
Beyza patrzy z góry na Hancer.
– Spóźniłaś się pół godziny – rzuca lodowatym tonem. – Potrącę ci to z dniówki, żebyś wiedziała. Te drzwi, przez które kiedyś wychodziłaś jako pani domu… Teraz przekroczysz jako służąca – syci się swoim triumfem. – Zobaczymy, czy teraz też będziesz tak wysoko unosić tę swoją głowę, której przed nikim nie schyliłaś.
– Od czego mam zacząć? – pyta cicho, ale twardo Hançer.
– Od góry, od mojego pokoju. Znasz drogę, chyba nie muszę ci jej pokazywać. Ani waż mi się zakładać tych obrzydliwych kapci! Zabierz to stąd, śmierdzi stęchlizną. Fadime! Fadime!
Po chwili w korytarzu pojawia się zaniepokojona Fadime.
– Słucham, pani Beyzo.
– Daj tej sprzątaczce jakieś kapcie – rozkazuje Beyza. – A jak skończy pracę, wyrzuć je do śmieci.
– Nie rozumiem… Jaka sprzątaczka? Pani Hançer?
– Dzisiaj nie jestem panią Hançer, Fadime – odpowiada spokojnie dziewczyna. – Przyszłam tu do sprzątania. Gdzie mogę się przebrać?
– Zaprowadź ją do waszego pokoju – wtrąca ostro Beyza. – Niech tam się przebierze i natychmiast bierze się do roboty, bez zbędnego marnowania czasu.