Hanser siedziała w gabinecie Engina, ale myślami była zupełnie gdzie indziej. Rozmowa o fundacji nie przyniosła jej spokoju. Pierwszy dzień na nowym stanowisku zamiast satysfakcji dał jej poczucie, że ktoś od początku próbuje podciąć jej skrzydła.
Darczyńcy zaczęli się wycofywać. Atmosfera wokół fundacji robiła się coraz cięższa, a Hanser miała wrażenie, że za pozornie przypadkowymi problemami kryje się czyjaś świadoma decyzja.

Wtedy zadzwonił telefon. Na ekranie pojawiło się imię Melicha. Hanser odebrała, a już po pierwszych słowach jego spokojnego głosu napięcie na jej twarzy trochę zelżało.
— Wysłałem ci kwiaty. Odebrałaś je? — zapytał Melich.
Hanser rozejrzała się po gabinecie Engina i dopiero po chwili zrozumiała, że bukiet musiał trafić do jej nowego miejsca pracy.
— Jestem jeszcze u Engina. Pewnie zostawili je na moim biurku. Jesteś cudowny. Dziękuję.

Melich nie zrobił z tego gestu wielkiej sprawy. Powiedział tylko, że chciał jej pogratulować i przypomnieć, że nie jest sama.
Jego zdaniem czasem jeden prosty gest wystarcza, by przyjaciel odzyskał siłę, a przeciwnik zrozumiał, że nie może bezkarnie atakować.
Te słowa trafiały dokładnie w to, czego Hanser potrzebowała. Nie rozwiązywały problemów fundacji, nie przywracały pieniędzy i nie cofały decyzji darczyńców, ale dawały jej poczucie, że ktoś naprawdę w nią wierzy.
Melich zapytał jeszcze, czy Cihan znów daje jej się we znaki. Hanser szybko zaprzeczyła. Tym razem problem nie dotyczył bezpośrednio Cihana. Obiecała jednak, że wieczorem opowie Melichowi wszystko.
On odpowiedział spokojnie, że świat biznesu właśnie taki jest — pełen przeszkód, zasadzek i ludzi czekających na cudzy błąd. Ale Hanser sobie poradzi.
Przed zakończeniem rozmowy Melich wspomniał o wiadomości dołączonej do bukietu.
— Przeczytaj ją wtedy, kiedy zabraknie ci odwagi.
Hanser zaśmiała się cicho i przyznała, że właśnie teraz najbardziej potrzebuje czegoś takiego.
Po chwili dodała nawet żartobliwie, że Melich jest tak dobry i troskliwy, iż ma nadzieję, że kiedyś spotka swoją bratnią duszę.
Rozmowa się skończyła. Hanser nadal siedziała z telefonem w dłoni, lecz jej spojrzenie było już spokojniejsze.
Nie wiedziała jednak, że bukiet, który miał dodać jej siły, w tym samym czasie rozpalał w kimś innym zupełnie inne emocje.
Cihan znajdował się w swoim gabinecie. Dokumenty leżały przed nim, ale od kilku minut nie czytał ani jednego zdania. Jego wzrok uparcie wracał do biurka Hanser ustawionego przy przeciwległej ścianie.
Stał tam bukiet od Melicha — białe, drobne kwiaty, świeża zieleń, delikatna wstążka i mała karteczka z imieniem Hanser.
Nic przesadnego, nic ostentacyjnego. Właśnie to drażniło Cihana najbardziej.
Gdyby bukiet był wielki i krzykliwy, mógłby uznać go za tani pokaz. Tymczasem wyglądał na przemyślany, spokojny i osobisty, jak gest człowieka, który zna Hanser i wie, czego ona potrzebuje.
Cihan próbował wrócić do pracy. Bezskutecznie.
Po kilku minutach wstał, podszedł do biurka Hanser i zatrzymał się przed bukietem.
Wiedział, że nie ma prawa zaglądać do wiadomości. Wiedział, że kartka nie jest przeznaczona dla niego. Ale zazdrość okazała się silniejsza.
Zdjął małą kopertę i wyjął ręcznie zapisaną wiadomość.
Melich pisał, że Hanser pokona każdą przeszkodę, że nawet jeśli się potknie, nie powinna się poddawać. Zachęcał ją, by nie bała się nieznanych dróg, a potem pojawiły się słowa, które uderzyły Cihana najmocniej.
Melich wspomniał o dziecku, które Hanser nosi pod sercem. Napisał, że jedna gwiazda przewodnia świeci na niebie, a druga znajduje się właśnie w oczach tego dziecka.
Cihan zgniotł kartkę w dłoni. Nie chodziło już o same kwiaty.
Melich pisał do Hanser tak, jakby znał jej najgłębsze lęki, jakby wiedział, jak ją uspokoić, jakby miał dostęp do miejsca w jej życiu, z którego Cihan sam się wycofał, ale którego nie potrafił przestać uważać za swoje.
Wrócił do biurka, usiadł, po chwili znów wstał i uderzył dłonią w blat.
— Tego człowieka interesują tylko twoje pieniądze, Hanser. Jak możesz tego nie widzieć? — warknął do pustego pokoju.

Białe kwiaty stały niewinnie kilka metrów dalej, a Cihan coraz wyraźniej tracił panowanie nad sobą.
Wtedy jednak ktoś zapukał do drzwi i to, co wydarzyło się chwilę później, sprawiło, że jego zazdrość zeszła na dalszy plan.
Sekretarka poinformowała, że przyszedł agent nieruchomości. Cihan nie chciał nikogo widzieć i kazał go odprawić.
Mężczyzna jednak sam pojawił się w drzwiach. Był wyraźnie zakłopotany, ale też zdeterminowany.
— Panie Cihan, przepraszam, że nalegam. To naprawdę ważne.
Cihan zgodził się go wysłuchać.
Agent usiadł i od razu poprosił, by rozmowa została między nimi. Szczególnie zależało mu na tym, żeby Mukader nie dowiedziała się o jego wizycie.
To natychmiast przykuło uwagę Cihana.
— Mów — polecił krótko.
Agent wyjaśnił, że Mukader zadzwoniła do niego tego samego dnia i poprosiła o sprawdzenie sytuacji na rynku gruntów w Isparta.
Chciała sprzedać część swoich ziem. Co więcej, chciała zrobić to bardzo szybko.
Cihan znieruchomiał.
Mukader nigdy nie podjęłaby takiej decyzji bez rozmowy z nim. Tak przynajmniej sądził do tej chwili.
Agent potwierdził jednak coś jeszcze bardziej niepokojącego. Mukader wyraźnie zabroniła mu mówić o sprawie Cihanowi.
Mężczyzna próbował ją ostrzec, że rynek nie jest teraz korzystny, a szybka sprzedaż oznaczałaby konieczność zejścia z ceny.
Mukader nie chciała słuchać. Naciskała na natychmiastowe działanie.
Cihan zapytał, po co jej pieniądze.
Agent nie znał odpowiedzi. Gdy próbował o to zapytać, Mukader zdenerwowała się i przypomniała mu o dyskrecji.
W jednej chwili sytuacja zaczęła wyglądać znacznie poważniej. Po niedawnym kryzysie zdrowotnym Mukader podejmowała ogromną decyzję finansową w tajemnicy przed synem.
Cihan przestał myśleć o kwiatach. W jego twarzy pojawił się niepokój.
Polecił agentowi, by na razie niczego nie sprzedawał. Sam zamierzał porozmawiać z matką.
Gdy został sam, jeszcze raz spojrzał w stronę bukietu Hanser.
Przez kilka minut to właśnie te kwiaty wydawały mu się największym problemem dnia. Teraz były tylko drobnym szczegółem na tle kolejnej rodzinnej tajemnicy.
— Co ty robisz za moimi plecami, Mukader Deoglu? — wyszeptał Cihan.
Nie wiedział, że odpowiedź na to pytanie była związana z kimś, kto w tym samym czasie właśnie popełniał bardzo niebezpieczny błąd.
W rezydencji Sinem coraz bardziej denerwowała się nieobecnością Mine. Nigdzie nie mogła znaleźć córki.
W końcu wyszła na dziedziniec i spojrzała w stronę starego domu. Nie potrzebowała żadnego potwierdzenia. Intuicja podpowiadała jej, że Mine poszła właśnie tam.
Sinem ruszyła szybkim krokiem. Zadzwoniła do drzwi, raz, drugi, trzeci, a później zaczęła uderzać dłonią w drewno.
Gdy drzwi wreszcie się otworzyły, w progu stanęła Siła.
— Sąsiadko, spokojnie. Jeszcze chwila i naprawdę wyważysz nam drzwi? — powiedziała zaskoczona.
Sinem nawet nie odpowiedziała. Spojrzała za Siłę i zobaczyła Mine. Dziewczynka od razu zrozumiała, że ma kłopoty.
— Mine, co ja ci mówiłam? Dlaczego mnie nie słuchasz? — zapytała Sinem chłodnym tonem.
Siła próbowała stanąć w obronie dziewczynki. Wyjaśniła, że Mine po prostu się nudziła. Przyszła porozmawiać, dostała coś słodkiego i nic złego się nie wydarzyło.
Sinem nie zamierzała tego przyjąć.
— Ja zdecyduję, kto może być blisko mojej córki. Jeśli następnym razem zapuka do tych drzwi, nie otwieraj.
Po tych słowach chwyciła Mine za rękę i zabrała ją do rezydencji.
Siła została w progu, kompletnie zaskoczona skalą reakcji Sinem, ale prawdziwa rozmowa dopiero miała się zacząć.
W pokoju Mine atmosfera była zupełnie inna, niż wskazywałyby na to różowe meble, dziecięce rysunki i kolorowa pościel.
Dziewczynka siedziała na brzegu łóżka, a Sinem stała przed nią z założonymi rękami.
Chciała wiedzieć, czy Mine poszła do starego domu sama, czy Siła ją zawołała. Mine ze łzami w oczach zapewniła, że to był jej pomysł.
Siła tylko poczęstowała ją ciastem i pokazała dom.
Sinem usiadła obok córki i zapytała, co dokładnie widziała.
— Pokój Melicha i pokój Hanser.
Sinem natychmiast znieruchomiała.
— Pokój Melicha i pokój Hanser? — powtórzyła.
Mine przytaknęła. Wyjaśniła, że mają oddzielne pokoje i że Siła sama jej to powiedziała.
W jednej chwili gniew Sinem ustąpił miejsca zaciekawieniu. To nie był już dziecięcy wybryk. To była informacja, która mogła zmienić sposób, w jaki Sinem patrzyła na małżeństwo Hanser i Melicha.
Gdy Mine poszła się umyć i przebrać, Sinem stanęła przy oknie, patrzyła na stary dom i próbowała połączyć fakty.
Dlaczego małżonkowie mieliby spać osobno? Czy ich związek był tylko formalnością? Czy małżeństwo istniało wyłącznie na papierze? A może Melich nigdy naprawdę nie stał się mężem Hanser w takim sensie, jak wszyscy zakładali?
Sinem zacisnęła palce na zasłonie.
Czuła, że zdobyła informację, której znaczenia jeszcze nie rozumie, ale która może w przyszłości okazać się bardzo cenna.
Tymczasem w innej części rezydencji Deria miała zupełnie inny problem. Potrzebowała pieniędzy i potrzebowała ich natychmiast.
Właścicielka salonu piękności zażądała zaliczki, twierdząc, że lokalem interesuje się ktoś jeszcze.
Deria nie zauważyła, że może to być zwykła presja sprzedażowa. W jej wyobraźni salon już do niej należał.
Widziała siebie jako właścicielkę eleganckiego biznesu, niezależną, podziwianą i zarabiającą własne pieniądze.
Ta wizja całkowicie odebrała jej ostrożność.
— Skoro ona chce zaliczkę ode mnie, ja poproszę o zaliczkę Mukader — powiedziała do siebie, zadowolona z własnego pomysłu.
Deria sięgnęła po telefon. Owinęła dolną część aparatu materiałową chusteczką, próbując zmienić brzmienie głosu, po czym zadzwoniła do Mukader.
Mukader odebrała zirytowana.
— Dlaczego znowu do mnie dzwonisz?
Deria zmieniła ton i powiedziała, że skoro Mukader potrzebuje czasu na zebranie całej kwoty, może na razie przekazać jej część.
W zamian Deria przestanie naciskać i da jej kilka dodatkowych dni.
Mukader odpowiedziała, że nie ma teraz takich pieniędzy.
Deria prychnęła.
— Jesteś Mukader Deoglu. Chcesz mi powiedzieć, że w całej rezydencji nie znajdziesz nawet kilku złotych bransoletek?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
To jedno słowo zwróciło uwagę Mukader.
— Bransoletki?
Deria wypowiedziała je spontanicznie, ale dla Mukader mógł to być pierwszy drobny ślad.
Kobieta nie była naiwna. Wiedziała, że szantażysta może pilnować głosu, numeru telefonu i miejsca spotkania, a mimo to zdradzić się jednym szczegółem.
Mukader powtórzyła powoli:
— Bransoletki…
Deria przez moment się zawahała, ale szybko odzyskała pewność siebie.
Kazała przynieść je następnego dnia do pobliskiego parku.
Gdy Mukader zapytała, co się stanie, jeśli odmówi, odpowiedź była jednoznaczna.
— Wtedy prawda trafi do twojego syna.
Mukader zgodziła się.
Po zakończeniu rozmowy Deria