
Hançer powoli odzyskuje przytomność. Otwiera oczy i rozgląda się niepewnie, wciąż wyraźnie osłabiona.
— Co się wydarzyło? — pyta ledwie słyszalnym głosem.
— Zatrułaś się ulatniającym gazem — odpowiada spokojnie Cihan.
— Gazem?
— Kiedy weszliśmy do kuchni, wszystkie palniki były odkręcone. Nie potrafię wyjaśnić, jak do tego doszło.
Hançer marszczy brwi, próbując sobie przypomnieć poprzedni wieczór.
— Przed snem sprzątałam kuchnię. Myłam kuchenkę i przecierałam pokrętła… Może niechcący je przekręciłam podczas sprzątania. Naprawdę nie wiem. Boże, jak inaczej mogłoby się to stać?
— Nie zastanawiaj się teraz nad tym — mówi łagodnie Cihan.
— Już dobrze… Chyba zaczynam dochodzić do siebie. Tak, jest trochę lepiej…
Nagle jej oczy wypełniają się łzami.
— To moja wina. Przez moją nieuwagę mogło dojść do tragedii. Mogliśmy wszyscy zginąć.
— Nie mów tak — przerywa jej Cihan. — I nie płacz.
Delikatnie ujmuje jej dłoń.
— Spójrz na mnie. Jesteś tutaj, obok mnie. Nic więcej się teraz nie liczy. Dzięki Bogu żyjesz.
Czeka, aż ich spojrzenia się spotkają.
— To już się wydarzyło i nie możemy tego zmienić. Nie ma sensu wracać do tego bez końca. Najważniejsze jest to, że jesteś bezpieczna. Reszta nie ma teraz znaczenia.