
Przez wiele tygodni nosiła w sobie prawdę, która z każdym dniem stawała się coraz cięższa. Nie potrafiła już dłużej patrzeć na cierpienie Cihana. Nie mogła też dalej ukrywać się za własnym strachem.
Musiał poznać prawdę.
Musiał dowiedzieć się, że dziecko, które nosiła pod sercem, było jego dzieckiem.
Z bijącym sercem stanęła przed drzwiami jego pokoju.
Przez chwilę wpatrywała się w klamkę, próbując zebrać resztki odwagi. Wystarczyło nacisnąć. Wejść do środka. Wypowiedzieć kilka słów, które mogły zmienić wszystko.
Wtedy usłyszała głosy.
Drzwi były lekko uchylone.
Hancer odruchowo zajrzała do środka.
I zamarła.
Za progiem stał Cihan. Naprzeciw niego była Beyza. Patrzyła na niego z czułością, a po chwili objęła go za szyję. Nie było między nimi krzyku. Nie było gniewu. Nie było dystansu.
Byli blisko.
Zbyt blisko.
Hancer poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg.
Przez kilka sekund wpatrywała się w tę scenę, choć każda kolejna chwila bolała coraz bardziej. Serce ścisnęło jej się tak mocno, że niemal zabrakło jej tchu.
A więc było za późno.
Spuściła wzrok.
Wszystkie słowa, które układała sobie w głowie przez całą drogę, rozsypały się w jednej chwili.
Bezszelestnie cofnęła się od drzwi.
Nie chciała już niczego słyszeć.
Nie chciała niczego wyjaśniać.
Nie chciała wiedzieć więcej.
Odwróciła się i odeszła.
***
Nikt nie zauważył, że opuściła rezydencję.
Nikt nie widział, jak samotnie wracała do starego domu, walcząc ze łzami i z bólem, którego nie potrafiła już utrzymać w sobie.
Nikt nie dostrzegł jej także tam.
Nikt poza Aysu.
***
Stary dom był cichy.
Zbyt cichy.
Hancer usiadła na różowej kanapie stojącej przy oknie. Za szybami zapadał wieczór, a pokój tonął w półmroku, rozjaśnionym tylko chłodnym światłem sączącym się przez firanki.
Przycisnęła dłonie do brzucha.
Przez chwilę siedziała nieruchomo, próbując powstrzymać łzy.
Nie potrafiła.
Pierwsza łza spłynęła po policzku. Zaraz po niej kolejna. W końcu Hancer opuściła głowę.
— Nie mogłam, moja fasolko… — wyszeptała drżącym głosem.
Pogładziła zaokrąglony brzuch z taką czułością, jakby chciała uspokoić nie tylko dziecko, ale i samą siebie.
— Proszę, wybacz mi.
Jej dolna warga zadrżała.
— Obiecałam ci, że zabiorę cię do twojego taty. Obiecałam, że już nic nas nie rozdzieli. Ale… nie dałam rady.
Zamknęła oczy.
Od razu zobaczyła przed sobą Cihana i Beyzę.
Ten obraz znów ukłuł ją prosto w serce.
— Nie dotrzymałam słowa — szepnęła. — Zabrakło mi odwagi.
Objęła brzuch obiema rękami i lekko pochyliła się do przodu.
— Tak bardzo chciałam, żeby poznał prawdę. Tak bardzo chciałam powiedzieć mu wszystko… Ale kiedy ich zobaczyłam…
Głos uwiązł jej w gardle.
Łzy płynęły już swobodnie po jej twarzy.
— Wybacz mi, maleństwo. Naprawdę chciałam. Przysięgam, że chciałam.
W pokoju zapadła cisza.
Hancer siedziała samotnie na kanapie, w czerwonej sukience, z dłonią spoczywającą na brzuchu. W jej oczach było wszystko: ból, tęsknota, żal i miłość, której nie potrafiła wyrwać z serca.
Po raz kolejny uwierzyła, że powinna odejść z życia człowieka, którego kochała bardziej niż samą siebie.
Nie wiedziała jednak, że właśnie popełniła największy błąd swojego życia.
Nie wiedziała, że scena, którą zobaczyła za uchylonymi drzwiami, wcale nie była tym, czym się wydawała.
A ta pomyłka miała zmienić los wszystkich.