
Pod pergolą, między nagimi jeszcze gałęziami winorośli, ustawiono dwa stoły przykryte niebieskimi obrusami. Na jednym czekały talerze, szklanki i potrawy, na drugim stały napoje, warzywa oraz dodatki do grilla.
Przy stole siedzieli już Engin, Sila, Cemil, Derya, Emir i Hancer.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało prawie zwyczajnie. Rodzinny wieczór. Wspólne jedzenie. Sąsiedzi i bliscy przy jednym stole.
Ale ta zwyczajność była tylko cienką zasłoną.
W powietrzu czuło się ostrożność. Uśmiechy trwały odrobinę za krótko, spojrzenia zatrzymywały się na twarzach trochę zbyt długo, a każdy gest wydawał się częścią przedstawienia, które wszyscy próbowali odegrać bez pomyłki.
Melih właśnie podszedł z talerzem pełnym gorącego mięsa.
— Pierwsza porcja jest gotowa — oznajmił pogodnie. — Jedzcie, zanim wystygnie.
W tej samej chwili na podwórku pojawił się Cihan.
Za nim szła Beyza z małym Cihanem Gururem na rękach, a dalej Sinem i Mine.
Rozmowy przy stole natychmiast ucichły.
Wszyscy spojrzeli w ich stronę.
Cihan zatrzymał się na moment, jakby chciał objąć wzrokiem cały obraz. Hancer przy stole. Melih przy grillu. Goście. Dzieci. Udawany spokój.
Na jego twarzy pojawił się nieodgadniony wyraz.
— Jaki piękny obrazek — powiedział spokojnie. — Czy znajdzie się miejsce także dla nas?
Melih odłożył talerz na stół i wyszedł im naprzeciw z uprzejmym uśmiechem.
— Witajcie. Mięso właśnie doszło. Przygotowaliśmy dla was miejsca, licząc na to, że jednak przyjdziecie. Proszę.
Beyza spojrzała na Cihana z oburzeniem, którego nawet nie próbowała ukryć.
— Cihanie, co my mamy robić z tymi ludźmi przy jednym stole? — zapytała półgłosem.
Powiedziała to jednak wystarczająco głośno, by każdy mógł usłyszeć.
Cihan nawet na nią nie spojrzał.
— Sąsiedzi zaprosili nas na grilla, a my przyjęliśmy zaproszenie.
— Tak, to ja was zaprosiłem — dodał Melih spokojnie. — Nasz dom jest otwarty dla wszystkich.
Cihan usiadł obok Engina tak swobodnie, jakby lodowata atmosfera wcale go nie dotyczyła. Beyza zajęła miejsce z wyraźną niechęcią. Sinem również usiadła, choć jej spojrzenie co chwilę uciekało w stronę Meliha.
Mine natomiast od razu podeszła do Emira.
Chłopiec jadł z takim apetytem, jakby napięcie dorosłych w ogóle nie istniało.
Nagle Cemil gwałtownie odsunął krzesło i podniósł się z miejsca.
— Ja wychodzę — oznajmił sucho. — To był błąd, że w ogóle tu przyszliśmy, Deryo.
Emir uniósł głowę znad talerza.
— Dopiero przyszliśmy, wujku Cemilu — powiedział z pełnymi ustami. — Zostańmy jeszcze trochę. To byłoby nieładne wobec cioci Hancer.
Hancer drgnęła.
Spojrzała na chłopca z takim wzruszeniem, jakby jedno niewinne słowo dotknęło najczulszego miejsca w jej sercu.
— Nazwałeś mnie ciocią?
Emir skinął głową, zupełnie naturalnie.
— Nauczyciel opowiadał nam o krewnych. Skoro wujka Cemila kocham jak tatę, to ty jesteś dla mnie jak ciocia. Od teraz będę cię tak nazywać.
Cemil zastygł w pół ruchu.
Przez chwilę nie powiedział nic. Słowa Emira były proste, dziecięce i szczere, a jednak uderzyły mocniej niż wszystkie wcześniejsze argumenty Deryi i Meliha.
W końcu powoli usiadł z powrotem.
— Dobrze — mruknął, unikając spojrzenia Hancer. — Zostańmy jeszcze trochę.
Hancer spuściła wzrok, próbując ukryć łzy wzruszenia.
Derya uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że jej wcześniejsze słowa zrobiły swoje. Cemil mógł nadal udawać obrażonego, ale jego serce zaczynało mięknąć.
Wtedy Cihan postawił na stole papierową torbę, którą przyniósł z rezydencji.
— Kupiłem wam mały prezent — powiedział, zwracając się do Hancer i Meliha. — Ale otwórzcie go dopiero po kolacji.
Melih spojrzał najpierw na torbę, potem na Cihana.
— Oczywiście. Dziękujemy.
Hancer milczała.
Nie wiedziała, co kryło się w tej torbie. Nie wiedziała też, czy był to zwykły prezent, prowokacja, czy kolejny ruch Cihana w grze, którą zaczął prowadzić przeciwko niej i Melihowi.
Na zewnątrz wszystko wyglądało niemal sielsko.
Rodzinny stół.
Grill.
Dzieci.
Uprzejme gesty.
Talerze pełne jedzenia.
Ale pod tą delikatną warstwą pozorów kryło się napięcie tak gęste, że można było kroić je nożem.
Każdy siedział przy tym stole z własnym sekretem.
Cihan obserwował.
Beyza kipiała zazdrością.
Sinem walczyła z bólem na widok Meliha.
Cemil próbował ukryć wzruszenie.
Hancer udawała spokój, choć w środku drżała.
A Melih starał się utrzymać przedstawienie, które miało przekonać wszystkich, że jego małżeństwo z Hancer było prawdziwe.
Ta kolacja miała udowodnić normalność.
Miała pokazać Cihanowi, że nie ma czego szukać.
Że nie istnieje żaden sekret.
Że Hancer i Melih naprawdę są małżeństwem.
Ale już od pierwszych minut było jasne, że to spotkanie bardziej przypominało pole bitwy niż rodzinny wieczór.
I że jeden nieostrożny gest mógł wystarczyć, by wszystko zaczęło się rozpadać.