
Cemil i Derya oddali swoją sypialnię Cihanowi i Hancer. Sami przenieśli się do salonu, który o tej porze tonie w ciepłym, przytłumionym świetle lampki stojącej na małym stoliku. Firanki z kwiatowym wzorem delikatnie falują przy uchylonym oknie, a ciszę przerywa jedynie cichy szum miasta.
Cemil leży na rozłożonej wersalce, przykryty grubym, kolorowym kocem. Ręce ma splecione pod głową, na twarzy spokój i niemal dziecięcą radość. Derya siedzi naprzeciwko, na drugiej wersalce. Ma na sobie piżamę w stonowanym kolorze, nogi podkurczone, a całą uwagę skupia na ekranie telefonu. Przesuwa palcem po zdjęciach lśniących, złotych bransoletek, które połyskują na ekranie jak obietnica lepszego jutra.— Odkąd się pobraliśmy, to pierwsza noc, kiedy śpimy w oddzielnych łóżkach — odzywa się Cemil z lekkim uśmiechem. — A mimo to jestem naprawdę szczęśliwy. Bóg wysłuchał wszystkich moich modlitw. Otworzyliśmy sklep, a Hancer założyła rodzinę.Derya nie reaguje. Jej palec zatrzymuje się na jednym ze zdjęć — masywna bransoletka z misternym wzorem odbija światło, jakby była stworzona po to, by przyciągać spojrzenia.— Jakie to piękne… — wzdycha cicho, bardziej do siebie niż do męża.— Oczywiście, że piękne — potwierdza Cemil, błędnie odczytując jej zachwyt. — Kiedy byliśmy dziećmi, było nas troje: Hancer, ja i babcia. Zawsze marzyłem o dużej rodzinie. Najpierw Bóg zesłał mi ciebie i Emira, a teraz dołączył do nas szwagier. — Jego głos mięknie. — Zupełnie jak w moich snach. Staliśmy się dużą, szczęśliwą rodziną.— Czuję się jakaś… zagubiona — mówi Derya po chwili, nie odrywając wzroku od telefonu. — To wszystko wygląda tak bogato, tak imponująco, ale…— Jest bogaty, to prawda — wchodzi jej w słowo Cemil, sądząc, że mówi o Cihanie. — Ale nie jest arogancki. Jest skromny. Widzisz, jak się do nas zbliżył? Przyszedł na otwarcie naszego małego sklepu, zostawiając swoją wielką firmę.Derya uśmiecha się krótko, chłodno.— Hancer ma szczęście — mówi. — Niełatwo znaleźć takiego bogacza… — zawiesza głos, po czym poprawia się szybko. — To znaczy… takiego męża.Cemil marszczy lekko brwi, ale jego ton pozostaje łagodny.— Dlaczego tak mówisz, Deryo? Pieniądze to jedno, ale Hancer ma serce jak diament. To chyba większe bogactwo, prawda?— Oczywiście… — odpowiada bez przekonania. — Jedno i drugie jest bogactwem. — Odkłada telefon na chwilę i zerka w jego stronę. — Śpij już. Jutro musimy wcześnie wstać.Cemil zamyka oczy niemal natychmiast, uspokojony jej słowami i własnymi myślami. Na jego twarzy pozostaje cień uśmiechu.Derya jeszcze przez moment wpatruje się w ekran. Potem szybko wybiera kilka zdjęć najdroższych bransoletek i wysyła je do Mukadder. Do wiadomości dołącza także fotografię zamkniętych drzwi sypialni, za którymi znajdują się Cihan i Hancer. Dopiero wtedy odkłada telefon na stolik obok wersalki. W półmroku salonu jej spojrzenie błyszczy chciwością i cichą, niecierpliwą determinacją.Mimo że dzielą jedną sypialnię, Cihan i Hancer nie kładą się razem do łóżka. On rozkłada na podłodze koc, tworząc prowizoryczne posłanie, a łóżko bez słowa zostawia żonie.W tym czasie Derya czeka, aż jej mąż zaśnie. Gdy to wreszcie się dzieje, zsuwa się bezszelestnie z kanapy. Ostrożnie, jak złodziej w cudzym domu, podchodzi do drzwi sypialni i zagląda przez dziurkę od klucza. Widok, który dostrzega, sprawia, że jej usta zaciskają się w cienką linię — Hancer leży sama na łóżku, a Cihan śpi na podłodze, odwrócony plecami.— Boże… znowu wszystko na mojej głowie — szepcze z irytacją.Wraca do salonu i poprawia koc na Cemilu, dokładając kolejny, by chłód nie wyrwał go ze snu. Potem, z tym samym zdecydowaniem, otwiera na oścież okno w przedpokoju. Zimne, nocne powietrze natychmiast wdziera się do środka, sunąc po podłodze jak lodowaty język.— Teraz nie będą mieli wyboru — mówi cicho, z przekonaniem. — Przytulą się, żeby się ogrzać.
W sypialni Cihan nagle budzi się i siada na posłaniu. Przeciąg owiewa mu nogi, zimny i nieprzyjemny.— Skądś wieje… — mruczy, marszcząc brwi.— Od okna — odpowiada Hancer, odwracając głowę w jego stronę. — Nigdy się dobrze nie domyka.Sięga po ręcznik, zwija go w ciasny rulon i wciska w szczelinę przy parapecie. Przeciąg słabnie, ale chłód wciąż unosi się w powietrzu.— To niewiele dało — zauważa Cihan. — Wieje też pod drzwiami.— Gdy ogień w piecu gaśnie, zawsze robi się chłodniej — mówi Hancer cicho. — Ale dziś… jest inaczej. Zdecydowanie zimniej.Cihan podnosi się, zwija mały dywanik i wsadza go pod drzwi. Przez chwilę stoją w milczeniu, nasłuchując. Chłód nie ustępuje.— Mamy elektryczny grzejnik — przypomina sobie Hancer. — Mogę go przynieść.— Nie — odpowiada od razu. — Nie budźmy wszystkich w środku nocy. Śpij.— Ale tobie jest zimno — mówi łagodniej. — Chodź do łóżka, jeśli chcesz. Do rana jakoś wytrzymamy… razem.Cihan patrzy na nią przez chwilę. W jego spojrzeniu widać walkę między rozsądkiem a czymś znacznie bardziej ludzkim.— Nie chcę ci przeszkadzać — mówi w końcu.— Jest naprawdę bardzo zimno — powtarza Hancer. — Chodź. Nie bądź uparty.Po chwili wahania Cihan wstaje i kładzie się obok niej, zostawiając między nimi wyraźną granicę — rząd poduszek, jakby miały strzec niewidzialnego porządku. Leżą sztywno, odwróceni w przeciwnych kierunkach, a jednak żadne z nich długo nie zamyka oczu.Co chwilę, niemal nieświadomie, zerkają w swoją stronę — czujni, niespokojni, świadomi czyjejś bliskości bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.Wstaje nowy dzień. Mukadder, jeszcze zanim zdąży na dobre otrząsnąć się ze snu, kieruje pierwsze kroki do pokoju syna. Otwiera drzwi z wyraźnym napięciem — i natychmiast jej twarz rozjaśnia satysfakcja. Pomieszczenie jest puste, a łóżko perfekcyjnie pościelone, jakby nikt nawet nie próbował się w nim położyć. To jasny znak: nie wrócił na noc do domu.— A więc stało się… — mówi z uśmiechem, który powoli rozlewa się po jej twarzy. — Derya dotrzymała obietnicy.Splata dłonie na wysokości piersi i unosi wzrok ku górze.— Daj Boże, żeby ta noc zaowocowała wnukiem — dodaje z nabożną nadzieją, jakby mówiła modlitwę, która właśnie zaczyna się spełniać.
Zupełnie inny nastrój panuje w domu Nusreta. Beyza zdrzemnęła się na kanapie, wyczerpana niepokojem i bezsenną nocą. Nagle zrywa się z krzykiem. Jej ciało jest mokre od potu, a oddech urywany, jakby przed chwilą walczyła o życie. Łapczywie chwyta powietrze, a serce bije jej jak oszalałe.Natychmiast obok niej pojawia się Nusret.— Beyza, córko! — woła z przerażeniem, kucając przy kanapie. — Co się stało? Wszystko w porządku?— Koszmar… — wydusza, drżąc. — Straszny koszmar.Przeciera spocone czoło i przez chwilę milczy, jakby bała się wypowiedzieć to, co widziała.— Cihan przywiózł tę dziewczynę do rezydencji — mówi w końcu. — Ciocia powitała ją jak synową. Wszyscy byli szczęśliwi… wszyscy oprócz mnie. — Jej głos się łamie. — A potem mnie skreślili. Cihan wyrzucił mnie z domu.Chowa twarz w dłoniach, ledwie powstrzymując łzy. Nusret kładzie jej dłoń na ramieniu, ściskając je ochronnie.— Jesteś przemęczona i zestresowana — mówi łagodnie. — To dlatego przyśnił ci się taki koszmar. Nie myśl o tym.— A jeśli to nie był tylko sen? — pyta, podnosząc na niego przerażone oczy. — A jeśli naprawdę mnie wyrzucą?Nusret prostuje się gwałtownie, jakby te słowa obudziły w nim bojową gotowość.— Nikt się na to nie odważy. Ani moja siostra, ani Cihan. Nie pozwolę na to — mówi stanowczo. — Ale nie możemy stać z boku.Wstaje i patrzy na córkę z determinacją.— Przygotuj się. Jedziemy do rezydencji.Beyza również wstaje. Jej strach ustępuje miejsca uporowi. Kiwa głową, a w jej spojrzeniu pojawia się zdecydowanie. Bez słowa odchodzi do swojego pokoju, gotowa walczyć o swoje miejsce.Gdy Cihan i Hancer wychodzą z sypialni, śniadanie jest już gotowe. Na stole czekają talerze, miseczki z oliwkami i serem, parująca herbata oraz świeże pieczywo. Derya wstała skoro świt, by wszystko przygotować, a Cemil — mimo przeziębienia — wyszedł do sklepu po chleb, nie chcąc zawieść gości.W powietrzu unosi się zapach herbaty i ciepłego pieczywa. Derya zerka na małżonków z niekrytą ciekawością, jakby próbowała wyczytać z ich twarzy odpowiedź na jedno, najważniejsze pytanie.Derya i Hancer przechodzą do kuchni. Przez chwilę panuje milczenie, które pierwsza przerywa Derya.— Jak minęła noc? — pyta z pozorną niewinnością, lecz w jej oczach błyszczy zainteresowanie. — Było chłodno… Spaliście wtuleni w siebie, prawda?Hancer zatrzymuje się na moment. Odwraca się powoli i patrzy na bratową poważnym, przenikliwym spojrzeniem.— Dobrze wiem, co próbowałaś zrobić, bratowo — mówi spokojnie, bez cienia uśmiechu.— Co takiego, kochana? — Derya unosi brwi, udając zdziwienie.— Celowo wychłodziłaś dom, żebyśmy położyli się razem — odpowiada Hancer wprost. — Myślałaś, że zmusisz nas do bliskości. Udało ci się tylko jedno: przeziębić mojego brata.Po tych słowach Hancer odwraca się i wychodzi z kuchni, nie czekając na odpowiedź. Jej kroki są zdecydowane, a twarz napięta.Derya przez chwilę stoi nieruchomo, po czym na jej ustach pojawia się ledwie dostrzegalny uśmiech. Nie wygląda na zranioną ani zawstydzoną. Wręcz przeciwnie — jest spokojna i pewna siebie, jak ktoś, kto i tak uważa, że wygrał.— Może nie doszło do zapłonu — szepcze do siebie. — Ale ogień wciąż się tli.Jej spojrzenie błyszczy cichą satysfakcją.— Osiągnęłam to, czego nie osiągnął nikt inny — dodaje z przekonaniem. — Położyłam ich w tym samym łóżku.Na chwilę zamyśla się, jakby już widziała przyszłą nagrodę.— Zasłużyłam na złotą biżuterię od pani Mukadder.Fadime stoi przy kuchence i gotuje kawę w małym rondelku. Aromat świeżo mielonych ziaren wypełnia kuchnię. Obok niej krzątają się Aysu i Gülsüm, co chwila wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.— Wszyscy zastanawiają się, kiedy nastąpi koniec świata — odzywa się Aysu z powagą, w której pobrzmiewa kpina. — A my właśnie byłyśmy jego świadkami.Fadime odwraca się do córki, unosząc brwi.— Co ty znowu wygadujesz?— Czy nie widziałaś dziś tej czarnej wdowy Mukadder? — ciągnie Aysu półgłosem. — Nikogo nie skarciła, nikogo nie zrugała. Wyobrażasz sobie? Nawet zaprosiła nas do stołu.— Aysu ma rację, siostro Fadime — wtrąca Gülsüm, przytakując. — Odkąd tu pracuję, pierwszy raz widzę panią Mukadder w takim stanie. Jakby była zupełnie inną osobą.Fadime przez chwilę miesza kawę, po czym kręci głową.— Nie będę kłamać — przyznaje cicho. — Jestem tu od lat i jeszcze nigdy nie widziałam jej tak łagodnej.— Może szykuje się do grobu? — rzuca Aysu bezceremonialnie.— Boże, dziecko! — Fadime aż podskakuje. — Ugryź się w język! Takich rzeczy się nie mówi!Upomina córkę, ale po chwili sama parska cichym śmiechem, jakby absurd tej myśli ją rozbawił.— Spokojnie, ona przetrwa wszystko — dodaje Aysu. — Ale coś musiało się wydarzyć.— Nieważne co — ucina Fadime. — Zanieś jej kawę, zanim znów zmieni nastrój i nas zruga.Aysu wchodzi do salonu z tacą. Mukadder siedzi w fotelu, skupiona na robótkach ręcznych. Druty poruszają się rytmicznie, a na jej kolanach spoczywa zaczęta na drutach niewielka część ubranka.
— Czy to kamizelka dla dziecka? — pyta Aysu, nie kryjąc ciekawości. — Wygląda, jakbyś spodziewała się wnuka. Stąd te przygotowania?Sinem natychmiast posyła dziewczynie ostrzegawcze spojrzenie, ale Mukadder nawet nie drgnie. Jej twarz rozjaśnia ciepły, niemal matczyny uśmiech.— Oby Bóg wysłuchał twoich słów — odpowiada spokojnie pani Develioglu.W tej samej chwili drzwi rezydencji otwierają się i do środka wchodzą Nusret i Beyza.— Nie dzwoniłaś do swojej bratanicy, więc sam ją przywiozłem — mówi Nusret rzeczowo. — Mam nadzieję, że nie ma z tym problemu.— Żadnego — odpowiada Mukadder z uśmiechem, który zaskakuje wszystkich. — Beyza jest dla nas bardzo cenna. Była przygnębiona, więc powiedziałam jej, żeby odpoczęła. Nie chciałam dzwonić, żeby nie wywierać na niej presji.Beyza marszczy lekko brwi. Coś w tym tonie brzmi nienaturalnie.Co ta kobieta kombinuje?— myśli podejrzliwie. —Założyła maskę anioła, bo mój ojciec tu jest?— Usiądźcie — dodaje Mukadder. — Napijemy się razem kawy.— Ja tylko przywiozłem Beyzę — wyjaśnia Nusret. — Muszę jechać do pracy.Po tych słowach żegna się i wychodzi niemal natychmiast.— Ja też pójdę do swojego pokoju — mówi Beyza ostrożnie, spodziewając się, że teraz, bez obecności ojca, ciotka pokaże swoją prawdziwą twarz.Nic takiego jednak nie następuje. Głos Mukadder pozostaje miękki i uprzejmy.— Zostań — mówi łagodnie. — Napijemy się kawy i porozmawiamy.Zdezorientowana Beyza spogląda na nią jeszcze raz, po czym siada na kanapie obok milczącej Sinem, nie wiedząc, czy bardziej powinna się cieszyć… czy obawiać.