
Zatrzymała się na werandzie, tuż przy odrapanych, zielonych ścianach budynku. Za jej plecami ciągnęła się mokra ścieżka, poręcz opleciona gałęziami i ogród, który w szarym świetle dnia wyglądał jeszcze smutniej niż zwykle.
Cemil stanął w progu.
Na widok siostry spuścił wzrok i odwrócił twarz, jakby sama jej obecność rozdrapywała ranę, którą z takim trudem próbował przed sobą ukryć.
— Dlaczego przyszłaś? — zapytał chłodno.
Hancer zrobiła krok bliżej.
Była zmęczona, ale w jej spojrzeniu wciąż tliła się cicha determinacja.
— Zobaczyłam twoje nazwisko na liście darczyńców — powiedziała łagodnie. — Całą noc o tobie myślałam.
Cemil drgnął.
Te słowa trafiły w miejsce, którego nie chciał odsłaniać. Szybko jednak zacisnął usta i znów przybrał surowy wyraz twarzy.
— Zrobiłem to, żeby pomóc biednym — odparł. — Wiesz dlaczego? Bo wiem, jak to jest nie mieć nic. Nie mogłem odwrócić się plecami i udawać, że mnie to nie dotyczy.
Odwrócił wzrok, jakby próbował ukryć, że ta sprawa poruszyła go bardziej, niż chciał przyznać.
— Chciałem, żeby darowizna była anonimowa. Poprosiłem o to sekretarkę, ale powiedziała, że ze względu na przepisy musi wpisać moje dane. Więc nie myśl sobie, że zrobiłem to dla ciebie.
Jego głos stwardniał.
— Przyszłaś na próżno. Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz.
Chciał się odwrócić i wejść do środka, ale Hancer wyciągnęła rękę.
Delikatnie chwyciła go za dłoń.
Tak, jakby bała się, że jeśli nie zatrzyma go właśnie w tej sekundzie, znów straci go na długo.
— Tak bardzo za tobą tęskniłam, bracie — wyszeptała.
Cemil znieruchomiał.
— Puść mnie, Hancer.
Ale ona nie cofnęła dłoni.
— Nigdy nie byliśmy od siebie tak daleko — mówiła dalej, głosem coraz bardziej drżącym. — Nawet kiedy się nie widzimy, ja wiem, że o mnie myślisz. Wiem, że gdzieś głęboko nadal jestem w twoim sercu.
Spojrzała na niego przez łzy.
— Chcę wierzyć, że zostało w nim jeszcze miejsce dla twojej małej siostry.
Cemil przełknął ślinę.
Walczył ze sobą.
Z gniewem, który karmił od wielu dni.
Z dumą, która nie pozwalała mu zrobić pierwszego kroku.
I z tęsknotą, która nagle okazała się silniejsza, niż chciał przyznać.
Patrzył na ich splecione dłonie, a potem na twarz Hancer. W jej oczach błyszczały łzy.
— Ja… — zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle.
Po chwili odwrócił wzrok.
— Wcale za tobą nie tęskniłem.
Hancer uśmiechnęła się przez łzy.
Tak, jakby dokładnie wiedziała, że kłamie.
Nie czekała dłużej.
Rzuciła mu się w ramiona i objęła go mocno, z całą rozpaczą, którą od tak dawna nosiła w sobie.
— Bracie, przepraszam — wyszeptała drżącym głosem. — Przepraszam, że cię zraniłam. Cierpię każdego dnia. Proszę, wybacz mi. Wybacz mi, bracie… Tak bardzo za tobą tęsknię.
Cemil zamknął oczy.
Jego ręce zawisły bezradnie w powietrzu. Przez moment wyglądało tak, jakby naprawdę chciał ją objąć. Jakby całe jego ciało rwało się do tego, by przycisnąć siostrę do siebie i zakończyć tę bolesną ciszę między nimi.
Hancer płakała cicho, wtulona w jego ramię.
Cemil zacisnął powieki, próbując zdusić wzruszenie. Nie chciał jej przebaczyć tak szybko. Nie chciał pokazać, jak bardzo mu jej brakowało.
A jednak przez krótką chwilę nie potrafił jej odepchnąć.
Nie potrafił udawać, że nic nie czuje.
W końcu gwałtownie odsunął się od niej.
Jakby przestraszył się własnej słabości.
— Dość — rzucił ochryple.
Nie spojrzał już na Hancer.
Odwrócił się i uciekł do domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Hancer została sama na werandzie.
Przez moment stała nieruchomo, z dłonią przy piersi i policzkami mokrymi od łez. Bolało. Nadal bolało. Cemil wciąż ją odpychał, wciąż uciekał przed rozmową, wciąż chował się za gniewem.
A jednak tym razem Hancer poczuła coś, czego dawno nie czuła w jego obecności.
Nadzieję.
Bo choć Cemil nie potrafił jeszcze wybaczyć, nie potrafił też pozostać obojętny.
Lód w jego sercu zaczął pękać.
A Hancer wiedziała, że jeśli choć jedna szczelina już się pojawiła, pewnego dnia może wpuścić do środka światło.