
Cansel leży w szpitalnym łóżku. Jest słaba i przerażona. Şahin stoi przy niej i próbuje znaleźć słowa, ale sam wygląda tak, jakby nie umiał przyjąć tego, co się stało. Cansel patrzy na niego z nadzieją.
– Nazlı żyje? Powiedz, że moje dziecko żyje.
Şahin milknie. Jego twarz zdradza wszystko, zanim jeszcze pada odpowiedź.
– Bardzo mi przykro, bratowo.
Cansel nieruchomieje.
– Niestety poroniłaś.
Przez chwilę nie rozumie. Oddycha coraz ciężej.
– Straciliśmy twoje dziecko. Mojego siostrzeńca.
– Nie. To niemożliwe. Moje dziecko…
Cansel zaczyna płakać. Ból miesza się w niej ze złością. Wspomnienie upadku wraca jak uderzenie. W jej oczach pojawia się Nana. Cansel nie potrafi już nad sobą zapanować.
– Morderczyni! Przez ciebie straciłam dziecko!
Nana cofa się, blada i oszołomiona.
– Nie. Ja nic nie zrobiłam.
Cansel nie słucha. Jej głos drży, ale każde słowo jest pełne gniewu.
– Jesteś morderczynią! Co czułaś? Co czułaś, gdy odbierałaś mi moje nienarodzone dziecko? Jeśli chciałaś zemsty, mogłaś zemścić się na mnie! Co zawinił ten anioł?
– Nie, nie, nie. Ja nic nie zrobiłam.
Cansel płacze coraz mocniej.
– Odeszło. Moje dziecko odeszło, zanim zdążyłam wziąć je na ręce. Moje maleństwo…
Nana stoi bezradnie. Poyraz zbliża się do niej i staje obok, jakby chciał ją osłonić przed oskarżeniami.
Cennet patrzy na Nanę z rozpaczą i gniewem.
– Odkąd przyszłaś do naszego domu, nie mamy spokoju. Teraz zabrałaś mi wnuka.
Poyraz zaciska szczękę.
– Moja żona czegoś takiego nie zrobiła.
Nana patrzy na niego z ulgą i bólem. Cansel płacze dalej, a w sali zostaje tylko ciężka cisza po słowach, których nie da się cofnąć.