
Mukadder patrzy chłodno na Deryę, ostentacyjnie ignorując jej próby nawiązania rozmowy. Nagle do salonu wkracza wściekła Beyza, krzyżując ręce na piersi i mierząc Deryę pogardliwym wzrokiem.
– Mów, o co ci chodzi, i kończmy to – rzuca szorstko Mukadder.
– Jak ty możesz w ogóle sadzać tę kobietę naprzeciwko siebie? – wtrąca się z oburzeniem Beyza. – Przyszła tu o czymś rozmawiać… Co się stało? Alimenty wam odcięli? Pieniądze się skończyły? Wy tylko po to tu przychodzicie, żeby wyciągać ręce po jałmużnę!
– Słuchaj, nawet się do mnie nie zbliżaj – ostrzega ją Derya. – Mam sprawę do pani Mukkader nie do ciebie.
– Nie masz tutaj prawa do żadnych interesów z nikim! Koniec z tym. Źródełko z bransoletkami już dawno wyschło. Teraz będziesz zasuwać ze swoją szwagierką i sprzątać cudze domy. Choć znając ciebie, te parę groszy i tak nie nasyci twojego nienasyconego apetytu. Ale mniejsza z tym!
– Ty weź no na mnie spójrz, ale tak uważnie! – krzyczy Derya.– Ja nie jestem tą potulną, dobrze wychowaną Hançer, jasne? Masz przed sobą szaloną Deryę z dolnej dzielnicy! Te wszystkie obelgi, które z siebie wyrzuciłaś, przysięgam, że wbiję ci z powrotem do gardła! Myślałaś, że moja szwagierka jest bezbronna i możesz bezkarnie na nią naskakiwać? Otóż nie, ona ma za sobą szwagierkę, która stoi za nią jak mur! Słyszałaś?! Ani mi się waż więcej dotykać Hançer! Twój własny mąż nie traktuje cię jak kobiety, a ty wyładowujesz całą swoją jadowitą frustrację na niej! Żałosna jesteś, naprawdę ci współczuję.
– Wynoś się stąd! – wrzeszczy Beyza, czerwona z wściekłości. – Zjeżdżaj z mojego domu, jazda! Wynocha!