
Cihan i Melih stoją naprzeciwko siebie przed domem Hançer.
– Bez względu na powód, nigdy więcej nie pojawisz się pod tymi drzwiami – rzuca twardo Cihan.
– Cihan, jeśli Hançer będzie czegoś potrzebować, ja się tym zajmę – odpowiada pewnie Melih.
– Cihan Develioğlu nie zostawia w potrzebie nikogo ze swojego otoczenia, nawet jeśli to jego była żona – syczy ze złością Cihan. – Hançer nie potrzebuje pomocy takich jak ty. Zrozumiano?
– Już dla ciebie nie pracuję. Dlatego rozmawiaj ze mną jak facet z facetem. Cofnij te słowa i przeproś.
– Cihan, proszę – włącza się zdesperowana Hançer. – Nic takiego nie ma miejsca. Proszę. Na miłość boską, chociaż ty mu nie odpowiadaj!
– Nie ma mowy, nie puszczę tego płazem! Ma mnie po ludzku przeprosić, jasne?
– Kim ty w ogóle jesteś, żeby mnie pouczać? Kim ty jesteś?
– Cihan, nie rób tego! – krzyczy Hançer.
– Głupi jesteś, człowieku! – prowokuje Melih.
– Dość! Zabiję cię, gnoju! – ryczy Cihan, wyprowadzając cios.
– Przestań, wystarczy! – błaga Hançer, próbując ich rozdzielić. – Cihan, nie róbcie tego, na litość boską!