
Skoro nikt nas nie słyszy, załatwmy wreszcie te rachunki – proponuje Derya.
– Jakie rachunki? – pyta podejrzliwie Yonca.
– No te pieniądze, które wyciągniemy od Mukadder! Myślę, że powinnyśmy żądać po trochu, a z czasem powoli podnosić stawkę, żeby inflacja nas nie zjadła. Logiczne, prawda?
– Co ty wyprawiasz, Derya? Wynajmujemy jej mieszkanie czy co? – kpi Yonca.
– To przecież jak czynsz, długofalowy szantaż. Żeby się od razu nie wystraszyła i nie poszła na policję. Da trochę dla świętego spokoju i będzie po sprawie.
– Ja cię naprawdę czasem nie rozumiem – kręci głową Yonca. – Mukadder możemy przycisnąć najwyżej raz. Nie możemy ryzykować, że Nusret się o wszystkim dowie.
– Mówisz, że trzeba zażądać wszystkiego naraz? – dopytuje Derya. – Ile w takim razie chcemy?
– Dziesięć milionów – odpowiada bez wahania Yonca.
– Co?! Dziesięć milionów?! – Derya niemal krzyczy z wrażenia. – Dziewczyno, to przecież ogromna fortuna! Po pięć milionów dla każdej… Bardzo dobre pieniądze!
– Źle to liczysz! – przerywa jej oschle Yonca. – Nie po pięć. Ty dostaniesz trzy miliony, a siedem jest moje.
– Nie rób ze mnie wariatki! – oburza się Derya. – Czy ty myślisz, że oszukasz dorosłego człowieka?
– Gdyby nie moje dziecko, w ogóle byśmy tu teraz nie siedziały i nie rozmawiały! Należy mi się lwia część!
– Skoro ty jesteś matką tego dziecka, to ja jestem matką tego pomysłu! – krzyczy Derya. – Gdyby nie mój rozum, leżałabyś teraz w ziemi!
– Dziękuję, żyję dzięki tobie – odpowiada chłodno Yonca. – Ale zapłaciłam za to ogromną cenę i znam swoje prawa.
– Byłaś taka przeciwna szantażowi, nie mogłaś się do tego zmusić, a teraz zapach pieniędzy ci się spodobał? – szydzi Derya. – Mogę w tej chwili odwołać cały ten plan, ale nie dam ci tych siedmiu milionów!
– Cicho, nie drzyj się tak! – ucisza ją Yonca. – Znajdźmy kompromis. Ile chcesz?
– Tak jak rozmawiałyśmy – po równo, pół na pół.
– Nie ma mowy, to moje dziecko. Sześć do czterech, jeśli się zgadzasz.
– Dobrze, zgadzam się – ustępuje po chwili Derya. – Umowa stoi.