
Na chwilę zatrzymała się w progu, jakby nie była pewna, czy powinna przerywać mu pracę. Cihan siedział za biurkiem, pochylony nad dokumentami, ale Sinem od razu zauważyła, że myślami był zupełnie gdzie indziej.
— Na pewno jesteś zmęczony — powiedziała łagodnie. — Kawa dobrze ci zrobi.
Postawiła jeden kubek tuż obok jego dłoni, a potem usiadła w fotelu naprzeciwko. Cihan bez słowa sięgnął po kawę i upił łyk.
W gabinecie zapadła krótka, ciężka cisza.
Sinem splotła palce na kolanach i uważnie mu się przyjrzała.
— Nadal nie potrafię zrozumieć, co właściwie dzieje się między nimi — odezwała się po chwili. — Raz wyglądają jak prawdziwe małżeństwo, a za moment wszystko znowu przypomina przedstawienie. Naprawdę nie wiem już, co o tym myśleć.
Cihan odstawił kubek na biurko.
Jego twarz stężała.
— Dzisiaj wszystko stało się dla mnie jasne.
Sinem zmarszczyła brwi.
— Co masz na myśli?
Cihan spojrzał na nią chłodno.
— Jak mężczyzna może nie wiedzieć, w którym miesiącu ciąży jest jego żona? Lekarz zadał Melihowi najprostsze pytanie, a on zamarł. Nie potrafił odpowiedzieć.
Sinem zawahała się.
— Może spanikował? — podsunęła ostrożnie. — W takich chwilach człowiek czasem traci głowę.
— Strach mogę zrozumieć — odparł Cihan. — Emocje też. Ale on nie znał nawet grupy krwi Hancer.
Sinem uniosła wzrok.
— Tego też nie wiedział?
— Nie. To ja odpowiedziałem.
Na chwilę zamilkł, po czym dodał ciszej:
— Tak samo jak na pytanie o alergie.
Sinem nie odpowiedziała od razu.
Dopiero po chwili wypuściła powietrze i pokręciła głową.
— Gdyby chodziło o jakąś drobnostkę, można by powiedzieć, że pobrali się niedawno i jeszcze wielu rzeczy o sobie nie wiedzą. Ale grupa krwi ciężarnej żony… tego nie da się tak łatwo wytłumaczyć.
Cihan oparł się o fotel.
Jego spojrzenie powędrowało ponad biurko, w stronę obrazu przedstawiającego wzburzone morze. W jego głowie kolejne elementy zaczynały układać się w coraz bardziej niepokojącą całość.
— To małżeństwo jest coraz dziwniejsze — powiedział cicho.
Sinem patrzyła na niego w milczeniu.
Oboje myśleli o tym samym, choć każde z nich z innego powodu. Hancer i Melih nie zachowywali się jak ludzie, którzy naprawdę dzielili wspólne życie. Byli ostrożni, spięci, zbyt uważni na każde słowo i każde spojrzenie.
Nie było między nimi naturalności.
Nie było swobody.
Nie było tej pewności, którą daje prawdziwa bliskość.
Były za to luki, przemilczenia i nerwowe reakcje, których Cihan nie zamierzał dłużej ignorować.
Sinem poczuła ukłucie w sercu.
Dla niej ta sprawa nie była tylko zagadką. Każde podejrzenie wobec małżeństwa Hancer i Meliha rozdrapywało ranę, którą próbowała przed wszystkimi ukryć. Jeśli ich związek naprawdę był fikcją, oznaczało to coś więcej niż kłamstwo wobec Cihana.
Oznaczało to, że Melih mógł wciąż nie należeć do Hancer.
A ta myśl była równie niebezpieczna, jak bolesna.
Cihan zacisnął palce na kubku.
Tym razem nie zamierzał odpuścić.
Kolacja, gra, pytania lekarza i niezręczne milczenie Meliha tylko utwierdziły go w przekonaniu, że za tym małżeństwem kryje się tajemnica.
A Cihan był gotów zerwać każdą zasłonę, za którą Hancer i Melih próbowali się ukryć.
Bo im bardziej próbowali wyglądać jak mąż i żona, tym wyraźniej widział, że coś w tej historii nie pasowało.
I właśnie to „coś” zamierzał odkryć.