
— Naprawdę chcesz mnie teraz osądzać? — rzuca Nusret z gorzkim śmiechem. — A ty sama jesteś bez winy? Gdyby Hançer urodziła dziecko, czy nie odebrałabyś go jej, żeby przekazać je Beyzie? Czy nie oczerniałaś żony własnego syna? Czy nie oszukiwałaś własnego dziecka, pani Mukadder?
— Wszystko, co zrobiłam, zrobiłam dla dobra rodziny! — odpowiada wzburzona Mukadder. — Dla naszych dzieci!
— I co ci z tego przyszło? — drwi Nusret. — Twoje plany legły w gruzach. Żadna z obietnic, które składałaś mnie i Beyzie, nie została spełniona. Beyza jest w ciąży, a mimo to nie zdołałaś nakłonić swojego syna do małżeństwa z nią. Właśnie dlatego teraz nie masz nic do powiedzenia.
— Nusret, dosyć…
— Nie. Ja nie zamierzam przejść nad tym do porządku dziennego. Ktoś musi odpowiedzieć za wszystko, co się wydarzyło. Powinnaś dziękować losowi, że nie skończyło się gorzej. Że nie zrobiłem twojemu synowi tego samego, co kiedyś jego ojcu.
Mukadder blednie.
— Ale nie wystawiaj mojej cierpliwości na kolejną próbę — ciągnie Nusret zimnym głosem. — Bo jeśli dalej będziesz mnie prowokować, nie będę się wahał ani przez moment.