Usiedli w przytulnym pokoju, w którym panowała cisza tak spokojna, jakby to miejsce było odgrodzone od całego zamieszania dziejącego się na zewnątrz. Jedną ze ścian zajmowała biblioteczka pełna książek, a pod oknami stały szerokie, wzorzyste siedziska.
Ertuğrul spojrzał na Meliha z łagodnym uśmiechem.
— Sąsiedzi czasem odwiedzają się bez zapowiedzi, to prawda — powiedział spokojnie. — Ale obawiam się, że na kolację nie będziemy mogli przyjść. Moja żona ostatnio nie czuje się najlepiej. Nie mogę zostawić jej samej. Nie miej mi tego za złe, proszę.
Melih natychmiast pokręcił głową.
— Oczywiście, że nie mam. Zdrowie jest najważniejsze. Czy możemy coś dla niej zrobić?
— Wystarczy modlitwa — odparł Ertuğrul.
Po chwili przyjrzał mu się uważniej.
— A jak wygląda sytuacja u ciebie? Domyślam się, że nie jest ci łatwo mieszkać na jednym podwórku z Cihanem.
Melih spuścił wzrok na splecione dłonie.
Przez moment milczał, jakby każde słowo musiał najpierw dobrze zważyć.
— Mieliśmy się wyprowadzić, ale… Cihan nagle zmienił zdanie. Powiedział, żebyśmy zostali. Skoro tak, postanowiliśmy zostać.
Ertuğrul uniósł lekko brwi.
— Więc zrozumiał swój błąd?
Melih westchnął cicho.
— Nie sądzę, bracie. Myślał, że odejdę od Hancer, kiedy ona odda majątek fundacji. Gdy zobaczył, że tak się nie stało, na razie odpuścił.
Ertuğrul przyglądał mu się w milczeniu.
Nie było w tym spojrzeniu osądu. Była cierpliwość człowieka, który wiele widział, wiele stracił i dlatego nauczył się, że nie każdą walkę da się wygrać siłą.
— Cihan powinien skupić się na tym, co dobre dla niego — powiedział po chwili. — A ty rób to, co uważasz za słuszne. Resztę zostaw losowi.
Uśmiechnął się łagodnie.
— Woda zawsze znajdzie sobie drogę. Bóg łączy właściwych ludzi we właściwym czasie.
Potem sięgnął do reklamówki stojącej obok. W środku były świeże warzywa. Ertuğrul wyjął dorodną, zieloną sałatę i obejrzał ją z lekkim uśmiechem.
— Wygląda na to, że wyhodowałem tę sałatę specjalnie dla ciebie. Zabierzesz ją do domu. Przyda się na kolację.
Odchylił jeden z liści i wskazał małą dziurkę.
— Widzisz? Robak też zostawił tu swój ślad. On również miał w tym swój udział, swój los.
Spojrzał na Meliha znacząco.
— Czy mogę go teraz zapytać: „Dlaczego zjadłeś moją sałatę? Dlaczego zniszczyłeś to, co pielęgnowałem?”.
Schował sałatę z powrotem do torby, po czym znów zwrócił się do Meliha.
— Nie zapominaj. Wszystko, co spotyka człowieka, jest częścią jego walki z samym sobą. Ten, kto pokona własne ego, zaczyna dostrzegać Bożą łaskę.
Jego głos pozostał spokojny, ale każde słowo niosło w sobie ciężar doświadczenia.
— A ten, kto potrafi ją zobaczyć, nie szuka już własnej racji za wszelką cenę. Nie pyta tylko o to, czego sam chce. Szuka tego, co ma Bożą aprobatę.
Ertuğrul pochylił się lekko ku Melihowi.
— Powiedz mi więc, Melihu… czy coś, na co Bóg pozwolił, może być naprawdę błędem?
Melih powoli pokręcił głową.
Nie musiał odpowiadać głośno.
Zrozumiał.
Ertuğrul nie dał mu prostej rady. Nie powiedział mu, co powinien zrobić z Cihanem, Hancer ani całym napięciem, które rosło wokół ich małżeństwa. Nie podał gotowego rozwiązania.
Dał mu coś znacznie cenniejszego.
Przypomnienie, że człowiek nie zawsze może kontrolować wszystko, co dzieje się wokół niego.
Że czasem droga, na którą został poprowadzony, ma sens dopiero wtedy, gdy przestaje walczyć z każdym zakrętem.
I że być może jego obecność przy Hancer nie była przypadkiem.
Może była próbą.
Może odpowiedzialnością.
A może właśnie tym miejscem, w którym powinien teraz być.
Melih siedział przez chwilę w ciszy, czując, że słowa Ertuğrula nie rozwiązały jego problemów, ale uspokoiły coś w jego sercu.
Za drzwiami wciąż czekała walka.
Cihan nadal podejrzewał.
Hancer nadal drżała o swój sekret.
A jutrzejsza kolacja mogła zamienić się w kolejną próbę sił.
Ale Melih wyszedł od Ertuğrula z jedną myślą.
Nie wszystko, co trudne, było pomyłką.
Czasem właśnie przez trudności los prowadził człowieka tam, gdzie powinien dojść.