet nie wie, jak bardzo zmienił moje życie.

Ostrożnie otarła łzy z policzków.

— To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam.

Lekarka uśmiechnęła się ciepło, widząc szczęście malujące się na twarzy młodej kobiety.

A Hancer, słuchając bicia małego serca, czuła, że nie jest już sama.

Bezpośrednio po wyjściu z kliniki Hancer pojechała do domu, w którym sprzątała kilka razy w tygodniu. W dłoni wciąż ściskała kopertę z wynikami badań, a pod sercem nosiła ciepło po usłyszanym przed chwilą biciu małego serca.

Gdy tylko przekroczyła próg, właścicielka domu zmierzyła ją chłodnym, niezadowolonym spojrzeniem.

— Moi goście będą w południe — powiedziała ostro, nawet się z nią nie witając. — Prosiłam, żebyś przyszła wcześniej. Robisz mi to specjalnie?

Hancer spuściła wzrok i mocniej zacisnęła dłonie.

— W klinice było bardzo tłoczno — wyjaśniła spokojnie. — Zaraz po badaniu od razu tutaj przyjechałam. Na szczęście z dzieckiem wszystko jest dobrze.

Na moment jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech, ale właścicielka nie zwróciła na to większej uwagi.

— Dobrze, dobrze… Ale następnym razem nie umawiaj badań przed pracą. Jak ty teraz zdążysz wszystko przygotować?

— Proszę się nie martwić. Skończę przed przyjściem gości.

Kobieta westchnęła ciężko.

— Wyczyść dywan w salonie i wynieś go potem na taras, żeby się przewietrzył. I dobrze umyj podłogi. Chcę, żeby wszystko lśniło.

— Dobrze.

Hancer natychmiast zabrała się do pracy.

Otworzyła okna, wpuszczając do środka chłodne powietrze. Potem uklękła przy jasnym dywanie i zaczęła szorować go wilgotną szczotką. Ruchy miała coraz wolniejsze, a dłonie drżały jej ze zmęczenia. Co jakiś czas przykładała rękę do brzucha, jakby podświadomie chciała ochronić maleństwo przed całym ciężarem świata.

Później myła podłogi, ścierała kurze i czyściła szyby, aż w końcu przeszła do kuchni.

Tam właścicielka siedziała już przy stole i jadła późne śniadanie. Świeża bułka pachniała jeszcze piekarnią, a słodki zapach truskawkowej konfitury wypełniał całe pomieszczenie. Obok stała szklanka gorącej herbaty.

Hancer zatrzymała się na chwilę przy blacie.

Od rana nie miała nic w ustach.

Patrzyła, jak kobieta smaruje kolejne kawałki pieczywa grubą warstwą konfitury. W żołądku boleśnie jej zaburczało, ale szybko odwróciła wzrok i zaczęła przecierać kuchenne szafki.

— Nie zapomnij jeszcze o stole — rzuciła właścicielka między jednym kęsem a drugim.

— Oczywiście.

Po kilku minutach pani domu wstała od stołu i poprawiając włosy, skierowała się do salonu.

— Posprzątaj po mnie — powiedziała obojętnie, zanim wyszła z kuchni.

Hancer podeszła do stołu powoli.

W miseczce została jeszcze odrobina konfitury. Na talerzu leżały dwa małe kawałki bułki.

Przez krótką chwilę patrzyła na jedzenie w milczeniu. Czuła głód tak mocno, że aż zakręciło jej się w głowie.

Mimowolnie dotknęła brzucha.

Potem zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i odsunęła talerz.

Nie tknęła ani okruszka.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 104.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Related Posts

To już pewne. W czwartkowy poranek Polsat oficjalnie ogłosił, że Krzysztof Kwiatkowski już tej jesieni zatańczy na parkiecie “Tańca z gwiazdami”. To popularny aktor telewizyjny i teatralny,…

W ostatnim czasie w programie “Kocham Cię, Polsko!” zaszły spore zmiany. Po zaledwie jednym sezonie z show pożegnał się Filip Gurłacz. Prowadząca Marzena Rogalska kilkukrotnie odnosiła się…

Deria uwięziona z rodzącą Jonką, a Bea rozpoczyna swój plan. Jonka niespodziewanie zaczyna rodzić w domu, z którego nie ma żadnej drogi ucieczki. Przerażona kobieta błaga Nuśreta…

Co się dzieje, synu? – pyta zatroskany mistrz. – Masz opuszczone ramiona. Co to za stan, w jakim się znajdujesz? – Mam na swoich ramionach taki ciężar,…

Wieczór, który miał być świętem piłkarskich emocji, zakończył się dramatem. Podczas wydarzenia z telebimem transmitującym mecze mistrzostw świata na Islands Brygge w Kopenhadze doszło do brutalnego aktu…

Barwy szczęścia w nowym sezonie. Tolek zaskoczy wszystkich przed rozwodem. Irena nie będzie mogła w to uwierzyć

Nowy sezon “Barw szczęścia” obfituje w dramatyczne zwroty akcji. Tolek Koszyk (Marek Siudym) zbliża się do rozwodu z Ireną (Krystyna Tkacz), ale jego ostatni pomysł mieszkaniowy może…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *