„Panna młoda” Odc. 77: Cihan traci cierpliwość! Okrucieństwo Mukadder wobec Hancer

Hancer: Płacz w ramionach Cihana i cień lufy pistoletu nad rezydencją. W murach dumnej rezydencji emocje sięgnęły właśnie punktu krytycznego, a losy Hancer zawisły na bardzo cienkiej nitce. Gdy dziewczyna, nie mogąc dłużej dusić w sobie bólu, zalewa się łzami przed Cihanem, mężczyzna po raz pierwszy widzi w niej nie tylko partnerkę z przymusowego kontraktu, ale kobietę, którą pragnie chronić za wszelką cenę. Jednak wrogowie nie śpią – despotyczna Mukadder wypowiada otwartą wojnę, próbując upokorzyć i zagłodzić synową, co doprowadza Cihana do ostateczności i groźby zwolnienia całej służby. Podczas gdy w kuchni i jadalni trwają brutalne potyczki słowne, a rodzina Cemila rozpada się na kawałki, w sypialni dochodzi do intymnego wyznania, które zapiera dech w piersiach. Czy to małżeństwo to w wciąż tylko suchy układ za miliony, czy może rodzące się uczucie, przed którym Hancer tak desperacko ucieka? Atmosfera gęstnieje z każdą minutą, ale prawdziwy dreszcz przerażenia nadchodzi wraz ze zmrokiem. Gdy domownicy pogrążają się w swoich sporach, przed bramą rezydencji zatrzymuje się tajemniczy samochód. W środku siedzi mężczyzna, który w milczeniu wyciąga srebrny pistolet. Czy Cihan zdoła ocalić Hancer przed nienawiścią własnej matki i niebezpieczeństwem, które czai się w ciemności? Ta historia właśnie przestaje być grą pozorów, a staje się walką o przetrwanie.

Jadalnia, która jeszcze chwilę wcześniej tętniła napięciem rozlanym między porcelaną, srebrnymi sztućcami i urywanymi spojrzeniami, teraz wydawała się niemal nienaturalnie cicha. Zostały w niej tylko dwie osoby: Cihan i Hancer. Reszta domowników rozpłynęła się po rezydencji jak cień po burzy, ale w powietrzu nadal wisiało to, co padło wcześniej — ostre słowa, pogarda, niewypowiedziane osądy. Hancer wróciła do stołu tylko na chwilę, jak człowiek, który sam nie wie, po co jeszcze próbuje zachować pozory normalności. Usiadła na brzegu krzesła, nie sięgając po filiżankę ani po chleb. Trzymała dłonie złączone tak mocno, że zbielały jej knykcie.

Cihan patrzył na nią długo, nie chcąc naciskać zbyt gwałtownie. Był mężczyzną przyzwyczajonym do podejmowania decyzji, wydawania poleceń, panowania nad sytuacją. Tymczasem przy Hancer coraz częściej czuł się bezradny. Nie dlatego, że nie miał siły jej pomóc, lecz dlatego, że widział, jak głęboko wbity jest w nią ból, który nie powstał ani wczoraj, ani po ślubie, ani nawet wtedy, gdy przekroczyła próg tej rezydencji. Ten ból mieszkał w niej od dawna. W końcu odezwał się cicho:

— To, co powiedziała Sinem… o twojej rodzinie. O twoim bracie. To prawda?.

Hancer nie podniosła wzroku. Przez kilka sekund wydawało się, że w ogóle nie odpowie. Jej gardło poruszyło się lekko, jakby przełykała coś ciężkiego i ostrego naraz.

— Dlaczego pan pyta? — zapytała wreszcie, ledwie słyszalnie.

— Bo chcę znać prawdę od ciebie. Nie od mojej matki. Nie od Sinem. Nie od nikogo innego.

To „od ciebie” zabrzmiało inaczej niż wszystkie pytania, które padały w tym domu. Bez oskarżenia. Bez kpiny. Bez wyższości. Hancer zacisnęła powieki i po chwili powiedziała:

— Tak. To prawda.

Cihan nie poruszył się. Tylko jego spojrzenie stało się jeszcze uważniejsze.

— Mój brat… — zaczęła, ale głos uwiązł jej w gardle. — Mój brat jest wszystkim, co mi zostało. Kiedy zachorował, świat nagle zrobił się mniejszy. Wszystko zaczęło się kręcić tylko wokół lekarzy, pieniędzy, rachunków, strachu… wokół tego, czy przeżyje kolejny dzień.

Przerwała. Na jej twarzy pojawił się ten szczególny rodzaj wstydu, który rodzi się wtedy, gdy człowiek musi opowiedzieć o własnym upokorzeniu komuś, na kim zaczyna mu zależeć bardziej, niż powinien.

— Wtedy człowiek przestaje myśleć o dumie — mówiła dalej. — Przestaje pytać, co wypada. Co jest godne. Chwyta się wszystkiego. Każdej możliwości. Każdej obietnicy. Nawet jeśli ta obietnica potem zmienia się w klatkę.

Cihan położył dłoń na stole, blisko jej dłoni, ale jeszcze jej nie dotknął.

— I dlatego zgodziłaś się na to małżeństwo?

Hancer roześmiała się krótko, boleśnie, bez cienia radości.

— Zgodziłam się? — szepnęła — Ludzie tacy jak ja nie zgadzają się naprawdę, panie Cihanie. Ludzie tacy jak ja po prostu nie mają wyboru.

Te słowa uderzyły go mocniej, niż chciałby przyznać. W jednej chwili zobaczył przed sobą nie kobietę, którą wprowadził do swojego domu w imię rodzinnego układu, lecz kogoś, kto od dawna był spychany pod ścianę przez życie, przez biedę, przez cudze decyzje. Hancer wreszcie podniosła oczy. Były szkliste, czerwone, pełne tłumionego latami ciężaru.

— Myśli pan, że ja chciałam tu przyjść? — zapytała. — Myśli pan, że nie słyszę każdego dnia, jak patrzą na mnie pańska matka, pański wuj, ta kobieta… Beyza? Jakby każdy mój oddech był obrazą dla tego domu? Jakbym przyszła tu coś ukraść?

— Hancer….

— A może naprawdę ukradłam — weszła mu w słowo z nagłą desperacją. — Może ukradłam sobie trochę czasu dla mojego brata. Może kupiłam mu kilka dni, kilka tygodni, może więcej. Jeśli tak, to niech mnie wszyscy nienawidzą. Niech mówią, że jestem oportunistką, że sprzedałam siebie za pieniądze. Niech mówią, co chcą. Tylko niech on żyje.

Ostatnie słowo pękło w jej ustach. Hancer nagle zasłoniła twarz dłońmi i rozpłakała się tak, jak płaczą ludzie dopiero wtedy, gdy są już całkiem wyczerpani. Bez obrony. Bez godności. Bez siły, by powstrzymać drżenie ramion. Cihan poczuł, jak coś ściska go w piersi. Widział łzy kobiet, widział dramaty, słyszał błagania, ale ten płacz był inny. Nie szukał współczucia. Nie próbował nic ugrać. Był czystą rozpaczą.

— Hancer… proszę. Nie płacz — powiedział łagodnie, przesuwając krzesło bliżej.

Ostrożnie, niemal z lękiem, położył dłoń na jej ramieniu. Nie odsunęła się, ale też nie podniosła głowy. Trwała w tym bólu przez kilka chwil, jakby musiała wypłakać nie tylko dzisiejsze upokorzenie, lecz całe miesiące samotnej walki. Po dłuższej chwili otarła twarz wierzchem dłoni, zawstydzona własną słabością.

— Przepraszam — wyszeptała.

— Nie masz za co.

— Mam. Za wszystko. Za to, że wnoszę do tego domu same problemy. Za to, że…

— Dość — przerwał spokojnie, ale stanowczo. — Nie przepraszaj za cudze okrucieństwo.

Te słowa znowu poruszyły ją głęboko. Przez sekundę wyglądała, jakby chciała mu zaufać. Jakby chciała oprzeć się o jego ramię, pozwolić sobie choć przez chwilę nie być silną. Ale zaraz przypomniała sobie, gdzie jest, kim on jest i czym miało być ich małżeństwo. Wstała gwałtownie.

— Muszę iść.

— Hancer….

— Proszę mnie nie zatrzymywać.

Wybiegła z jadalni niemal tak szybko, jakby bała się własnych uczuć bardziej niż całej rezydencji. Cihan został sam przy stole, patrząc na krzesło, które dopiero co opuściła. Na białym obrusie leżała jej zgnieciona serwetka — jedyny ślad po tej rozmowie.

W tym samym czasie, piętro wyżej, w swojej sypialni, Mukadder siedziała wyprostowana na krawędzi fotela niczym monarchini, której ktoś ośmielił się podważyć władzę. Obok niej, na stoliku, stała oprawiona fotografia Cihana z czasów, gdy jeszcze patrzył na nią z niekwestionowanym oddaniem syna. Teraz w tym samym domu śmiał jej się sprzeciwiać. Przez obcą dziewczynę. Przez dziewczynę, którą uważała za brudną rysę na honorze rodziny.

Sięgnęła po telefon i wybrała numer Nusreta. Odebrał po kilku sygnałach.

— Słucham.

— Lepiej, żebyś naprawdę słuchał — powiedziała lodowatym tonem.

— Widzę, że jesteś w humorze.

— Nie próbuj ze mną igrać, Nusrecie. To przez ciebie ta dziewczyna wciąż jest w tym domu.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Przez mnie? — odburknął w końcu. — To twój syn postanowił zrobić z niej panią domu.

— Mój syn jest zaślepiony. Ty natomiast miałeś dopilnować, żeby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Tymczasem wymknęła się całkowicie.

— Nie mów do mnie, jakbym był twoim służącym.

— A nie jesteś? — syknęła — Nie wtedy, gdy chodzi o interes rodziny? O układ, który sam pomagałeś budować?

Nusret odetchnął ciężko.

— Powiedz wreszcie, czego chcesz.

Mukadder zmrużyła oczy.

— Chcę, żebyś przestał działać impulsywnie. Nie zrobisz nic głupiego bez mojej wiedzy. Żadnych gwałtownych ruchów. Żadnych awantur, które mogą obrócić Cihana jeszcze bardziej przeciwko nam. Jeśli zniszczysz wszystko swoim ego, przysięgam, że tym razem nie będę cię osłaniać.

— Grozisz mi?.

— Ostrzegam cię. To zasadnicza różnica. Pilnuj się, Nusrecie. Bo jeśli przegram przez twoją głupotę, pociągnę cię za sobą.

Rozłączyła się bez pożegnania. Nusret, trzymający telefon w zaciśniętej dłoni, patrzył przed siebie z wściekłością, która aż drżała mu w szczęce. Nie znosił, gdy ktoś próbował nim sterować. Zwłaszcza Mukadder. Ale w jej głosie była ta stara, niepokojąca pewność kobiety, która zbyt wiele wiedziała i zbyt wiele mogła.

Na dole, w przestronnej kuchni, panowała zgoła inna atmosfera. Jeszcze. Fadime, Gülsüm i Yonca siedziały przy stole z parującymi szklankami herbaty. Rozmawiały przyciszonymi głosami, zerkając raz po raz ku drzwiom, jakby w tym domu nawet ściany mogły donosić. Do środka wszedł Engin, zmęczony, ale uprzejmy.

— Usiądzie pan, Engin bey? — zapytała Fadime, podnosząc się od razu. — Zaparzę świeżą herbatę.

— Wystarczy to, co jest. Dziękuję.

Usiadł, a wtedy w progu pojawiła się Sinem. Na jej twarzy igrał cień zadowolenia, którego nie zdążyła jeszcze ukryć. Gdyby ktoś nie znał jej dobrze, pomyślałby, że po prostu się uśmiecha. Ale Fadime wiedziała, że ten uśmiech pojawia się tylko wtedy, gdy Sinem czuje, że stoi po właściwej stronie cudzego nieszczęścia.

— Jak tu spokojnie — rzuciła miękko. — Szkoda, że nie wszędzie w tym domu jest tak przyjemnie.

Engin uniósł wzrok.

— Co masz na myśli?.

Sinem już otwierała usta, gdy drzwi kuchni otworzyły się z takim impetem, że wszyscy podskoczyli. Mukadder weszła jak burza. Twarz miała napiętą, oczy rozpalone gniewem.

— Kto? — krzyknęła, nawet nie próbując opanować tonu. — Kto sprowadził Hancer do tego domu? Kto i na czyje polecenie?.

Zapadła cisza ciężka jak kamień. Fadime pobladła. Gülsüm spuściła wzrok. Yonca odruchowo ścisnęła szklankę tak mocno, że zadzwoniło szkło.

— Pytam po raz ostatni! — huknęła Mukadder. — Kto ośmielił się wpuścić ją tutaj, udając, że wszystko jest w porządku?

Sinem zrobiła krok naprzód i powiedział tonem pełnym pozornej niewinności:

— Może służba wie więcej, niż mówi. W końcu ktoś musiał ją tu wprowadzić, pomóc jej, przygotować pokój… Takie rzeczy nie dzieją się same.

To wystarczyło, by dolać oliwy do ognia. Mukadder obróciła się natychmiast ku Fadime.

— Ty. Mów.

— Ja… pani… ja tylko wykonywałam rozkazy… — wydukała przerażona.

— Czyje rozkazy?

Fadime drżała.

— Pana Cihana.

Mukadder prychnęła z pogardą, ale zaraz przeniosła wzrok na Engina.

— A ty? Wiedziałeś o wszystkim?.

Engin podniósł się powoli.

— Wiedziałem tyle, ile było konieczne.

— To znaczy wiedziałeś.

— Wiedziałem, że Hancer hanım ma być traktowana z szacunkiem.

— Szacunkiem? — wybuchła Mukadder. — Dla dziewczyny, która weszła do mojego domu podstępem?

— Weszła tu jako żona Cihana — odparł spokojnie Engin. — A to zobowiązuje wszystkich.

Na twarzy Mukadder pojawiła się taka furia, że Sinem aż cofnęła się o pół kroku. W tej samej chwili do kuchni weszła Derya z kolejnym naczyniem, które miała zanieść na stół, przy którym siedzieli Cemil i Emir. Nie odezwała się ani słowem, tylko położyła potrawę przed nimi z posępną miną. Już sam dźwięk stawianego naczynia zdradzał, jak wiele napięcia unosi się dziś nie tylko w rezydencji Develioğlu, ale i w każdym domu wokół niej.

U Cemila atmosfera również była daleka od spokoju. Gdy Derya nałożyła bulgur na talerze, Cemil skrzywił się po pierwszym kęsie.

— I znowu bez mięsa? — mruknął z pretensją. — Czy w tym domu naprawdę nie da się raz zjeść czegoś porządnego?

Derya uniosła brew.

— Nie ma mięsa, więc go nie ma. To, co jest, stoi przed tobą.

— Świetnie — zakpił — Może następnym razem podasz mi samą wodę i też powiesz, że mam być wdzięczny.

Mały Emir, siedzący obok, spojrzał na matkę, potem na ojca.

— Mnie smakuje, tato — powiedział nieśmiało. — Naprawdę dobre.

Cemil prychnął.

— Ty byś zjadł wszystko, co ci podadzą.

Derya odłożyła chochlę głośniej, niż zamierzała.

— A ty? Tobie nic nigdy nie smakuje. Ani jedzenie, ani życie, ani ludzie.

— Brakuje cebuli — burknął Cemil. — Z cebulą byłoby lepsze.

— To idź sobie posiekaj cebulę! — warknęła w końcu Derya. — Nikt cię tu nie trzyma. Jak nie smakuje, nie jedz!.

Emir zamilkł od razu, ściskając łyżkę w małej dłoni. Cemil zrobił obrażoną minę, ale mimo wszystko dalej jadł, bo w tej drobnej codziennej wojnie nawet on wiedział, że większego zwycięstwa dziś nie odniesie.

Tymczasem w głównej kuchni rezydencji napięcie nie opadło ani odrobinę. Sinem trzymała garnuszek z mlekiem dla Mine, tłumacząc nieśmiało:

— Przygotowałam to dla małej… chciałam tylko, żeby nie poszła spać głodna….

Mukadder spojrzała na nią surowo, jakby nawet ten drobny przejaw troski był osobistym afrontem. Wtedy do kuchni wszedł Cihan. Tym razem nie miał w sobie tej spokojnej, opanowanej siły, którą zwykle narzucał otoczeniu. Tym razem był wściekły.

— Kto wydał zakaz zanoszenia posiłków do pokoju mojej żony? — zapytał ostro.

Nikt się nie odezwał.

— Pytam po raz ostatni.

Mukadder uniosła brodę.

— Ja. I zrobiłabym to ponownie.

Cihan odwrócił się do niej powoli.

— Chciałaś zagłodzić Hancer?.

— Nie przesadzaj.

— Przesadzam? — jego głos zabrzmiał groźnie — W tym domu odmawia się jedzenia mojej żonie, a ty mówisz, że przesadzam?.

Służba wstrzymała oddech. Fadime patrzyła to na niego, to na Mukadder, jakby bała się, że zaraz wydarzy się coś nieodwracalnego.

— Jeśli nikt w tym domu nie chce obsługiwać Hancer — mówił dalej Cihan — to jutro zwolnię całą służbę i zatrudnię nowych ludzi. A jeśli będzie trzeba, sam będę zanosił jej jedzenie na górę.

Mukadder zbladła z oburzenia.

— Oszalałeś przez tę kobietę! Nie widzisz, co z tobą robi?.

— Widzę tylko to, co wy robicie jej.

— Ona nie jest jedną z nas!.

— Jest moją żoną — uciął twardo. — I to powinno wszystkim wystarczyć.

To zdanie wybrzmiało w kuchni jak wyrok. Cihan odwrócił się do Fadime.

— Natychmiast zanieście mleko na górę.

— Ja… ja podgrzeję, panie Cihanie — wybąkała Fadime natychmiast.

— Zrób to.

Wyszedł bez słowa więcej. Mukadder została w miejscu, drżąc z gniewu, ale tym razem nie odezwała się ani słowem. Wiedziała, że przegrała tę rundę. A może coś gorszego: wiedziała, że traci nad synem władzę.

Wieczorem, po kolejnych napięciach, które zdawały się przelewać z pokoju do pokoju jak mętna woda, Cemil siedział rozwalony na kanapie w swoim salonie i narzekał na gorąco. Rozpiął koszulę pod szyją, wachlował się gazetą, mruczał coś pod nosem. Gdy weszła Derya, nagle zauważył uchylone okno.

— Derya! — ryknął. — Ty chcesz mnie wykończyć?.

— Co znowu?.

— Okno! Otworzyłaś okno! Przeciąg! Chcesz, żebym się rozchorował?

Derya zamknęła oczy na sekundę, jak człowiek, który wzywa resztki cierpliwości z bardzo daleka.

— Chciałam przewietrzyć pokój.

— Nie obchodzi mnie to. Zamknij natychmiast!

— Skoro tobie zimno, to wstań i zamknij.

Cemil poderwał się z kanapy.

— Jak śmiesz tak do mnie mówić?!

— Tak samo, jak ty śmiesz rozkazywać wszystkim dookoła! — odpaliła — Masz ręce, masz nogi, to używaj!

— Wyjdź stąd!

— Z przyjemnością!.

Trzasnęła drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby. Cemil został sam, wciąż zrzędząc, ale w głębi duszy wiedział, że każdy następny dzień robi z ich małżeństwa coraz bardziej kruchą skorupę.

Tego samego wieczoru Sinem zebrała się w sobie i weszła nieśmiało do sypialni Hancer. Hancer siedziała na skraju łóżka, z rękami złożonymi na kolanach, wpatrzona gdzieś w dal.

— Mogę? — zapytała Sinem.

Hancer skinęła głową. Sinem weszła kilka kroków i zamknęła drzwi za sobą.

— Przyszłam przeprosić — powiedziała cicho. — Za jedzenie. Za wszystko. To pani Mukadder zabroniła cokolwiek ci podawać. Ja… ja nie miałam odwagi się sprzeciwić.

Hancer spojrzała na nią spokojnie, choć smutek nie zniknął z jej twarzy.

— Wiem.

— Jest mi bardzo przykro. Naprawdę. Boję się jej. Wszyscy się boimy. Czasem człowiek robi rzeczy, których potem się wstydzi, tylko po to, żeby nie ściągnąć na siebie jej gniewu.

Hancer spuściła wzrok.

— Rozumiem to lepiej, niż myślisz.

Sinem pokręciła głową, a w jej oczach pojawiło się autentyczne poczucie winy.

— Nie. Ty zawsze mówisz, że rozumiesz. Nawet wtedy, kiedy nie powinnaś. Nawet wtedy, kiedy ktoś robi ci krzywdę.

Hancer uśmiechnęła się blado.

— Czasem wyrozumiałość to jedyne, co człowiekowi zostaje.

— Nie masz do mnie żalu?.

— Nie do ciebie. Tylko… do losu.

Sinem westchnęła.

— Lepiej zejdę na dół. Jeśli zauważą, że mnie nie ma….

— Idź — powiedziała łagodnie Hancer. — Nie chcę, żebyś miała przeze mnie więcej problemów.

Sinem skinęła głową i wyszła. Na korytarzu niemal wpadła na własny strach. Niedługo później właśnie na tym samym korytarzu Nusret zastąpił drogę Cihanowi. Jego twarz była napięta, krok nerwowy. W głębi, przy schodach, młoda dziewczyna w różowej koszulce obserwowała wszystko z niepokojem.

— Musimy porozmawiać — warknął Nusret.

— Nie teraz.

— Właśnie teraz!.

Stanął tak blisko, że prawie dotknęli się ramionami.

— Jak śmiałeś tak potraktować własną matkę? — syknął. — Przez tę dziewczynę ośmieszasz wszystkich.

Cihan patrzył na niego chłodno.

— Odsuń się.

— Ty naprawdę tracisz rozum! Dla kogo? Dla oportunistki, która poślubiła cię za pięć milionów?

To był moment, w którym Nusret chwycił go za klapy marynarki. Dziewczyna przy schodach aż zakryła usta dłonią. Cihan jednak nie stracił panowania. Złapał nadgarstki wuja i spokojnym, ale nieubłaganym ruchem odepchnął jego ręce.

— Nigdy więcej mnie nie dotykaj.

— Prawda o niej cię zniszczy — warknął Nusret. — Pożałujesz dnia, w którym wprowadziłeś ją do tego domu.

— A ty pożałujesz każdej chwili, w której obrażałeś moją żonę — odparł Cihan. — Zajmij się swoimi sprawami.

Minął go i odszedł. Nusret patrzył za nim z nienawiścią. Kiedy tylko Cihan zniknął z pola widzenia, Nusret wyciągnął telefon i zadzwonił do kogoś bez chwili wahania.

— Musimy przyspieszyć — powiedział cicho, z niebezpiecznym spokojem. — Za daleko to zaszło.

W sypialni Hancer spacerowała od okna do łóżka, od łóżka do lustra, jakby w ten sposób próbowała uspokoić własne myśli. Gdy do pokoju wszedł Cihan, zatrzymała się natychmiast. Podszedł do niej blisko. Za blisko, by mogła udawać obojętność.

— Dlaczego nic nie mówisz? — zapytał z bólem ukrytym pod gniewem. — Dlaczego pozwalasz, żeby tak cię traktowali?

— Bo jestem sama — odpowiedziała wreszcie. — Przeciwko całej twojej rodzinie. To nie jest walka, którą można wygrać.

— Nie jesteś sama. Ja stoję po twojej stronie.

— A potem? — szepnęła — Co będzie potem? Kiedy ten układ się skończy? Kiedy uznasz, że zrobiłeś już dość?

To go zraniło.

— Naprawdę myślisz, że patrzę na ciebie jak na układ?.

Hancer uciekła wzrokiem.

— Nasze małżeństwo jest kontraktem. Tak zostało ustalone. Muszę znać swoje miejsce.

— Twoje miejsce? — powtórzył z goryczą. — A gdzie jest moje miejsce, Hancer? Bo odkąd tu jesteś, nie mogę oddychać spokojnie. Nie mogę patrzeć, jak cierpisz. Nie mogę znieść, że ciągle przede mną uciekasz.

Podszedł jeszcze bliżej. Ich oddechy niemal się mieszały.

— Powiedz mi prawdę — wyszeptał. — Czy naprawdę nic do mnie nie czujesz?

Łzy napłynęły jej do oczu.

— Nie pytaj mnie o to.

— Dlaczego?.

— Bo nie mam prawa odpowiadać.

Cihan zamknął oczy na sekundę, jakby walczył sam ze sobą.

— Jeśli chcesz, żeby to był tylko kontrakt, uszanuję to. Nie zmuszę cię do niczego. Ale nie każ mi udawać, że dla mnie to tylko podpis i warunki umowy. Bo to kłamstwo.

Hancer drżała. On pochylił się tak blisko, że przez krótką, niebezpieczną chwilę oboje myśleli o tym samym. O pocałunku, który mógłby zburzyć wszystko, co jeszcze próbowali utrzymać w ryzach. Ale Hancer odwróciła twarz. Cihan cofnął się powoli, z bólem, który widać było w każdym geście.

— Dobrze — powiedział cicho. — Nie będę naciskał.

Odwrócił się i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim miękko, a jednak Hancer poczuła ten dźwięk jak cios. Została sama, z sercem bijącym zbyt szybko, z łzami, których nie umiała zatrzymać.

Tymczasem Beyza w swoim salonie chodziła w tę i z powrotem, wściekła i spięta. Kiedy wpadł tam Nusret, atmosfera zgęstniała jeszcze bardziej.

— Wszystko psujesz! — rzucił od progu.

— Ja? To ty nie potrafisz niczego doprowadzić do końca!

— Gdybyś nie prowokowała Cihana na każdym kroku….

— A ty? Co zrobiłeś? Grozisz, warczysz, ale ta dziewczyna nadal siedzi w rezydencji!

Nusret wskazał ją palcem.

— Lepiej pilnuj własnych kroków, Beyzo. Bo jeśli to się zawali, nie będę cię ratował.

Odwrócił się i wyszedł. Beyza aż zatrzęsła się z frustracji.

— Wszyscy jesteście bezużyteczni — syknęła do pustego pokoju. Podeszła do telefonu i zacisnęła dłoń na urządzeniu. Jej oczy błysnęły gniewem. Nie zamierzała odpuścić.

W sypialni Hancer podeszła do lustra. Długo patrzyła na własne odbicie, jakby próbowała rozpoznać w nim kobietę, którą się stała. Żonę bez miejsca. Siostrę, która sprzedała spokój za nadzieję. Kobietę, która zaczynała czuć coś, czego czuć nie powinna.

— To tylko kontrakt — szepnęła do siebie.

Ale jej własne oczy nie chciały w to uwierzyć.

W gabinecie Cihan stał przy biurku, potem usiadł, znów wstał, przeszedł kilka kroków, wrócił. Nie mógł znaleźć sobie miejsca. Myślał o swoim tonie, o tym, jak na nią naciskał, jak bardzo chciał usłyszeć coś, czego ona nie była gotowa powiedzieć. Oparł dłonie o blat, pochylił głowę i zamknął oczy.

— Co ty ze mną robisz… — wymamrotał do pustego pokoju.

Zapadł zmrok. Na zewnątrz rezydencja lśniła światłami, pozornie spokojna i bezpieczna. Ale przed posesją, w zaparkowanym samochodzie, siedział nieznajomy mężczyzna z dłuższą brodą i włosami. Otworzył schowek, wyciągnął ciężki, srebrny pistolet i położył go na kolanach. Patrzył na dom nieruchomo, z chłodem człowieka, który nie przyjechał tu przez przypadek.

Poranek nie przyniósł ukojenia. W domu Cemila przy śniadaniu Derya od początku krzyczała, narzekając na wszystko — na biedę, na męża, na zmarnowane lata. Cemil z początku milczał, lecz w końcu nie wytrzymał.

— Skoro tak ci źle, to idź! — ryknął, wskazując drzwi.

Emir wzdrygnął się.

— Przestańcie… — wyszeptał.

Ale nikt go nie słuchał. Cemil wyszedł z domu trzaskając drzwiami, a Derya została, zła, roztrzęsiona, już gotowa do kolejnej wojny.

W tym samym czasie Nusret, zmęczony i rozdrażniony, siedział w salonie, gdy zadzwonił telefon. Po rozmowie jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej posępna. Ze schodów zeszła Beyza.

— Co się stało? — zapytała.

— Nic, co powinno cię interesować.

— Przestań mnie traktować jak dziecko.

— To przestań zachowywać się jak dziecko.

Odszedł, zostawiając ją samą z narastającym w oczach mściwym błyskiem.

Cihan siedział zaś w gabinecie nad otwartym laptopem, wyczerpany. Gdy weszła Fadime i odezwała się cicho, odpowiedział jej krótko, niemal oschle. Kiedy wyszła, zadzwonił telefon. Na ekranie pojawiło się imię Beyzy. Jego szczęka stwardniała. Odrzucił połączenie bez wahania. Potem złapał się za szyję i potarł brodę, pogrążony w myślach.

Na podjeździe przed skromniejszym domem Cemil szedł z Emirem w stronę bramy. Hancer wybiegła za nimi, zaniepokojona.

— Dokąd idziecie?.

Cemil spojrzał na nią z rezygnowanym spokojem.

— Trochę przewietrzyć głowę. A może i życie.

— Cemil, nie rób nic pochopnie.

— Czasem tylko pochopne rzeczy coś zmieniają.

Hancer spojrzała na Emira i pogłaskała go po włosach.

— Bądź grzeczny, dobrze?.

Chłopiec skinął głową. Gdy odeszli, Hancer została sama z narastającym lękiem. W środku Derya pakowała ubrania do granatowej walizki z taką zawziętością, jakby każde wrzucone do środka ubranie było kolejnym oskarżeniem wobec życia. Hancer weszła i próbowała ją powstrzymać.

— Derya, proszę. Uspokój się. Nie podejmuj decyzji w gniewie.

— Właśnie w gniewie podejmuje się najlepsze decyzje — odparła Derya. — Bo wtedy człowiek jeszcze ma siłę odejść.

— A Emir?.

Na moment zamarła, ale tylko na moment.

— Emir zobaczył już dość awantur. Może lepiej, żeby zobaczył wreszcie jakiś ruch.

Później na podjeździe pojawił się Cihan. Rozmawiał z Cemilem poważnie, ale bez wrogości. Słuchał go, po czym pochylił się do Emira i pogłaskała go z czułością po głowie. W końcu obaj mężczyźni przytulili się na pożegnanie, jak ludzie, którzy choć różni, rozumieją ciężar odpowiedzialności.

Z domu wyszły Hancer i Derya. Ich spojrzenia skrzyżowały się z Cihanem. Taksówka podjechała pod sam podjazd. Walizka trafiła do bagażnika. Nastąpiły pożegnania. Do auta wsiedli mężczyzna w koszuli w kratę i mały Emir. Derya, mimo walizki i wcześniejszego chaosu, została na miejscu. Taksówka odjechała, unosząc za sobą drobny pył i jeszcze większy niepokój.

Wtedy Derya zwróciła się do Hancer na osobności. Jej ton był stanowczy, ale w oczach pojawiła się szczerość, jakiej Hancer nie spodziewała się po tak wzburzonej kobiecie.

— Posłuchaj mnie dobrze — powiedziała, biorąc ją za rękę. — Można całe życie przeżyć, myśląc, że trzeba milczeć, ustępować, zgadzać się na mniej. A potem człowiek budzi się któregoś dnia i widzi, że już nic z niego nie zostało. Nie pozwól, żeby tak było z tobą.

Hancer patrzyła na nią z bólem.

— To nie takie proste.

— Wiem. Ale jeśli ktoś choć raz stanie po twojej stronie… nie odpychaj go tylko dlatego, że boisz się szczęścia bardziej niż cierpienia.

Te słowa zawisły między nimi ciężko i prawdziwie. Derya ścisnęła jej dłoń mocniej, a potem obie ruszyły wolnym krokiem przed siebie.

Cihan stał w miejscu i patrzył, jak odchodzą. Zwłaszcza jak odchodzi Hancer. W jego twarzy nie było już gniewu. Tylko zmęczenie, smutek i coś jeszcze — cicha, bolesna determinacja człowieka, który zrozumiał, że największa walka nie toczy się ani z matką, ani z wujem, ani z domowymi intrygami. Największa walka dopiero się zaczynała. O zaufanie Hancer. O jej serce. O prawdę, która mogła ocalić wszystko albo wszystko zniszczyć.

A gdzieś za bramą, w cieniu dnia, ktoś już zaciskał dłoń na zimnej rękojeści broni.

Related Posts

„Panna młoda” odc.: Gdzie zniknęła Hançer?! Cemil boi się, że siostra zrobiła coś strasznego!

Nusret w końcu przerywa kłótnię i mówi Cemilowi, by zabrał siostrę i odejść jak najszybciej. Problem polega jednak na tym, że Hanser już dawno zniknęła. Cemil dowiaduje…

„Panna młoda” odc.: Aresztowanie Beyzy! Dramatyczne sceny w rezydencji nad Bosforem!

W gabinecie komisarza wybucha prawdziwy konflikt. Bejza oskarża Hancer o manipulację i próbę zniszczenia jej małżeństwa. Cihan nie wierzy już w jej słowa i żąda prawdy. Atmosfera…

„Paппa młoda” odc.: Cihaп chce rozwodυ z Beyzą! Błaga Haпçer o jeszcze jedпą szaпsę!

„Paппa młoda” odc.: Cihaп chce rozwodυ z Beyzą! Błaga Haпçer o jeszcze jedпą szaпsę!

Miłość zamieпia się w obsesję, tajemпice wychodzą пa jaw, a jedпo kłamstwo może zпiszczyć życie wszystkich bohaterów. Haпse odkrywa prawdę o domυ, w którym pracυje, a Chihaп po raz pierwszy staje

„Paппa młoda” odc.: Cihaп broпi Beyzy mimo wszystkich kłamstw! Eпgiп jest wściekły!

„Paппa młoda” odc.: Cihaп broпi Beyzy mimo wszystkich kłamstw! Eпgiп jest wściekły!

— Mówisz teraz o morderstwie? Skąd пiby to wiesz, Eпgiп? Na jakiej podstawie tak mówisz? Powiedz, żebym też wiedział. Jeśli pozwolisz mi mówić, wszystko wyjaśпię. — Dobrze, mów, słυcham. — A jeśli to…

„Paппa młoda” odc.: Jedпo imię obυdziło Cihaпa… ale może być jυż za późпo пa ratυпek!

„Paппa młoda” odc.: Jedпo imię obυdziło Cihaпa… ale może być jυż za późпo пa ratυпek!

Nie szυkał matki aпi lekarzy. Szυkał tylko jej. Daleko od szpitala Haпser stała przy ściaпie starej chaty. Drżała ze strachυ, a przed пią stała Mυkader z pistoletem w dłoпi. — Patrz пa mпie — sykпęła…

„Paппa młoda” odc.: Haпçer wpada w pυłapkę Beyzy! Cihaп widzi tylko chaos i łzy!

„Paппa młoda” odc.: Haпçer wpada w pυłapkę Beyzy! Cihaп widzi tylko chaos i łzy!

Widziałam to! Prawie zabiła пasze dziecko. Pυść go, psychopatko! Nigdy bym go пie skrzywdziła.Co robisz, Haпcer? Przysięgam, пie chciałam пic złego.Co tυ się dzieje? Zadzwońcie пa policję.Ta…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *