
Szuflady były powysuwane, pudełka z biżuterią otwarte, a zawartość szkatułek leżała porozrzucana na blacie toaletki. Stała przed dużym lustrem i raz po raz zaglądała do kolejnych przegródek, jakby za chwilę miała znaleźć przedmiot, który mógł ocalić ją przed katastrofą.
Dłonie drżały jej coraz mocniej.
Otworzyła małe czerwone pudełeczko. Potem następne. Przesunęła wzrokiem po pierścionkach, kolczykach i łańcuszkach rozsypanych na marmurowym blacie.
Nic.
Bransoletki nie było.
— Nie… — wyszeptała. — Nie ma jej.
Ciężko opadła na krzesło.
Strach, który wcześniej tylko tlił się gdzieś głęboko, teraz zacisnął się wokół jej serca jak żelazna obręcz.
— To niemożliwe…
W tej samej chwili do pokoju weszła Gülsüm ze srebrną tacą i filiżanką kawy. Zatrzymała się w progu, widząc bałagan.
— Pani Beyzo?
Beyza gwałtownie podniosła głowę.
— Widziałaś moją bransoletkę?
Pokojówka zmarszczyła czoło.
— Jaką bransoletkę?
— Diamentową. Miałam komplet. Bransoletkę i naszyjnik.
Nerwowo wskazała na otwarte szkatułki.
— Nie mogę znaleźć ani jednego, ani drugiego.
Gülsüm zastygła tylko na ułamek sekundy.
Od razu przypomniała sobie naszyjnik, który kilka tygodni wcześniej znalazła pod pufą w pokoju Beyzy. Najpierw chciała odłożyć go na miejsce, ale później zmieniła zdanie. Beyza miała tyle kosztowności, że brak jednej ozdoby mógł pozostać niezauważony.
Dlatego Gülsüm schowała naszyjnik.
I nikomu o tym nie powiedziała.
Teraz jednak nie zdradziła się nawet najmniejszym gestem. Postawiła tacę na komodzie i odezwała się spokojnie:
— Jeśli zginęły obie rzeczy, to chyba nie ma powodu do paniki.
Beyza spojrzała na nią niecierpliwie.
— Jak to nie ma powodu?
— Musiała pani któregoś dnia założyć cały komplet, a potem gdzieś go odłożyć — odparła Gülsüm, wzruszając lekko ramionami. — Trudno przecież uwierzyć, żeby jednocześnie zgubiła pani i bransoletkę, i naszyjnik.
Te słowa zatrzymały Beyzę w miejscu.
Przez chwilę naprawdę zaczęła rozważać tę możliwość.
Potem powoli skinęła głową.
— Rzeczywiście…
Jej oddech odrobinę się uspokoił.
— To ma sens. Jak mogłabym zgubić obie rzeczy naraz?
Spojrzała ponownie na porozrzucaną biżuterię. Strach, który jeszcze chwilę wcześniej niemal ją paraliżował, zaczął ustępować miejsca chłodniejszemu myśleniu.
A przynajmniej chciała w to wierzyć.
— Jutro dokładnie sprawdzisz wszystkie moje torby, szafki i szuflady — poleciła. — Ten komplet musi się gdzieś znaleźć.
— Oczywiście, pani Beyzo.
Beyza sięgnęła po filiżankę. Jej palce wciąż były napięte, ale nie drżały już tak mocno jak wcześniej.
Gülsüm skinęła głową i ruszyła do drzwi.
— Jeśli coś znajdę, od razu pani powiem.
— Dobrze.
Pokojówka wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.
W pokoju znów zapadła cisza.
Beyza upiła łyk kawy i podeszła do lustra. Przez kilka sekund wpatrywała się we własne odbicie, próbując zmusić się do spokoju.
— Oczywiście, że nie mogłam zgubić jednocześnie bransoletki i naszyjnika — powiedziała do siebie. — To niemożliwe.
Postawiła filiżankę na blacie.
— Ta przeklęta Hancer doprowadza mnie do obłędu.
Jej twarz stwardniała.
— Przez nią nie potrafię już myśleć logicznie.
Przed oczami stanęły jej ostatnie wydarzenia. Spojrzenia, rozmowy, oskarżenia, list Yasemin i strach, który od rana nie dawał jej oddychać. Wszystko komplikowało się właśnie wtedy, gdy na drodze pojawiała się Hancer.
W oczach Beyzy błysnęła nienawiść.
— Jest jak trucizna — wyszeptała. — Gdziekolwiek spojrzę, wszędzie ona.
Zacisnęła dłonie na krawędzi toaletki.
— Ale najpierw muszę pozbyć się problemu z Yasemin.
Na jej ustach pojawił się chłodny, niepokojący uśmiech.
— A kiedy to się skończy…
Spojrzała na swoje odbicie z lodowatą determinacją.
— Wtedy zajmę się Hancer. Raz na zawsze.
Nie wiedziała jeszcze, że próbując uspokoić własny strach, popełniała kolejny błąd.
Bo prawda o bransoletce wcale nie zniknęła.
Tylko czekała.
I mogła wrócić w najmniej oczekiwanym momencie.