
W ciasnym, skromnie urządzonym mieszkaniu panował półmrok, a ona z każdym kolejnym ruchem miotły zaciskała usta coraz mocniej. Złość buzowała w niej tak bardzo, że nawet zwykłe sprzątanie zaczęło przypominać walkę z całym niesprawiedliwym światem.
— Popatrzcie tylko na Hancer! — prychnęła, uderzając miotłą o podłogę. — Znalazła sobie nowego męża i urządziła gniazdko tuż obok rezydencji. A ja? Dalej tkwię w tym samym miejscu. Nawet miotły nie zamieniłam na odkurzacz, a co dopiero mówić o mężu!
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
Derya odwróciła głowę z wyraźnym zniecierpliwieniem i ruszyła do wejścia. Gdy otworzyła, jej twarz natychmiast stężała.
Przed progiem stała właścicielka salonu piękności.
Ta sama kobieta, której Derya wcześniej przekazała dwie złote bransoletki jako zaliczkę na zakup interesu. Bransoletki przepadły, gdy Derya wycofała się z transakcji, a wspomnienie tej straty nadal paliło ją od środka.
Na sam widok kobiety gniew wrócił z pełną siłą.
— Co ty tu robisz? — zapytała ostro.
Kobieta uśmiechnęła się niepewnie.
— Śniłaś mi się w nocy. Dlatego przyszłam.
Derya aż uniosła brwi.
— Kpisz sobie ze mnie? Jestem na ciebie wściekła. Lepiej mnie nie prowokuj, bo jeszcze zrobię coś, czego później będę żałować.
— To nie są żarty. Mówię poważnie. Wszystko ci wyjaśnię, tylko mnie wpuść.
Nie czekając na zaproszenie, kobieta zrobiła krok do środka.
Derya natychmiast wskazała na próg.
— Chwileczkę. Najpierw buty.
Po chwili obie siedziały już w salonie.
Derya patrzyła na gościa z założonymi rękami i miną kobiety, która nie zamierzała uwierzyć w ani jedno słowo bez walki. Właścicielka salonu poprawiła płaszcz i zaczęła mówić z udawaną powagą.
— Kiedy mój świętej pamięci dziadek przychodzi do mnie we śnie i każe mi coś zrobić, wiem, że nie wolno mi się sprzeciwiać. Raz go nie posłuchałam i spalił mi się dom…
— Boże, oszczędź mi tych historii — przerwała jej Derya. — Powiedz wprost, po co przyszłaś. Czego ode mnie chcesz?
Kobieta westchnęła teatralnie.
— We śnie dziadek nalegał, żebym sprzedała ci salon.
Derya parsknęła drwiąco.
— Nie mam nawet pięciu lir. A nawet gdybym miała, nie dałabym ci ani grosza.
— W takim razie spiszemy umowę z odroczoną płatnością — zaproponowała kobieta. — Będziesz spłacać mnie co miesiąc z zysków salonu.
Derya patrzyła na nią podejrzliwie.
— I mam uwierzyć, że nagle chcesz mi go sprzedać przez jeden sen? Naprawdę nie mogłaś wymyślić czegoś lepszego?
Właścicielka salonu spuściła wzrok.
— Dobrze. Nie miałam żadnego snu — przyznała w końcu. — Jesteś mądrą kobietą, od razu mnie przejrzałaś.
Derya skrzyżowała ramiona jeszcze mocniej.
Kobieta mówiła dalej:
— Po tym, jak mnie przeklęłaś, poszłam do pewnego hodży. Powiedział, że wyrządziłam ci krzywdę i że Bóg mi nie wybaczy, jeśli nie zdobędę twojego przebaczenia.
Derya słuchała już uważniej.
— Wiem, że naprawdę chciałaś mieć ten salon — ciągnęła kobieta. — Jeśli nie uda ci się zarobić na spłatę, podrę umowę na strzępy. A na dowód dobrej woli oddam ci jedną z bransoletek.
Na te słowa Derya natychmiast się ożywiła.
Jej spojrzenie powędrowało do przedramienia kobiety, na którym połyskiwały złote bransoletki.
— Naprawdę podrzesz umowę, jeśli nie będę mogła zapłacić? — zapytała szybko. — Napiszesz mi to na papierze i podpiszesz?
— Podpiszę — zapewniła kobieta. — Zrobię wszystko, żeby pozbyć się tego grzechu. Proponuję ratę w wysokości stu tysięcy lir miesięcznie. Spłacisz ją bez problemu. Salon przynosi co najmniej trzy razy więcej.
Derya poderwała się z miejsca.
W jednej chwili zapomniała o miotle, gniewie i wszystkich wcześniejszych przysięgach, że nie da się znów nabrać. Przyniosła kartkę, długopis i zaczęła szybko spisywać warunki.
Jej oczy błyszczały ekscytacją.
W wyobraźni już widziała siebie za ladą własnego salonu. Elegancką, pewną siebie, wydającą polecenia innym, zamiast całe życie sprzątać po cudzych pomysłach.
— Wszystko tu jest — oznajmiła po chwili. — Ty podpisz pierwsza. I daj mi bransoletkę.
Chwyciła kobietę za rękę, ale ta natychmiast ją cofnęła.
— Najpierw ty podpisz.
Właśnie wtedy do salonu wszedł Cemil.
Zatrzymał się w progu i od razu zmrużył oczy. Spojrzał na kartkę leżącą na stole, potem na obcą kobietę, a na końcu na Deryę.
— Co tu się znowu dzieje? — zapytał podejrzliwie.
Derya natychmiast zaczęła tłumaczyć:
— To ta fryzjerka, która sprzedaje salon. Pamiętasz, opowiadałam ci o niej. Sprzeda mi go, a ja zapłacę w dziesięciu miesięcznych ratach po sto tysięcy lir.
Twarz Cemila stężała.
W jego oczach pojawił się gniew zmieszany ze zmęczeniem.
— Co ty wygadujesz, Deryo? — syknął. — Już raz dałaś się jej nabrać.
Potem odwrócił się do właścicielki salonu.
— Proszę natychmiast opuścić mój dom.
Kobieta próbowała jeszcze coś powiedzieć.
— Ale ja tylko…
— Szybko — przerwał jej Cemil. — Zanim wezwę policję.
Nie zamierzał słuchać ani słowa więcej.
Chwycił kobietę za przegub i wyprowadził ją do przedpokoju, niemal wypychając za drzwi. Derya ruszyła za nimi, roztrzęsiona i oburzona.
Gdy drzwi zamknęły się za kobietą, wybuchła:
— Cemilu, co ty zrobiłeś?! Przecież chciała oddać mi bransoletkę!
Cemil usiadł ciężko na sofie.
Był zmęczony.
Zmęczony jej kolejnymi pomysłami, złotymi interesami, podejrzanymi okazjami i katastrofami, które zawsze zaczynały się od wielkich obietnic.
— Deryo, nie doprowadzaj mnie do szału — powiedział ostro. — Przestań wreszcie robić głupstwa. Naprawdę mam tego dość.
Derya stała na środku salonu z twarzą pełną oburzenia.
W jej głowie salon piękności znowu był już niemal jej własnością.
A teraz, przez Cemila, kolejna szansa wymknęła jej się z rąk.
Tylko czy naprawdę była to szansa?
Czy może następna pułapka, w którą Derya weszłaby z otwartymi oczami, gdyby Cemil nie pojawił się w ostatniej chwili?