
Nusret siedział za biurkiem, odchylony wygodnie w skórzanym fotelu. Na jego twarzy malowało się zadowolenie, którego nawet nie próbował ukryć. Obracał w palcach długopis, jakby rytm rozmowy sprawiał mu przyjemność.
— Powinnaś była zobaczyć Cihana — mówił do słuchawki z wyraźną ekscytacją. — Wysiadł z samochodu, a wokół niego natychmiast rozbłysły flesze. Mikrofony niemal wciskali mu w twarz… — Zaśmiał się cicho. — Był kompletnie zagubiony. Nie wiedział, gdzie patrzeć, co powiedzieć. Jak lew zamknięty w klatce.
Zrobił krótką pauzę, smakując własne słowa.
— Właśnie tak wygląda prawdziwa zemsta.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem odezwał się głos Beyzy — napięty, wyraźnie mniej pewny niż zwykle:
— Tato… proszę cię. Nie mów tak o ojcu mojego dziecka.
Uśmiech zniknął z twarzy Nusreta tak nagle, jakby ktoś zgasił światło. Zmarszczył brwi, a jego spojrzenie stwardniało.
— Co ty wygadujesz, córko? — rzucił ostro. — Oszalałaś? Naprawdę zaczęłaś wierzyć w tę historię, którą sama stworzyłaś?
Nie czekał na odpowiedź. Jego ton znów stał się chłodny, wyrachowany.
— Nieważne. Został nam jeszcze jeden ruch. Ostatni… i decydujący.
— Jaki? — zapytała cicho Beyza.
Nusret pochylił się lekko nad biurkiem, jakby chciał, by każde jego słowo wybrzmiało wyraźniej.
— Wyjdź na balkon.
— Na balkon? Dlaczego…?
Urwała w pół zdania.
Zrozumienie przyszło nagle — szybkie i niepokojące.
A po drugiej stronie Nusret uśmiechnął się ponownie. Tym razem chłodno.
Hancer uchyliła drzwi do pokoju Beyzy i na moment zatrzymała się w progu. Delikatny podmuch wiatru poruszał firanami, a za nimi, na balkonie skąpanym w słońcu, stała Beyza — nieruchoma, oparta o balustradę, wpatrzona w linię horyzontu, gdzie morze stapiało się z niebem.
Hancer wyszła cicho na zewnątrz. Jej kroki były lekkie, jakby nie chciała spłoszyć tej kruchej chwili.
— Beyzo… — odezwała się łagodnie.
Dziewczyna odwróciła się powoli. Na jej twarzy nie było już śladu wcześniejszej histerii — tylko zmęczenie.
— Czy czujesz się dobrze? — dodała Hancer, uważnie ją obserwując.
— Jestem tylko trochę zmęczona — odpowiedziała Beyza, opierając dłoń na poręczy. — Potrzebowałam powietrza. — Zawahała się, po czym zmrużyła lekko oczy. — A ty? Co tu robisz?
Hancer zrobiła krok bliżej.
— Przyszłam, bo… mam dla ciebie propozycję.
Na ustach Beyzy pojawił się cień ironicznego uśmiechu.
— Propozycję? — powtórzyła chłodno. — To jakaś twoja nowa sztuczka?
— Nie — odpowiedziała spokojnie Hancer. — Tym razem nie chodzi o żadną grę.
Zatrzymała się naprzeciw niej, tak by obie stały twarzą w twarz, oddzielone jedynie cieniem balustrady i ciężarem niewypowiedzianych słów.
— Dużo myślałam — zaczęła powoli. — O nas. O tym, co się dzieje. Jeśli dalej będziemy walczyć między sobą, Cihan nie poradzi sobie z tym, co dzieje się na zewnątrz. A te oszczerstwa… — urwała na moment — przylgną do nas na zawsze.