Nocne powietrze było chłodne. Światła parkingu odbijały się na karoseriach zaparkowanych samochodów, a cisza wokół lokalu zdawała się jeszcze mocniej podkreślać fakt, którego Cihan nie mógł już zignorować.
Hancer nie przyszła.
Mężczyzna miał na sobie elegancki, beżowy płaszcz, który tylko podkreślał jego surową postawę. Podszedł do samochodu i podał pieniądze parkingowemu, ale ani na moment nie odrywał wzroku od wejścia do restauracji.
Czekał.
A ona nie pojawiła się.
Ta myśl zawisła w nim jak niedopowiedziane oskarżenie. Trudno było stwierdzić, czy poczuł ulgę, rozczarowanie, czy gniew. Na jego twarzy widać było jednak napięcie, którego nie potrafił ukryć.
— Pani Hancer nie przyszła — powiedział półgłosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. — To znaczy, że zostało jej jeszcze trochę dumy.
Już miał wsiąść do auta, gdy z boku rozległ się spokojny, kpiący głos.
— Długo na mnie czekasz?
Cihan powoli odwrócił głowę.
Kilka kroków dalej stał Melih.
W ciemnej kurtce, z twarzą oświetloną zimnym blaskiem latarni, wyglądał spokojnie. Aż zbyt spokojnie. W dłoni trzymał czarną aktówkę.
Tę samą, która miała stać się przynętą dla Hancer.
Melih podszedł bliżej i rzucił neseser na maskę samochodu Cihana. Głuchy dźwięk uderzenia przeciął ciszę parkingu.
— Czy to ty jesteś tym anonimowym darczyńcą? — zapytał.
Cihan wyprostował się powoli.
Jego spojrzenie stwardniało, ale nie odpowiedział od razu.
Melih uśmiechnął się krótko.
Bez cienia rozbawienia.
— Oczywiście. Jak mogłem nie zrozumieć tego od razu? To przecież takie typowe dla ciebie. Ukryć się za cudzym głosem, podsunąć pieniądze, zastawić pułapkę i czekać, kto w nią wpadnie.
Zrobił krok bliżej.
— Skłamałbym, gdybym powiedział, że jestem zaskoczony. Chociaż przyznaję, nie spodziewałem się, że okażesz się aż tak lekkomyślny.
Cihan spojrzał na niego chłodno.
Na jego twarzy pojawił się cień drwiącego uśmiechu.
— Za to ja jestem zaskoczony — powiedział spokojnie. — Nie sądziłem, że potrafisz zachować się tak męsko.
Melih zmrużył oczy.
— To według ciebie jest męskość? Zaprosić kobietę na kolację za pomocą teczki pełnej pieniędzy?
Cihan zrobił krok w jego stronę.
Między nimi zostało już niewiele przestrzeni.
— Interesujące — odparł cicho. — Nie jesteś zazdrosny o to, że twoja żona codziennie pracuje ze swoim byłym mężem. Nie przeszkadza ci, że siedzi ze mną w jednym gabinecie. Ale wystarczyło, że miała pójść na kolację z obcym mężczyzną, a od razu się pojawiłeś.
Na ustach Meliha pojawił się kpiący uśmiech.
Cihan zacisnął szczękę.
— Dlaczego się śmiejesz?
— Bo nadal nic nie rozumiesz — odpowiedział Melih spokojnie.
W oczach Cihana błysnął gniew.
— Zabiję cię.
Melih nawet nie drgnął.
Spojrzał mu prosto w twarz, a jego głos stał się niski i twardy.
— To ja powinienem zabić ciebie. Ale nie zrobię tego z szacunku do twojego dziecka.
Te słowa uderzyły w Cihana mocniej niż cios.
Jego twarz stężała. Spojrzenie pociemniało. Przez chwilę wyglądał tak, jakby naprawdę był o krok od utraty panowania nad sobą.
Między nimi leżała czarna aktówka.
Niemy dowód gry, którą Cihan rozpoczął z pełnym przekonaniem, że to on trzyma wszystkie karty.
Chciał sprawdzić Hancer.
Chciał udowodnić, że za jej dumą, dobrocią i poświęceniem kryje się chciwość.
Chciał zobaczyć, jak sięga po przynętę.
Ale Hancer nie przyszła.
Nie otworzyła drzwi tej restauracji.
Nie sprzedała swojego spokoju za torbę pieniędzy.
I teraz na parkingu stał przed nim Melih — człowiek, którego Cihan uważał za chciwego, słabego i gotowego podeptać honor Hancer.
Tymczasem to Melih przyniósł aktówkę z powrotem.
To Melih spojrzał mu w oczy bez strachu.
I to Melih jako pierwszy nazwał tę grę tym, czym naprawdę była.
Pułapką.
Tylko że tym razem nie wpadła w nią Hancer.
Wpadł w nią Cihan.