

Gülsüm stała przy drzwiach, nasłuchując. Jej dłoń spoczywała już na klamce, gotowa w każdej chwili ją nacisnąć. Gdy tylko w korytarzu pojawiła się Mukadder, kobieta poruszyła się niespokojnie i dyskretnym gestem dała znak Beyzie. Potem bez słowa zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
Mukadder weszła do środka i zamarła.
Na łóżku siedziała Beyza. Jej dłoń drżała, gdy wysypywała na nią garść tabletek. Przez ułamek sekundy zawahała się… a potem podniosła rękę do ust.
— Beyza, co ty robisz?! — krzyknęła Mukadder, rzucając się w jej stronę.
Chwyciła jej nadgarstek w ostatniej chwili. Tabletki rozsypały się po podłodze, odbijając się cicho od parkietu.
— Zostaw mnie, ciociu! — Beyza wyrwała rękę. Jej głos był zdławiony, lecz przesadnie dramatyczny. — Chcę umrzeć! Po tym wszystkim… po tych obrzydliwych wiadomościach… zostałam zhańbiona! Jak mam spojrzeć ludziom w oczy? Jak mam wyjść z domu?
Złapała się za brzuch.
— Moje dziecko… moje dziecko nie zasługuje na takie życie…
Mukadder patrzyła na nią z przerażeniem, ale i gniewem, który tlił się pod powierzchnią.
ad
— Dziecko? — powtórzyła ostro, chwytając ją za ramiona. — Oszalałaś? Chcesz oddać zwycięstwo tej żmii? Właśnie na to liczy! Żebyś się poddała. Żeby pozbyć się was obojga jednym ciosem!
— Nie obchodzi mnie, czego ona chce! — wyrzuciła Beyza, wyrywając się z jej uścisku. — Nie chcę żyć!
Mukadder spojrzała na nią jeszcze przez chwilę, jakby coś kalkulowała. Potem odwróciła się gwałtownie i wyszła.
Wróciła niemal natychmiast — z Hancer.
— Spójrz, do czego doprowadziłaś! — rzuciła oskarżycielsko, wskazując na rozsypane tabletki. — Jeszcze chwila i Beyza by nie żyła!
Hancer zatrzymała się w progu. Jej spojrzenie najpierw padło na podłogę, potem na Beyzę. Twarz miała spokojną, niemal obojętną.
— Wystarczy, pani Mukadder — powiedziała chłodno. — To nie jest troska. To szantaż.
— Szantaż?! — oburzyła się Mukadder. — Dziewczyna chciała się zabić!
Hancer uniosła lekko brew i spojrzała na Beyzę dłużej, uważniej. W jej oczach nie było współczucia — tylko cicha, nieubłagana pewność.
— Nie — odparła spokojnie. — Ona nie chciała umrzeć.
Beyza odwróciła wzrok, jakby nagle coś ją zainteresowało w kącie pokoju.
— To tylko jej kolejna gra.
ad
W pomieszczeniu zapadła cisza, ciężka i napięta.
Mukadder zacisnęła usta, po czym sięgnęła po buteleczkę z tabletkami i niemal wcisnęła ją Hancer w dłoń.
— Skoro jesteś taka pewna… — powiedziała lodowatym tonem. — To zatrzymaj je.
Nachyliła się lekko, patrząc jej prosto w oczy.
— Wkrótce to ty możesz ich potrzebować. Nie Beyza.
Hancer nie cofnęła ręki. Zacisnęła palce na buteleczce, nie spuszczając z niej wzroku.
I ani przez chwilę nie mrugnęła.