Tuż po wyjściu Cihana w salonie zapadła lodowata cisza. Nikt nie drgnął. Wszyscy tkwili w tych samych miejscach, jakby wynik testu DNA zamroził ich w bezruchu. Kryształowe żyrandole migotały nad jasnymi kanapami, nad rzeźbionym stolikiem i ciężkimi zasłonami, ale ten cały przepych tylko potęgował napięcie.
Mukadder podniosła się powoli z kanapy. Wyprostowana, chłodna, z twarzą bez krzty litości, podeszła do Hancer i spojrzała na nią z góry.
– Milczałam, czekając aż wyjdzie na jaw twoja prawdziwa twarz – powiedziała szorstkim, lodowatym głosem. – Ale od tej chwili koniec z czekaniem. Rozprawię się z każdym, kto oczernia moją synową i narusza spokój mojego domu. Postawię was przed sądem.
Przeniosła surowe spojrzenie na Engina.
– Twoje zachowanie zrzucałam dotąd na ból po stracie siostry. Ale od teraz radzę ci mądrze wybierać stronę. Jeśli nadal będziesz się nam sprzeciwiał, nie będę patrzeć na lata przyjaźni. Ciebie też złapię za gardło.
Znów spojrzała na Hancer. W jej oczach była już tylko pogarda.
– Zabawa dobiegła końca. Idź i baw się gdzie indziej.
Hancer nie odpowiedziała. Blada, oszołomiona, jakby słowa Mukadder docierały do niej z opóźnieniem. Engin zacisnął szczękę, ale się nie odezwał. Melih z troską spojrzał na Hancer i pomógł jej wstać.
W milczeniu opuścili salon. Za nimi wyszły Gülşah i Fadime. Sinem również wstała i bez słowa skierowała się do wyjścia.
W salonie zostali tylko Nusret, Beyza i Mukadder.
Nusret natychmiast chwycił kartkę z wynikami. Wciąż był w szoku, ale w jego oczach błyszczała już czysta ekscytacja. Beyza nie spuszczała wzroku z dokumentu, a na jej twarzy malowała się ulga kobiety, która w ostatniej chwili uniknęła katastrofy.
Mukadder usiadła obok bratanicy. Na twarzach całej trójki powoli rozlały się te same, triumfalne uśmiechy.
Znowu im się udało. Znowu byli górą.
Cihan wszedł do pokoju dziecięcego. W przeciwieństwie do zimnego, reprezentacyjnego salonu, tu panowała bajkowa, delikatna atmosfera. Jasne ściany z dziecięcymi rysunkami, biały baldachim nad łóżeczkiem, uśmiechnięta żyrafa na ścianie. Wszystko miękkie, niewinne i spokojne.
Tylko on nie potrafił odnaleźć w tym spokoju ukojenia.
Pochylił się nad synem. Malec natychmiast przestał płakać, jakby rozpoznał ojca.
– Płakałeś, żeby mnie wezwać, synu? – szepnął Cihan i usiadł przy łóżeczku.
Patrzył na dziecko w milczeniu, aż jego twarz zaczęła drżeć.
– Nie mam żadnego usprawiedliwienia. Jestem pokonany. Zostałem pokonany przez miłość. Zwątpiłem we własnego syna.
Głos uwiązł mu w gardle. Łzy, których już nie ukrywał, spłynęły po policzkach.
– Dam ci ojcowską radę – wyszeptał. – Bez względu na wszystko, nie zakochuj się. Jeśli się zakochasz, staniesz się taki jak twój ojciec. Wybacz mi, synu. Wybacz mi…
Siedział tak przy białym łóżeczku, złamany poczuciem winy, przekonany, że sam zniszczył to, co powinien był chronić.
W tym samym czasie Engin, Hancer i Melih siedzieli w ciężkim milczeniu w salonie starego domu. Jasne, spokojne wnętrze z różową i szarą kanapą, grubymi brązowymi zasłonami i bladym światłem sączącym się przez firanki tylko podkreślało ich przygnębienie.
Engin siedział na skraju kanapy, z dłonią przy czole. Hancer, blada i wyczerpana, obejmowała brzuch, jakby chciała ochronić dziecko przed tym, co właśnie runęło. Melih siedział naprzeciwko ze splecionymi dłońmi.
– Jak taki rezultat jest w ogóle możliwy? – przerwał ciszę Engin. – Sprawdzałem wszystko wielokrotnie. Nie ma mowy, żebym aż tak się pomylił.
Hancer uniosła głowę.
– To moja wina – powiedziała drżącym głosem. – Gdyby nie złapali mnie w pokoju dziecięcym, kiedy próbowałam odciąć kosmyk włosów, nie musiałbyś ujawniać wszystkiego. Postawiłam cię w tej sytuacji. Przepraszam. Muszę przeprosić również Cihana.
Zerwała się, ale Melih ją zatrzymał.
– Nigdzie nie pójdziesz, Hancer. Nie pozwolę ci się znowu upokarzać.
– Melih ma rację – dodał Engin. – Teraz nikt z tamtej strony nie będzie chciał nas słuchać. Tyle śladów, słowa Yoncy, wszystkie sprzeczności…
– Myliliśmy się – powiedział cicho Melih. – Musimy to zaakceptować. Przegraliśmy tę wojnę.
Ciszę przerwał dzwonek telefonu Engina.
– Słucham?… Co? Zmieniła zeznania? Jest na komisariacie? Dobrze, dziękuję.
Rozłączył się, a jego twarz stężała.
– Yonca zmieniła zeznania po ogłoszeniu wyników. Oświadczyła, że poroniła, a potem porwała dziecko, bo zazdrościła Beyzie szczęśliwej rodziny. Cihan i Beyza nie złożyli przeciwko niej skargi, więc ją wypuszczono. Jeśli znajdzie dobrego prawnika, nie poniesie kary. Nie rozumiem, dlaczego Cihan i Beyza to tak zostawili. To bardzo dziwne.
– Czy jest jeszcze sens się nad tym zastanawiać? – zapytał Melih z rezygnacją, patrząc łagodniej na Hancer. – Jesteś w ciąży. Ten stres szkodzi tobie i dziecku.
Engin spuścił wzrok.
– Będę musiał dalej radzić sobie sam. Coraz mocniej wierzyłem, że moja siostra została zamordowana. Oskarżyłem żonę najlepszego przyjaciela o kradzież dziecka. Naraziłem niewinne dziecko na chaos.
Spojrzał na Hancer.
– Nie obwiniaj się. To ja zasiałem w tobie wątpliwości. I bardzo tego żałuję.
Beyza nie mogła oderwać wzroku od dokumentu, który przejęła od ojca. Siedząc w eleganckim salonie, wśród kremowych mebli i połyskujących ozdób, uśmiechała się, jakby ta jedna kartka była jej przepustką do zwycięstwa.
W tym samym czasie Yonca siedziała w skromnym, ciasnym salonie Cemila i Deryi. Miętowe ściany, kwieciste zasłony, wysłużone różowe kanapy. Wyglądała, jakby w ogóle nie pasowała do tego miejsca – pewna siebie, w czarnym płaszczu rzuconym obok, wolna od strachu i biedy.
– Przyjechałam do dzielnicy na spotkanie i pomyślałam, że zajrzę – rzuciła swobodnie.
– Nie boisz się tak chodzić po ulicach? – zdziwiła się Derya.
– Rozwiązałam już swoje problemy. Jestem wolną kobietą. A wkrótce zostanę bizneswoman.
– Bizneswoman? – wytrzeszczyła oczy Derya.
– Kojarzysz ten salon fryzjerski na rogu? Ten, który chciałaś kupić?
– Dostałaś tam pracę?
– Nie, kochana. Kupiłam go.
Derya poderwała się z kanapy i wyciągnęła męża do przedpokoju.
– Cemilu, miałeś kupić pędzle, pamiętasz? Muszę porozmawiać z Yoncą na osobności.
– Znowu? Ostatnim razem skończyło się bójką – mruknął Cemil, ale wyszedł.
Gdy drzwi się zamknęły, Derya usiadła naprzeciwko Yoncy, a jej oczy błyszczały.
– Skąd wzięłaś pieniądze?
Yonca spuściła wzrok, a jej triumf na moment zniknął.
– Zawarłam korzystny układ, Deryo.
Kilka dni wcześniej, w skromnym pokoju w domu Tayyara, rozegrała się scena, która wszystko wyjaśniała. Na łóżku przykrytym wzorzystą narzutą leżał mały Cihan Gurur.
Mukadder weszła do środka i westchnęła z udawanym współczuciem.
– Ach, moje biedne maleństwo. Jeszcze wczoraj byłeś jedynym spadkobiercą w rezydencji Develioglu, a spójrz, gdzie trafiłeś przez głupotę swojej matki.
Chciała dotknąć dziecka, ale Yonca zagrodziła jej drogę.
– Nie dotykaj mojego dziecka! Już nigdy mi go nie zabierzesz!
– Co zrobisz, Yonco? Szuka cię Cihan i policja. Nie masz pieniędzy, bo gdybyś je miała, dawno byś uciekła.
– Powiem im prawdę! Wystarczy jeden test!
– Zgadza się. Ale dokąd pójdziesz potem? Do tej mysiej nory? – Mukadder zniżyła głos do matczynego szeptu. – Mogę uratować was oboje. Wyciągnę cię z miejsca, w którym pogrzebał cię Nusret. Daję ci drugą szansę.
Otworzyła dużą torbę pełną plikow banknotów.
– Będziesz obrzydliwie bogata.
– Już raz popełniłam ten błąd. Więcej nie sprzedam swojego dziecka – powiedziała twardo Yonca.
– Tym razem go nie sprzedasz. Tym razem uratujesz mu życie. Myślisz, że Nusret da ci spokój, gdy dowie się prawdy? Chcesz narodzić się na nowo, czy zostać tu żywym trupem?
Yonca patrzyła na pieniądze, na śpiącego syna i na Mukadder. Wiedziała, że ta decyzja zaważy na całym jej życiu.
Teraźniejszość. Nusret, Beyza i Mukadder nadal siedzieli w salonie rezydencji. Na stoliku leżał dokument, a napięcie gęstniało.
– Yonca zadzwoniła do Hancer i podała jej adres – powiedziała spokojnie Mukadder. – Byłam pewna, że Hancer powie o tym Cihanowi. I nie pomyliłam się. Nawet próba samobójcza Yoncy była częścią mojego planu. To ja powiedziałam jej, co ma zeznać policji.
Beyza zmrużyła oczy.
– Na pewno coś jej zaoferowałaś.
– Słusznie myślisz. Posprzątałam bałagan, który po sobie zostawiliście – przyznała bez skruchy. – Nusrecie, zostawisz Yoncę w spokoju.
– Dobrze. Skoro zamykamy rozdziały, ty oddasz mi moje akcje – uśmiechnął się krzywo Nusret.
– Jesteśmy kwita. Uratowałam cię, a ty zapłaciłeś akcjami. Od tej pory każdy pracuje na własny rachunek. Ty również musisz mi zapłacić, Beyzo. Przepiszesz na mnie własność tego domu.
– Co? Nie kazałam ci zmieniać wyników! – oburzyła się Beyza.
– Nie myśl, że zrobiłaś nam przysługę. Uratowałaś przede wszystkim siebie, znowu oszukując własnego syna – wtrącił Nusret.
Mukadder nawet nie drgnęła.
– Nie macie już żadnych atutów. Nie możecie mnie zniszczyć, nie niszcząc siebie. Poza tym nie znacie warunków Yoncy.
– Jakich warunków? – zapytała Beyza.
– Chce spotykać się z dzieckiem i uczestniczyć w jego wychowaniu.
– Oszalałaś? Cihan nigdy się na to nie zgodzi! Uważa ją za wariatkę!
– Tak się umówiłyśmy. Tylko pod tym warunkiem zgodziła się nas uratować. Musisz przekonać swojego męża, Beyzo.
Triumf na twarzy Beyzy zaczął gasnąć.
W skromnym salonie Derya przyglądała się Yoncy z rosnącą podejrzliwością.
– Myślałam, że przyszłaś powiedzieć, że jesteśmy uratowane, a ty przyszłaś stanąć przeciwko mnie!
– Nigdy – odparła spokojnie Yonca.
– Wiedziałaś, że ten salon był moim marzeniem, więc dlaczego go kupiłaś?
– Bo chcę, żebyś była przy mnie w dobrych chwilach, tak jak byłaś w złych. Zawdzięczam ci życie. Dlatego go kupiłam.
Twarz Deryi rozjaśniała się z sekundy na sekundę.
– Naprawdę? Chcesz, żebyśmy zostały wspólniczkami? Przecież to ja powstrzymałam sprzedaż! Dałam właścicielce dwie bransoletki!
– Nie, kochana. Nie przesadzaj – ucięła Yonca, gasząc jej entuzjazm. – Kupiłam salon, ale nie zamierzam robić z ciebie wspólniczki.
– To po co tu przyszłaś?
– Żeby ci pomóc. Dam ci pracę. Będziesz dostawać dobrą pensję.
Derya zaniemówiła, a potem wybuchła.
– Yonco, z trudem się powstrzymuję… Wynoś się z mojego domu! Dalej!
Złapała Yoncę za ramię i wypchnęła ją do ciasnego przedpokoju.
– Próbuję zrobić dla ciebie coś dobrego – próbowała jeszcze Yonca.
– Znajdź sobie inną frajerkę! Zjeżdżaj!
Yonca poprawiła płaszcz z udawaną obojętnością.
– Spełniłam swój obowiązek. Nie chcesz, to łaski bez.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a Derya opadła na sofę, roztrzęsiona.
– Wielka łaskawczyni! Jeszcze wczoraj umierała z głodu przed moimi drzwiami!
Późnym wieczorem Melih spotkał się z Sinem na tyłach rezydencji. Wąska, ciemna ścieżka między krzewami, chłód nocy i niebieskawe światło nadawały miejscu sekretny charakter.
– Od rana mam chaos w głowie. Co my teraz zrobimy? – szepnęła Sinem.
– Nie wiem – westchnął Melih. – Byłem pewien, że wynik będzie negatywny. A potem… zdradziłem przed tobą tajemnicę moją i Hancer. Ona o tym nie wie. Zapomnij o wszystkim, co ci powiedziałem.
– Jak to? Chcesz ukryć przed Cihanem, że będzie miał jeszcze jedno dziecko?
– Podejrzenia Engina okazały się bezpodstawne. Wynik spadł na nas jak bomba. Hancer jest teraz w jeszcze gorszej sytuacji. W oczach Cihana stała się wspólniczką Engina.
– Ale ona też milczy – odparła z bólem Sinem. – Cihan Gurur jest synem Cihana, ale czym różni się od dziecka, które Hancer nosi pod sercem? Cihan musi wiedzieć.
– To nie my powinniśmy decydować – pokręcił głową Melih.
– Wiem. Nikomu nie powiem. Po prostu robi mi się słabo, kiedy o tym myślę.
Zapadła cisza. Wiatr poruszał krzewami.
– Będzie tak jak do tej pory – powiedział w końcu Melih. – Cihan i Beyza pozostaną małżeństwem.
– Tak samo jak ty i Hancer…
Melih zacisnął szczękę. Zabolały go te słowa.
– Dałem jej słowo. Nie mogę zostawić jej w połowie drogi. Nie ma już Meliha, który chwyta torbę i ucieka. Jest Melih, który zostaje i walczy. Trochę się spóźniłem, ale się zmieniłem.
Patrzyli na siebie ze łzami w oczach, po czym odeszli w przeciwnych kierunkach, zostawiając za sobą noc i sekret, który coraz mocniej ciążył im na sercach.