
Yonca i Beyza siedzą naprzeciwko siebie przy stoliku obok basenu. Powietrze jest nieruchome, ciężkie — jakby nawet wiatr nie chciał wtrącać się do tej rozmowy.
Yonca opiera się lekko o oparcie krzesła, przyglądając się Beyzie uważnie, niemal analizując każdy jej gest.
— Ta dziewczyna… — zaczyna spokojnie — jest zupełnie nieistotna. Przelotna. Obca.
Robi krótką pauzę.
— A ty? Ty jesteś częścią tej rodziny. Macie tę samą krew. To coś, czego nie da się podważyć.
Beyza milczy, ale jej spojrzenie mięknie odrobinę.
— Dlaczego więc czujesz się tak, jakbyś to ty była intruzem? — kontynuuje Yonca ciszej. — Jeśli ktoś ma odejść, to ona, nie ty.
Nachyla się lekko w jej stronę.
— Twój ojciec i twoja ciocia zawsze stoją po twojej stronie. Nawet jeśli ciocia się teraz na ciebie gniewa, to tylko chwilowe. Ona nigdy się od ciebie nie odwróci.
Beyza spuszcza wzrok.
— Twój ojciec — dodaje Yonca — jest waszym filarem. Opiekunem. Człowiekiem, który trzyma wszystko w ryzach. Nigdy nie widziałam rodzeństwa tak oddanego sobie nawzajem jak on i twoja ciocia.
Te słowa trafiają. Beyza unosi wzrok i przez chwilę patrzy gdzieś w dal, jakby wracała do wspomnień.
— To prawda — mówi cicho. — Zawsze był przy niej. Zawsze.
Jej głos nabiera ciężaru.
— Kiedy mój wujek został zamordowany… ciocia została sama. Z dwójką dzieci. Wszystko się zawaliło.
Yonca prostuje się, zaskoczona.
— Zamordowany?
— Zastrzelony — poprawia Beyza, zaciskając palce na filiżance. — Przez swoją kochankę.
Yonca nie odrywa od niej wzroku.
— Znałam ją… — dodaje Beyza ciszej. — I do dziś nie potrafię uwierzyć, że była do tego zdolna. Nie wyglądała na kogoś takiego.
Krótka pauza.
— Dostała od niego wszystko. Pieniądze. Dom. Nawet chciał się rozwieść dla niej i zacząć od nowa.
— Zabiła go przed rozwodem? — pyta Yonca, już całkowicie skupiona.
— Miał sprzedać wszystko i wyjechać z nią — odpowiada Beyza. — Ale coś się zmieniło. Ich związek się rozpadł.
Jej oczy ciemnieją.
— Moja ciocia ich przeklęła. I… rozstali się.
Yonca unosi brew, ale nic nie mówi.
— Mówią, że szczęścia nie buduje się na cudzym nieszczęściu — ciągnie Beyza. — Może zrobił jej to samo, co mojej cioci. Może ją zdradził.
Jej głos staje się chłodniejszy.
— Tyle że ona… nie była jak moja ciocia.
Pauza.
— Nie zaakceptowała porzucenia.
Cisza.
— Zabiła go.
Yonca milczy, ale jej spojrzenie się zmienia. Staje się ostrzejsze, bardziej przenikliwe.
Nie wierzy w żadne przekleństwa. Nie wierzy w przypadki.
W jej głowie coś zaczyna się układać.
Powoli.
Precyzyjnie.
Bardzo ciekawy bieg wydarzeń… — myśli, nie odrywając wzroku od Beyzy. — Być może to twoja ciotka go zamordowała, a nie jego kochanka…
Na jej ustach pojawia się ledwie zauważalny cień uśmiechu.
Może twoja ciotka jest znacznie bardziej niebezpieczna, niż wszyscy myślą…
Yonca niczego nie mówi na głos.
Najpierw musi poznać prawdę.
A potem… wykorzysta ją.
Cihan zatrzymuje samochód przed starym domem. Silnik milknie, ale napięcie między nimi pozostaje.
Przez chwilę siedzą w ciszy. Cihan delikatnie kładzie dłoń na ramieniu Hancer.
— Obiecaj mi — mówi cicho — że spróbujesz się przespać. Choć godzinę.
Hancer patrzy przed siebie, w pustkę za szybą.
— Nie wiem, czy potrafię zasnąć — odpowiada szczerze, bez cienia siły w głosie.
— To był ciężki czas — mówi Cihan spokojnie, starając się ją ukoić. — Ale najgorsze minęło. Życie twojego brata nie jest już zagrożone. Teraz potrzebuje tylko czasu i spokoju.
Zatrzymuje się na chwilę.
— A jeśli coś innego cię dręczy — dodaje ciszej — powiedz mi. Usiądziemy i porozmawiamy.
Hancer powoli odwraca głowę w jego stronę. Na jej ustach pojawia się ledwie zauważalny, zmęczony uśmiech.
— Nie — szepcze. — Już nie szukam odpowiedzi. Zrozumiałam, że nie wszystko da się wyjaśnić słowami.
Jej spojrzenie łagodnieje.
— Czasem trzeba po prostu… żyć. I obserwować.
Cihan patrzy na nią przez moment, po czym powoli pochyla się i składa delikatny pocałunek na jej policzku.
— W takim razie… — mówi cicho — zacznijmy od tego.
Około dwudziestu metrów dalej, w cieniu zieleni, przy wejściu do rezydencji, Beyza i Yonca stoją jak sparaliżowane.
Beyza wpatruje się w samochód, a jej oczy rozszerzają się z niedowierzania.
— On ją pocałował! — wyrzuca z siebie nagle, łamiącym się głosem. — Widziałaś to?! Co za wstyd!
Jej dłonie drżą i zaciskają się w pięści! Yonca marszczy brwi, próbując zachować spokój.
— Ja… nie widziałam dokładnie…
— Nie doprowadzaj mnie do szału! — wybucha Beyza, odwracając się do niej gwałtownie. — Jak możesz mówić, że nie widziałaś?! On pocałował tę zdzirę!
— Beyza, uspokój się — mówi Yonca stanowczo, chwytając ją za przedramię. — Pamiętasz, co sobie powiedziałyśmy?
— Jak mam się uspokoić?! — krzyczy Beyza, wyrywając się. — On mi się wymyka! Rozumiesz?! Wymyka mi się!
Robi krok w stronę samochodu.
— Zaraz do niej pójdę. Zobaczy, z kim zadarła!
Yonca natychmiast ją zatrzymuje, mocno chwytając za ramię.
— Nigdzie nie idziesz.
Siłą odciąga ją na bok, w głąb ogrodu, z dala od ciekawskich spojrzeń.
— Co ty wyprawiasz?! — syczy. — Chcesz zrobić scenę na pół dzielnicy?
Beyza oddycha ciężko. Jej oczy błyszczą od łez i wściekłości.
— Oni… oni robią to przy mnie… Cihan jest moim mężem!
— Byłym mężem! — ucina ostro Yonca. — Słyszysz mnie? Byłym!
Chwyta ją za ramiona i potrząsa.
— On jest teraz z nią. To jego żona.
— Nie! — krzyczy Beyza. — Nie pozwolę na to! Nie oddam go!
W tym momencie, kilka kroków dalej, Aysu zatrzymuje się z tacą w rękach. Udaje, że poprawia filiżanki, ale wyraźnie nasłuchuje.
— Zobaczą… — cedzi Beyza przez zaciśnięte zęby — co to znaczy igrać ze mną. Zniszczę ich. Oboje!
Yonca patrzy na nią przez sekundę. Wie, że słowa już nie wystarczą.
I wtedy…
PLASK!
Dźwięk uderzenia rozcina powietrze.
Beyza zamiera.
Powoli podnosi dłoń do policzka, patrząc na Yoncę z niedowierzaniem.
Yonca nie cofa się ani o krok.
— Ogarnij się — mówi chłodno, ale stanowczo. — Natychmiast.
Cisza, która zapada po tych słowach, jest cięższa niż krzyk.
W kuchni jest jasno — promienie słońca wpadają przez duże okna i rozlewają się po jasnych blatach. Powietrze wydaje się spokojne, niemal zbyt spokojne jak na to, co przed chwilą wydarzyło się na zewnątrz.
Aysu wchodzi szybko, niemal bezszelestnie. Stawia tacę z filiżankami na wyspie kuchennej, ale jej ruchy zdradzają napięcie.
Fadime, układająca naczynia w szafce, odwraca się i przygląda jej uważnie.
— Córko, gdzie byłaś tak długo? Poszłaś tylko po dwie filiżanki.
Aysu zbliża się i od razu ścisza głos.
— Mamo… wybuchł skandal. Wszystko przez Hancer.
Fadime natychmiast odkłada naczynie i podchodzi bliżej.
— Co się stało?
Aysu rozgląda się odruchowo, po czym zniża głos jeszcze bardziej.
— Ta krwiopijczyni Beyza… dostała ataku zazdrości.
Fadime marszczy brwi.
— Widziała cię?
— Nie — kręci szybko głową Aysu. — Schowałam się. Nawet nie spojrzała w moją stronę.
— I co ją tak wyprowadziło z równowagi?
Aysu parska cicho, z mieszaniną pogardy i ekscytacji.
— Ona nie potrzebuje powodu, mamo. Dla niej sama obecność Hancer to już wystarczający problem.
Na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu.
— Ale najlepsze dopiero było później — dodaje, zniżając głos do szeptu. — Jej przyjaciółka… spoliczkowała ją. Tak po prostu. Żeby ją otrzeźwić.
Fadime unosi brwi, zaskoczona.
— Naprawdę?
— Mówię ci… — Aysu uśmiecha się szerzej, z satysfakcją — to było… piękne.
Fadime natychmiast prostuje się i rzuca jej surowe spojrzenie.
— Dosyć. Nie plotkuj już.
Sięga po kolejny talerz. Jej ton staje się ostrzejszy.
— I pod żadnym pozorem nie mów nic Gulsum. Jeśli to dojdzie do Beyzy, będziemy miały kłopoty.
Uśmiech znika z twarzy Aysu. Dziewczyna poważnieje.
— Dobrze, mamo — odpowiada cicho. — Nikomu nic nie powiem.
Yonca i Beyza powoli wracają na główną alejkę prowadzącą od wejścia do rezydencji w stronę bramy. Kamienne płyty cicho stukają pod ich krokami, a powietrze, choć ciepłe, wydaje się napięte i ciężkie.
W tym samym momencie drzwi samochodu zatrzaskują się za Cihanem. Mężczyzna rusza w ich stronę.
Beyza automatycznie prostuje się, jakby chciała przyciągnąć jego uwagę. Jej serce zaczyna bić szybciej.
Cihan jednak… nawet na nią nie patrzy. Mija je obojętnie, z kamienną twarzą, jakby były tylko częścią krajobrazu. Ani jedno słowo. Ani jedno spojrzenie.
Po chwili znika za drzwiami rezydencji.
Zapada cisza.
Beyza patrzy za nim, jakby ktoś właśnie wyrwał jej grunt spod nóg.
— Widzisz to? — odzywa się w końcu. — Nawet na mnie nie spojrzał.
Zaciska szczękę.
— Jeszcze niedawno był moim mężem, a teraz przechodzi obok mnie, jakbym była nikim. Jak mam to znieść, Yonca? Jak?!
Yonca spogląda na nią uważnie, ale jej głos pozostaje spokojny, niemal chłodny.
— Nie zadręczaj się. W ten sposób tylko robisz krzywdę samej sobie. Złość zawsze obraca się przeciwko temu, kto ją nosi.
Beyza prycha, odwracając głowę.
— Więc co mam zrobić? — pyta z goryczą. — Jak mam się uspokoić, kiedy ta wiejska piękność kręci się wokół mojego męża?
Spojrzenie Yoncy staje się bardziej przenikliwe.
— A zdajesz sobie sprawę, że swoim zachowaniem tylko ją wzmacniasz? — pyta cicho. — Im bardziej się miotasz, tym bardziej on widzi w niej spokój. I tym bardziej się do niej zbliża.
Te słowa trafiają, ale Beyza tylko zaciska pięści.
— Zrobię wszystko, żeby go odzyskać — mówi stanowczo. W jej oczach pojawia się twardy, nieustępliwy błysk.
Yonca unosi lekko brew.
— Czyli wypowiesz jej wojnę? — pyta z nutą ironii. — To byłby błąd.
Zatrzymuje się i spogląda Beyzie prosto w oczy.
— Powiedz mi… czy ona naprawdę jest dla ciebie zagrożeniem? Kim ona właściwie jest? Czy jest na jego poziomie?
Beyza milczy przez moment, po czym odzywa się z frustracją:
— Właśnie to doprowadza mnie do szału! Nie rozumiem, co on w niej widzi!
Yonca wzdycha cicho.
— Bo próbujesz to zrozumieć emocjami. A odpowiedź jest prosta.
Beyza marszczy brwi.
— Jaka odpowiedź?
Yonca nachyla się lekko, jakby zdradzała sekret.
— Zadaj sobie pytanie… dlaczego on się nią zainteresował. Ja znam odpowiedź.
— Więc powiedz — naciska Beyza. — Co go w niej pociąga?
Yonca uśmiecha się lekko, chłodno.
— Właśnie to, że niczego nie daje od razu. Takie kobiety sprawiają wrażenie niedostępnych. Zamkniętych. A to działa na takich mężczyzn jak magnes.
Beyza zaciska usta.
— I co z tego?
— To, że to szybko mija — odpowiada Yonca spokojnie. — Kiedy tajemnica znika… znika też fascynacja.
Przez chwilę patrzą na siebie w milczeniu.
— Nie martw się — dodaje Yonca łagodniej. — On w końcu zrozumie, że to nie jest coś trwałego. Po prostu bądź cierpliwa.
Delikatnie dotyka ramienia Beyzy.
— Najgorsze, co możesz zrobić, to działać pod wpływem emocji.
Beyza spuszcza wzrok. Jej oddech wciąż jest niespokojny.
— Nawet jeśli będę milczeć… — mówi cicho — nie wiem, czy poradzę sobie z tym, co czuję.
Yonca ściska jej ramię.
— Spróbuj.
Po chwili cofa się o krok.
— Muszę już iść. Ale jeśli coś się wydarzy, natychmiast do mnie zadzwonisz. O każdej porze.
Beyza kiwa głową.
— Dziękuję. Naprawdę. Dobrze, że cię mam.
Yonca uśmiecha się lekko.
— To minie, zobaczysz. Ta dziewczyna nie zostanie tu na długo.
Odwraca się i rusza w stronę wyjścia, rzucając jeszcze przez ramię:
— Tylko proszę… nie rób nic głupiego.
Beyza zostaje sama na alejce. Patrzy w stronę drzwi, za którymi zniknął Cihan.
I choć stoi nieruchomo, w jej oczach wciąż płonie burza.
Cihan wchodzi po schodach na piętro, powoli, jakby każdy stopień ciążył bardziej niż poprzedni. W domu panuje nienaturalna cisza — taka, która nie uspokaja, lecz niepokoi.
Na korytarzu czeka Mukadder.
— Co z jej bratem? — pyta chłodno, krzyżując ręce na piersi. — Byłeś w szpitalu dwa dni.
Cihan zatrzymuje się w pół kroku. Nie odwraca głowy. Nie patrzy na nią.
— Przeszedł poważną operację — odpowiada krótko. — Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Mukadder unosi brew, a na jej ustach pojawia się cień ironicznego uśmiechu.
— Po takiej trosce, jaką mu okazałeś — mówi z przekąsem — nawet zmarły wróciłby do życia.
W tym momencie drzwi jednego z pokoi cicho się uchylają.
Na korytarz wychodzi Sinem. Jej twarz jest blada, a oczy zaczerwienione i podkrążone. Wygląda, jakby nie spała od wielu godzin — albo jakby coś ją od środka rozrywało.
Cihan natychmiast to zauważa i odwraca się gwałtownie.
— Bratowo? — pyta z niepokojem. — Co się z tobą dzieje? Jesteś chora?
Sinem otwiera usta, ale nie zdąży nic powiedzieć.
— Nie jest chora — wtrąca Mukadder ostro. — Po prostu nie spała całą noc. Jest zmęczona.
Cihan mruży oczy. Patrzy na Sinem uważnie, jakby próbował zajrzeć pod powierzchnię jej skóry.
— To tylko brak snu? — pyta powoli. — Naprawdę?
Robi krok bliżej.
— Co się stało, bratowo? Powiedz mi.
Mukadder rzuca Sinem ostrzegawcze, twarde spojrzenie. Sinem natychmiast je odczytuje. Przełyka ślinę.
— Nic się nie stało — mówi, starając się, by jej głos nie zadrżał. — Jestem po prostu zmęczona.
Cihan nie wygląda na przekonanego.
— W takim razie połóż się i odpocznij — mówi spokojniej. — Nie martw się o Mine. Dom jest pełen ludzi. Ktoś się nią zajmie.
Cisza. Ciężka i nienaturalna.
Sinem nagle spuszcza wzrok, a jej dłonie zaczynają drżeć. Cihan to zauważa i powoli przenosi wzrok z niej na matkę.
— Gdzie jest Mine? — pyta cicho, ale stanowczo.
Sinem załamuje się. Z jej gardła wydobywa się zduszony szloch, który po chwili przeradza się w niekontrolowany płacz.
— Bratowo… — Cihan podchodzi bliżej, wyraźnie zaniepokojony. — Dlaczego płaczesz? Co się stało? Czy z Mine wszystko w porządku?
Sinem próbuje coś powiedzieć.
— Mine… ja…
Głos więźnie jej w gardle.
— Mamo! — Cihan odwraca się gwałtownie. — Ty mi powiedz. Co się dzieje?!
Mukadder wzrusza ramionami z pozornym spokojem.
— Synu, nie widzisz, że jest wyczerpana? — odpowiada chłodno. — Pozwól jej odpocząć. Dlaczego robisz z tego tragedię?
Cihan patrzy na nią twardo.
— Mamo — mówi wolno, ale z naciskiem — zostaw nas samych.
Mukadder unosi głowę, urażona tonem syna.
— Chcę porozmawiać z bratową — dodaje Cihan. — Na osobności.
Ich spojrzenia krzyżują się na krótką, napiętą chwilę. W końcu Mukadder odwraca się bez słowa i rusza w stronę schodów. Jej kroki odbijają się echem, gdy znika na dole.
Na korytarzu zostają tylko oni.
Cihan odwraca się do Sinem. Jego głos łagodnieje.
— Bratowo — mówi ciszej — co się dzieje?
Robi jeszcze jeden krok, ostrożnie.
— Od jakiegoś czasu jesteś inna. Wyglądasz źle. Unikasz spojrzeń.
Zatrzymuje się tuż przed nią.
— Powiedz mi prawdę.
Robi krótką pauzę.
— Ale najpierw… — dodaje, patrząc jej prosto w oczy — powiedz mi, gdzie jest Mine.
Beyza wchodzi do rezydencji szybkim, nerwowym krokiem. Drzwi zamykają się za nią z cichym trzaskiem, który odbija się echem w przestronnym holu. Już po chwili dostrzega Mukadder — stoi przy schodach, spięta, blada, wyraźnie roztrzęsiona.
Beyza natychmiast podchodzi bliżej.
— Ciociu, co się stało? — pyta, zniżając głos.
Mukadder rozgląda się nerwowo, jakby bała się, że ktoś ich usłyszy.
— Ta głupia Sinem wszystko zniszczy — syczy przez zaciśnięte zęby. — Cihan coś podejrzewa. Zadaje pytania, drąży…
Jej dłonie lekko drżą.
— Biada mi, jeśli dowie się, że wywiozłam Mine.
Beyza mruży oczy, szybko analizując sytuację.
— Mam do nich pójść? — proponuje. — Wymyślę jakiś pretekst. Przerwę rozmowę.
— Nie waż się! — ucina ostro Mukadder. — Cihan jest wściekły. A ta idiotka tylko czeka, żeby się załamać. Jeśli spanikuje… powie mu wszystko.
Zapada napięta cisza.
— Musimy coś zrobić — mówi Beyza cicho, ale stanowczo. — Musimy ją uciszyć.
Mukadder bezradnie rozkłada ręce.
— Jak? Zwiążemy jej język? Jeśli groźby nie pomogły, to nic nie pomoże.
Na twarzy Beyzy pojawia się powolny, zimny uśmiech.
— Jest jeden sposób.
Mukadder patrzy na nią pytająco.
— Telefon — mówi Beyza. — Jedna rozmowa… i będzie milczeć.
Na górze atmosfera jest jeszcze cięższa.
Cihan stoi naprzeciwko Sinem. Jego spojrzenie jest czujne, napięte.
— Bratowo — mówi, starając się zachować spokój — dlaczego nic nie mówisz? Dlaczego milczysz?
Sinem stoi nieruchomo, z oczami pełnymi łez. Jej usta drżą, ale słowa nie chcą przez nie przejść.
— Naprawdę zaczynam się martwić — dodaje Cihan, uważnie obserwując każdy jej ruch.
Sinem nabiera powietrza.
— Ja… ja…
W tym momencie na schodach pojawia się Beyza.
Cihan natychmiast odwraca głowę. Jego spojrzenie staje się ostre.
— Powiedziałem, żeby nam nie przeszkadzano.
— Mine zadzwoniła na telefon stacjonarny — oznajmia spokojnie Beyza. — Chce porozmawiać z mamą.
Sinem nawet nie pyta o szczegóły. W jednej chwili rusza, niemal biegnąc w stronę schodów.
— Gdzie jest Mine? — pyta Cihan, nie spuszczając wzroku z Beyzy.
Beyza wzrusza lekko ramionami, jakby to było coś zupełnie oczywistego.
— Zbliża się rocznica śmierci Metina — mówi spokojnie. — Sinem bardzo to przeżywa. Płacze bez przerwy. Ciocia uznała, że lepiej będzie wysłać Mine do babci, żeby dziecko nie patrzyło na matkę w takim stanie.
Robi krótką pauzę, po czym dodaje z nutą ironii:
— W końcu Sinem nie ma nikogo, kto by ją pocieszył… tak jak ty pocieszasz Hancer.
Cihan robi krok w jej stronę.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Jego głos jest niski, groźny.
Beyza patrzy mu prosto w oczy, nie cofając się ani o centymetr.
— Byłeś przy niej cały czas — mówi. — Wspierałeś ją, kiedy jej brat walczył o życie. To miałam na myśli.
Na jej ustach pojawia się cień uśmiechu.
— Swoją drogą… widziałam was w samochodzie. Hancer nie wyglądała na szczególnie zdruzgotaną.
Pauza.
— Widocznie masz talent do… pocieszania.
Cihan nagle chwyta ją za ramię i mocno zaciska dłoń.
— To nie twoja sprawa, co robię ze swoją żoną. — mówi lodowato. — Jesteś tu tylko dlatego, że chce tego twoja ciocia. Znaj więc swoje miejsce i zachowuj się odpowiednio.
Jego spojrzenie staje się twarde jak stal.
— I nigdy więcej nie waż się komentować mojego małżeństwa z Hancer.
Krótka pauza.
— Zrozumiałaś mnie… kuzynko?
Ostatnie słowo wypowiada z wyraźnym naciskiem.
Beyza zamiera na moment, czując jego uścisk i ciężar tych słów.
Cihan puszcza jej ramię i odchodzi bez oglądania się za siebie.
W holu znów zapada cisza.
Beyza stoi nieruchomo, oddychając ciężko. Na jej twarzy nie ma już szoku.
Jest coś innego.
Upór.
I zimna determinacja.
Nie zamierza odpuścić.
Wieczór powoli zapada nad rezydencją. W powietrzu unosi się zapach świeżo przygotowanych potraw, a ciepłe światło lamp rozlewa się po korytarzach.
Drzwi kuchni otwierają się i wychodzą z niej Fadime oraz Aysu. Każda z nich niesie dużą, ciężką blachę z jedzeniem. Ich kroki są ostrożne, skupione — ale zamiast skręcić w stronę jadalni, kierują się prosto do wyjścia.
Mukadder natychmiast to zauważa.
— Gdzie to niesiecie? — pyta ostro, zatrzymując je w pół kroku.
Obie kobiety zamierają.
— Do starego domu, proszę pani — odpowiada Fadime z szacunkiem, lekko pochylając głowę.
Mukadder podchodzi bliżej i bezceremonialnie zagląda do blach. Jej spojrzenie staje się chłodne.
— Czy ona zamierza zjeść to wszystko sama? — rzuca z lekką pogardą.
W tym momencie ciszę przecina stanowczy, donośny głos:
— Czy jest jakiś problem?!
Cihan wchodzi do jadalni szybkim krokiem. Jego obecność natychmiast zmienia atmosferę.
Fadime i Aysu prostują się jak struny.
— Nie stójcie — mówi do nich spokojnie, ale zdecydowanie. — Jedzenie nie powinno stygnąć.
Obie nie czekają ani chwili. Wymieniają krótkie spojrzenie i natychmiast ruszają w stronę wyjścia.
Cihan podchodzi bliżej matki. Zatrzymuje się naprzeciwko niej i patrzy jej prosto w oczy.
— Co się dzieje?
Mukadder natychmiast zmienia ton. Jej twarz łagodnieje, choć napięcie wciąż w niej drży.
— Źle mnie zrozumiałeś, synu — zaczyna spokojniej. — Nie chodzi o jedzenie. Po prostu… Hancer je jak wróbelek. Tace wracają prawie nietknięte. Dlatego to powiedziałam.
Cihan przygląda się jej przez moment, jakby ważył każde jej słowo.
— Nie martw się — odpowiada w końcu chłodno. — Tym razem tace wrócą puste.
Mukadder marszczy brwi.
— Dlaczego?
Cihan nie odrywa od niej wzroku.
— Bo zjem kolację razem z nią.
W jadalni zapada cisza.
Beyza, która stoi nieco z boku, patrzy na niego z niedowierzaniem. Otwiera usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale Mukadder ją uprzedza.
— Co to znaczy? — pyta z napięciem. — Przecież zawsze jesz tutaj, z nami.
Cihan nawet nie drgnie.
— Od teraz będę jadł tam.
Te słowa spadają ciężko, jak wyrok.
— Powiedz Fadime — dodaje jeszcze spokojnie — że wszystkie moje posiłki mają być podawane w starym domu.
Nie czeka na odpowiedź. Odwraca się i odchodzi, kończąc rozmowę tak nagle, jak ją rozpoczął.
Za jego plecami zostaje cisza.
Ciężka.
I pełna konsekwencji, które dopiero zaczną się ujawniać.
Gulsum wchodzi do jadalni, niosąc kolejne dania. Ustawia je starannie na stole, ale atmosfera w pomieszczeniu jest ciężka, niemal dusząca. Ani Beyza, ani Mukadder nawet na nie nie patrzą.
Obie siadają, lecz ich ciała są napięte, a dłonie nieruchome. Jedzenie stygnie.
Mukadder odsuwa od siebie talerz.
— Straciłam apetyt — mówi chłodno. — Nie przynoś już niczego więcej.
Gulsum pochyla głowę i bez słowa wychodzi.
Gdy tylko drzwi się zamykają, Beyza nachyla się w stronę ciotki. Jej głos jest cichy, ale pełen jadu.
— Widziałaś to, ciociu? — zaczyna. — Cihan już nawet nie jada z nami kolacji.
Mukadder milczy, zaciskając usta.
— Pewnego ranka okaże się, że spędził tam noc — kontynuuje Beyza, coraz bardziej rozgorączkowana. — Niedługo później dowiemy się, że synowa, której dziecka nie chcesz, jest w ciąży.
Jej głos drży.
— Ty tylko wzruszysz ramionami, a ja zostanę z niczym.
— Zamknij się, Beyza! — wybucha Mukadder. — Już jestem wściekła. Nie dolewaj oliwy do ognia!
Beyza jednak nie przestaje. Wręcz przeciwnie — jej oczy błyszczą.
— Ale trzeba jej przyznać jedno — mówi z gorzkim uśmiechem. — Jest sprytna. Może nawet powinniśmy się od niej uczyć.
Mukadder marszczy brwi.
— O czym ty mówisz?
Beyza pochyla się jeszcze bliżej.
— Widziałam ich dzisiaj.
Krótka pauza.
— Całowali się.
Mukadder zamiera.
— Co?!
— W samochodzie — mówi Beyza, cedząc każde słowo. — Na moich oczach. Bez wstydu.
Jej dłonie zaciskają się w pięści.
— Owinęła go sobie wokół palca. Jest jak zaczarowany. Poszedł do niej dziś wieczorem. Jakby świat poza nią przestał istnieć.
W jej głosie pojawia się ból.
— Oddałam mu siedem lat życia. Rozwiodłam się, bo mnie o to poprosiłaś. Miałyśmy pozbyć się jej po wszystkim.
Spogląda na Mukadder z wyrzutem.
— A teraz? Twoje plany się rozpadają. I jedyne, co nam zostaje, to modlić się, żeby ta dziewczyna nie wyrzuciła nas z własnego domu.
W tym momencie do jadalni wracają Fadime i Aysu.
— Panna młoda sama nakryje do stołu — oznajmia Aysu. — Zostawiłyśmy jedzenie i wróciłyśmy.
Mukadder nawet na nie nie patrzy.
— Czy ktoś was pytał o zdanie? — rzuca ostro. — Wracajcie do pracy.
Matka i córka natychmiast wycofują się do kuchni.
Beyza gwałtownie wstaje, aż krzesło zgrzyta o podłogę.
— Słyszałaś to?! — wybucha. — „Sama nakryje do stołu”! Dwa talerze i dwa widelce, wielkie poświęcenie!
Zaczyna chodzić w tę i z powrotem.
— Takimi sztuczkami zdobywa sympatię! Krok po kroku wchodzi do rezydencji. Najpierw zwykłe odwiedziny, aż w końcu zostanie tu na stałe!
— To się nie stanie — mówi stanowczo Mukadder. — Cihan w końcu przejrzy na oczy. Zda sobie sprawę, że ta dziewczyna jest nic nie warta i zakończy to.
Beyza prycha i opada z powrotem na krzesło.
— To tylko złudzenie.
Patrzy na ciotkę zimno.
— Wiesz, jak mnie dziś nazwał?
Mukadder milczy.
— Kuzynką!
Słowo zawisa w powietrzu jak policzek.
— To już się dzieje, ciociu — ciągnie Beyza ciszej, ale z większym ciężarem. — To tylko kwestia czasu, kiedy Hancer przekroczy próg tej rezydencji i zostanie tu na dobre.
Podnosi wzrok.
— Co wtedy zrobisz?
Mukadder powoli unosi głowę. W jej oczach pojawia się chłodny, niebezpieczny błysk.
— Zobaczysz. Wszyscy zobaczycie.
Jej głos staje się lodowaty.
— Ty, Cihan… i ta dziewczyna.
Cisza, która zapada po tych słowach, jest gorsza niż krzyk.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 44.Bölüm i Gelin 45.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.