Wokół panował spokój, ale w jej głowie nie było ani chwili ciszy. Ostatnie wydarzenia wracały do niej bez przerwy.
Powoli położyła dłoń na zaokrąglonym brzuchu i zaczęła go delikatnie głaskać.
— Jeszcze trochę cierpliwości, kochanie — wyszeptała. — Niedługo będziesz razem ze swoim tatą.
Na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.
— Obiecuję ci.
Wtedy odezwał się telefon.
Hancer drgnęła.
Spojrzała na aparat leżący obok niej i zauważyła nieznany numer.
Przez kilka sekund zastanawiała się, czy powinna odebrać.
W końcu nacisnęła zieloną słuchawkę.
— Halo?
Po drugiej stronie panowała cisza.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Halo? Kto mówi?
Wtedy usłyszała głos, który natychmiast rozpoznała.
— Hancer… to ja.
Serce zabiło jej szybciej.
— Yonca?
Hancer poderwała się z kanapy.
— Gdzie jesteś?!
Jej głos natychmiast wypełnił niepokój.
— Cihan Gurur jest z tobą, prawda?
Yonca przez moment nic nie odpowiadała.
— Muszę porozmawiać z tobą i Cihanem — powiedziała w końcu.
Brzmiała bardzo nerwowo.
— To pilne. Powiedz mu i przyjedźcie oboje.
— Yonca, powiedz mi najpierw, czy dziecku nic nie jest.
— Przyjedźcie — powtórzyła tylko. — Natychmiast.
Połączenie się zakończyło.
Hancer jeszcze przez chwilę trzymała telefon przy uchu.
Wiedziała, że stało się coś poważnego.
—
Około pół godziny później samochód Cihana zatrzymał się przy wąskiej, niemal pustej drodze.
Hancer spojrzała przez szybę.
Przed nimi wznosiło się zaniedbane zbocze porośnięte krzewami i suchymi gałęziami. Nieco wyżej stał stary, niepozorny dom otoczony drewnianym ogrodzeniem.
Prowadziły do niego wąskie kamienne schodki, częściowo zarosłe bluszczem.
Całe miejsce wyglądało tak, jakby od dawna nikt tam nie mieszkał.
Cihan wysiadł pierwszy.
— Zostań tutaj — powiedział do Hancer.
Ruszył schodami w górę.
Dotarł do drzwi i zapukał.
Cisza.
Zapukał ponownie, tym razem mocniej.
— Yonca!
Nikt nie odpowiedział.
Cihan rozejrzał się po podwórku.
Dom sprawiał wrażenie pustego.
Po chwili wrócił na dół.
Hancer od razu podeszła do niego.
— Jest tam?
Cihan pokręcił głową.
— Nikt nie otwiera.
Hancer spojrzała na telefon.
— Przecież podała właśnie ten adres.
— Coś jest nie tak.
Wtedy na drodze pojawiło się dwóch mężczyzn.
Szli szybkim krokiem, wyraźnie czymś poruszeni.
— Bracie! — zawołał jeden z nich do drugiego. — Na dachu stoi jakaś kobieta!
Hancer i Cihan spojrzeli w ich stronę.
— Ma dziecko na rękach — dodał mężczyzna. — Oby tylko niczego nie zrobiła! Chodź szybko!
Hancer pobladła.
Spojrzała na Cihana.
Nie musieli niczego mówić.
Oboje pomyśleli o tym samym.
— Yonca… — wyszeptała Hancer.
Cihan natychmiast ruszył za mężczyznami.
Hancer pobiegła za nim.
—
Kilka ulic dalej zebrał się już tłum.
Ludzie stali przy zaparkowanych samochodach, w bramach i przy niewielkiej altanie.
Wszyscy patrzyli w górę.
Niektórzy trzymali telefony.
Na miejscu pojawili się również policjanci.
Cihan przecisnął się między ludźmi.
Hancer podążała tuż za nim.
Wtedy oboje zobaczyli ją na dachu.
Yonca stała na krawędzi niskiego, dwupiętrowego budynku.
W ramionach trzymała Cihana Gurura.
Wiatr poruszał jej włosami i ubraniem.
Stała niebezpiecznie blisko brzegu.
Hancer odruchowo zasłoniła usta dłonią.
Cihan znieruchomiał.
Przez moment wyglądał, jakby nie potrafił zrobić ani jednego kroku.
Potem jego wzrok padł na dziecko.
— Cihan Gurur… — wyszeptał.
Yonca spojrzała w dół.
Zobaczyła ich.
Hancer.
I Cihana.
Dokładnie tych dwoje, których sama kazała tu sprowadzić.
Wokół rozlegały się głosy policjantów i przerażonych ludzi, ale dla Yoncy jakby przestały istnieć.
Trzymała dziecko mocno przy piersi.
A Cihan patrzył na nią z dołu, wiedząc, że jeden niewłaściwy ruch mógł doprowadzić do tragedii.