
Za szybą dzień płynął zwyczajnym rytmem, ale jej myśli były zupełnie gdzie indziej. W dłoniach obracała telefon, jakby sam jego ciężar przypominał jej o wszystkim, co jeszcze musiała zrobić, by odzyskać syna.
Do pokoju weszła Derya.
W ręku trzymała swój telefon, a na twarzy miała wyraz podekscytowania kobiety, która właśnie odkryła kolejny sposób na szybkie wzbogacenie się.
— Wiesz, jakie dziwne rzeczy robią teraz ludzie? — zaczęła, nawet nie czekając na odpowiedź. — Malują zwykłe liście, wkładają je w ramki i sprzedają jako sztukę. A inni naprawdę to kupują! Wyobrażasz sobie?
Yonca nawet na nią nie spojrzała.
— Nie mam teraz głowy do liści, Deryo.
— Za to powinnaś mieć głowę do pieniędzy — odparła Derya i usiadła obok niej. — Kiedy Mukadder w końcu zapłaci, musimy dobrze wykorzystać ten kapitał. Możemy zostać influencerkami. Nagrywać filmiki, robić makijaże, nosić piękne ubrania… Pieniądze będą leżały na stole, a ludzie będą patrzeć na nas z podziwem.
Yonca powoli odwróciła głowę.
— Nie, Deryo. Ja zabiorę swoje dziecko i zniknę.
Derya zamarła.
— Co?
— To, co słyszysz. Zacznę nowe życie. Daleko od wszystkich. Chcę tylko mojego dziecka i spokoju.
Na twarzy Deryi pojawiło się niezadowolenie.
— Czyli kiedy dostaniemy pieniądze, każda pójdzie w swoją stronę?
— Tak. Mamy inne plany.
— Inne plany? — powtórzyła Derya z niedowierzaniem. — Ja myślę o przyszłości, a ty zachowujesz się tak, jakby te pieniądze były tylko biletem ucieczki.
Yonca spojrzała na nią spokojnie.
— Bo dla mnie właśnie tym są.
Wstała z kanapy.
— Idę zrobić herbatę.
Ruszyła do kuchni, zostawiając Deryę samą w salonie.
Ta przez chwilę patrzyła za nią z urażoną miną. Potem chwyciła torebkę i zarzuciła ją na ramię.
— Ja wszystko załatwiam, ja ryzykuję, ja rozmawiam z Mukadder, a ona zgarnie największą część — mruknęła pod nosem. — Od początku powinnyśmy były podzielić wszystko po równo.
Zacisnęła palce na pasku torebki.
— Muszę znaleźć sposób, żeby to sobie wyrównać.
Odwróciła się gwałtownie i wyszła z domu.
—
Szła przez miasto bez konkretnego celu.
Myślała tylko o pieniądzach, które wkrótce mogły trafić w jej ręce. Ulica była jasna, ruchliwa i pełna ludzi załatwiających swoje codzienne sprawy. Derya jednak patrzyła na wszystko inaczej niż zwykle.
Każdy sklep wydawał jej się szansą.
Każda witryna obietnicą.
Każdy szyld zapowiedzią życia, o którym od dawna marzyła.
Wtedy jej wzrok zatrzymał się na salonie piękności.
Na szybie wisiała kartka informująca o zamknięciu lokalu. Derya zwolniła, a po chwili podeszła bliżej. Przez przeszklone drzwi zajrzała do środka.
I zdziwiła się.
W salonie było pełno klientek.
Jedna kobieta miała układane włosy, druga siedziała przy stanowisku manicure, a kolejna przeglądała magazyn na kanapie. W powietrzu unosił się szum suszarek, ciche rozmowy i atmosfera miejsca, które wcale nie wyglądało na bankrutujące.
— Zamykają? — mruknęła Derya do siebie. — Przy tylu klientkach?
W tej samej chwili drzwi się otworzyły, a ze środka wyszła elegancka brunetka.
Była zadbana, pewna siebie i uśmiechała się w sposób, który natychmiast budził zaufanie.
Derya nie przepuściła okazji.
— Przepraszam — zagadnęła, zerkając ponad jej ramieniem do wnętrza salonu. — Na szybie jest informacja, że lokal się zamyka, ale w środku macie pełno klientek. To nie wygląda jak interes, który upada.
Kobieta uśmiechnęła się szerzej.
— Bo nie upada. Wręcz przeciwnie. Mamy tyle pracy, że właśnie dlatego przenosimy się w większe miejsce. Proszę wejść, sama pani zobaczy.
Derya zawahała się tylko przez moment.
Potem przekroczyła próg.
Wnętrze salonu było jasne, czyste i zadbane. Na półkach stały kosmetyki, przy lustrach pracowały fryzjerki, manicurzystki obsługiwały klientki, a rozmowy mieszały się z jednostajnym szumem suszarek.
Wszystko wyglądało profesjonalnie.
I dochodowo.
— Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś zamykał dobrze prosperujący salon — powiedziała Derya, rozglądając się coraz uważniej.
— Nie zamykam go z powodu strat — wyjaśniła właścicielka. — Wynajęłam większy lokal w lepszej dzielnicy. Ten salon ma stałe klientki, dobrą opinię i zespół, który zna swoją pracę. Szkoda byłoby go porzucić. Chcę przekazać go komuś, kto potrafi wykorzystać jego potencjał.
Derya od razu uniosła brwi.
— A koszty? Czynsz, pensje, rachunki? Ile właściwie zostaje po odliczeniu wydatków?
Kobieta spojrzała na nią z aprobatą.
— Widzę, że myśli pani praktycznie. To dobrze. Mniej więcej jedna trzecia przychodów idzie na bieżące koszty: lokal, wypłaty, opłaty i dostawy. Reszta zostaje dla właściciela.
Derya poczuła przyjemny dreszcz.
— Reszta?
— Oczywiście. A największym dodatkiem jest sprzedaż kosmetyków do pielęgnacji włosów. Szampony, odżywki, maski, olejki… Klientki chętnie je kupują. Nawet po rabatach sprzedajemy je z podwójną przebitką.
Właścicielka zdjęła z półki elegancką butelkę szamponu i podała ją Deryi.
— Proszę. To prezent.
Derya przyjęła kosmetyk tak, jakby trzymała w dłoni pierwszy element własnego imperium.
— Dziękuję, ale… — uśmiechnęła się z zakłopotaniem — nie mam pieniędzy, żeby kupić salon.
Kobieta spojrzała jej prosto w oczy.
— Pieniądze można zdobyć. Dobrego nosa do interesu już nie.
Derya zamarła.
— Pani ma w sobie energię kobiety, która nie boi się ryzyka — dodała właścicielka.
Derya odruchowo się wyprostowała.
— Naprawdę pani tak uważa?
— Tak. Proszę przyjść jutro rano. Zrobimy pani makijaż, wypijemy kawę i porozmawiamy spokojnie. Może znajdziemy rozwiązanie dobre dla nas obu.
Derya wyszła z salonu z prezentem w dłoni i sercem bijącym szybciej niż zwykle.
W jej głowie natychmiast zaczęły pojawiać się obrazy.
Ona jako właścicielka.
Klientki czekające w kolejce.
Pracownice wykonujące jej polecenia.
Pieniądze wpływające każdego dnia niemal bez wysiłku.
Własny biznes.
Własne miejsce.
Własna przyszłość.
To brzmiało jak marzenie, które wreszcie mogło stać się prawdziwe.
A jednak gdzieś głęboko odezwał się cichy, niepokojący głos.
Czy coś, co wyglądało tak pięknie, naprawdę mogło być aż tak proste?
A może Derya właśnie weszła w pułapkę, której blask był zbyt kuszący, by dostrzec ukryte ostrzeżenie?