
Na środku pakunku błyszczała mała granatowa kokarda. Położył go na stole z taką spokojną miną, jakby nie przyniósł zwykłego upominku, lecz kolejną próbę, którą Hancer i Melih mieli zdać na oczach wszystkich.
— Mały prezent na parapetówkę — powiedział spokojnie.
Melih spojrzał najpierw na paczkę, potem na Cihana.
— Dziękujemy. Nie trzeba było.
Beyza uśmiechnęła się jadowicie.
— To prawda. Dostaliście już wystarczająco dużo prezentów. Dom, udziały w firmie, stanowisko prezesa fundacji…
Cihan nawet na nią nie spojrzał.
— To nie jest prezent materialny. Bądź jeszcze chwilę cierpliwa, Beyzo. Skończę przemowę i wszystko stanie się jasne.
Dopiero wtedy zwrócił się do Hancer.
— Trochę zabawy, trochę romantyzmu i trochę edukacji. Chodzi o to, żeby miło spędzić czas.
Melih uniósł brwi.
Od razu wyczuł, że za tym spokojnym tonem kryje się coś więcej.
— Skoro jest to coś romantycznego, to pasuje do nas idealnie — odparł.
Cihan popatrzył na niego uważnie.
— Właśnie dlatego pomyślałem, że powinniście otworzyć go razem.
Podał paczkę Deryi.
— Proszę, przekaż im.
Derya, niepewna, czy powinna brać udział w tej dziwnej wymianie, podała prezent Hancer i Melihowi. Melih rozerwał papier. Spod błyszczącej folii wyłoniło się czerwone pudełko w kształcie serca.
Sila natychmiast je rozpoznała.
— To gra planszowa — powiedziała. — Uwielbiam ją.
Cihan oparł się wygodniej.
— Świetna gra dla małżeństw. Dzięki niej można sprawdzić, jak dobrze mąż i żona naprawdę się znają.
Przy stole zapadła krótka cisza.
Nikt nie miał już wątpliwości, że nie był to niewinny prezent.
To była pułapka.
— Dziękujemy — powiedział Melih uprzejmie. — Zagramy, kiedy będziemy mieli trochę czasu. Skoro to gra o miłości, rzeczywiście jest dla nas odpowiednia.
Cihan spojrzał na niego chłodno.
— Moim zdaniem teraz jest idealny moment. Chętnie zobaczę, jakie pytania są w środku. Ty nie jesteś ciekaw, Melihu?
Melih zerknął na Hancer.
Doskonale rozumiał, co Cihan próbował zrobić. To był kolejny test. Próba podważenia ich małżeństwa przy wszystkich. Jeśli odmówią, będzie to wyglądało jak strach. Jeśli zagrają, każde pytanie może ich zdradzić.
— Oczywiście, że jestem ciekaw — odpowiedział w końcu.
Hancer i Melih wstali od stołu.
Oboje próbowali wyglądać spokojnie, ale sytuacja była znacznie bardziej niebezpieczna, niż przewidzieli. Nie mieli wspólnej historii. Nie ustalili odpowiedzi. Nie przygotowali wspomnień, które prawdziwe małżeństwo powinno nosić w sobie bez namysłu.
Cihan sięgnął po pierwszą kartę.
— Zacznijmy więc. Pierwsze pytanie: gdzie odbyła się wasza pierwsza randka?
Między Hancer i Melihem zapadła cisza.
Wymienili szybkie, zakłopotane spojrzenia.
Beyza natychmiast wykorzystała tę chwilę.
— To chyba oczywiste. Na podwórku pod palmami. Gdzie indziej mogliby się spotykać?
Melih odwrócił głowę w stronę Cihana.
— Widzisz? Twoja żona ma lepszą pamięć od nas.
— Nie minęło aż tak dużo czasu, żebyście mogli zapomnieć — odparł Cihan.
Potem utkwił spojrzenie w Hancer.
— Na pewno pamiętasz.
Hancer zacisnęła palce na brzegu krzesła.
— Kiedy tak nagle pytasz…
Melih szybko wszedł jej w słowo:
— To była jakaś kawiarnia. Nie ma to większego znaczenia.
— Kawiarnia? — powtórzył Cihan z lekkim zainteresowaniem. — Ciekawe.
Sięgnął po kolejną kartę.
— Następne pytanie: o co pokłóciliście się po raz pierwszy?
Melih zamilkł.
Na ułamek sekundy jego myśli odpłynęły gdzie indziej. Do Sinem. Do dnia, w którym uczył ją prowadzić samochód. Do jej złości, swoich uwag i bliskości, której nie potrafił tak po prostu wymazać z pamięci.
Po chwili wrócił do rzeczywistości.
— Nigdy się nie pokłóciliśmy — odpowiedział. — Prawda, Hancer?
Cihan pokiwał głową, ale w jego spojrzeniu nie było wiary.
— Dobrze. W takim razie następne pytanie jest naprawdę interesujące.
Podniósł kartę i rozejrzał się po stole.
— Właściwie jestem pewien, że wszyscy chcieliby usłyszeć odpowiedź.
Przeczytał powoli:
— Kiedy po raz pierwszy przyznaliście, że się w sobie zakochaliście?
Hancer zamarła.
Beyza od razu wyczuła okazję.
— Mów, sierotko — rzuciła z jadem. — Grałaś na dwa fronty, byłaś z dwoma mężczyznami naraz, więc teraz nie udawaj niewiniątka.
Cihan nie spuszczał wzroku z Hancer.
— Odpowiesz? Kiedy wyznaliście sobie miłość?
Hancer poczuła ucisk w gardle.
Przed oczami stanął jej inny wieczór.
Inny pokój.
Inny Cihan.
Ten, który trzymał jej dłonie w sypialni udekorowanej czerwonymi płatkami róż. Ten, który odgarnął jej włosy za ucho i powiedział, że to rezydencja Develioğlu, a ona jest jej panią.
Że wita ją w swoim domu.
I w swoim sercu.
Hancer szybko zamrugała, próbując odgonić wspomnienie, które zabolało bardziej niż każde pytanie z tej gry.
W końcu odezwała się spokojniej, niż sama się spodziewała:
— Tak naprawdę miłość nie istnieje.
Przy stole zrobiło się jeszcze ciszej.
Hancer mówiła dalej:
— Jest przywiązanie. Jest wsparcie. Jest troska, szczerość i obecność przy drugim człowieku wtedy, kiedy naprawdę cię potrzebuje. To jest warte więcej niż wielkie słowa.
Spojrzała na Cihana, choć każde spojrzenie w jego oczy kosztowało ją wiele.
— Małżeństwa nie podtrzymuje sama miłość. Podtrzymuje je wszystko to, co zostaje, kiedy słowa przestają wystarczać.
Jej odpowiedź zawisła nad stołem jak coś ciężkiego i nieodwracalnego.
Beyza zamilkła.
Melih patrzył na Hancer z napięciem.
Cihan siedział nieruchomo, ale jego spojrzenie zdradzało, że te słowa trafiły głębiej, niż chciałby pokazać.
Hancer podeszła do niego i stanowczym ruchem zabrała mu karty z ręki.
— Myślę, że gra dobiegła końca.
Cihan powoli wstał.
Przez długą chwilę patrzył jej prosto w oczy. Nie odezwał się. Nie musiał.
Chciał wystawić ją na próbę.
Chciał obnażyć jej kłamstwo.
Chciał zmusić ją i Meliha do błędu.
Ale odpowiedź Hancer uderzyła w niego z zupełnie innej strony.
Bo mówiła o małżeństwie.
A brzmiała jak wyrok nad ich własną miłością.