W dłoniach trzymał plik dokumentów, ale ściskał je tak mocno, jakby od tych kilku kartek zależało wszystko, co jeszcze pozostało mu w życiu. Jego zmęczona twarz była poorana zmarszczkami, a każde kolejne zdanie przychodziło mu z coraz większym trudem.
Hancer siedziała naprzeciwko w błękitnej marynarce i słuchała go z pełną uwagą.
Kilka metrów dalej, przy drugim biurku, pracował Cihan.
Przynajmniej próbował.
Co chwilę zerkał w ich stronę. Przewracał kartki i przeglądał dokumenty, ale coraz wyraźniej było widać, że przestał skupiać się na swojej pracy.
Starszy mężczyzna spuścił wzrok.
— Hasibe była przy mnie przez całe życie — zaczął cicho. — Nie tylko jako żona. Była moją najlepszą przyjaciółką.
Hancer nie przerywała.
— Mieliśmy córkę. Wychowaliśmy ją, potem wydaliśmy za mąż.
Na jego twarzy pojawił się na chwilę słaby uśmiech.
— Kiedy powiedziała nam, że zostaniemy dziadkami, myśleliśmy, że nie można już być szczęśliwszym.
Uśmiech zniknął.
Mężczyzna zacisnął palce na dokumentach.
— Wtedy wydarzył się wypadek.
Hancer spoważniała.
— Straciliśmy córkę.
Głos mężczyzny się załamał.
Przez chwilę nie potrafił mówić dalej.
— Hasibe nigdy się po tym nie podniosła. Leczyła się przez lata. Próbowaliśmy wszystkiego.
Otarł wilgotne oczy.
— Niedawno lekarz powiedział mi, że jej ciało nie wytrzyma już kolejnego leczenia.
Hancer poczuła ucisk w gardle.
— Powiedział, żebym zabrał ją do domu. Żeby ostatni czas spędziła spokojnie, wśród bliskich.
W gabinecie zrobiło się bardzo cicho.
Nawet Cihan przestał przewracać dokumenty.
Starszy mężczyzna spojrzał na Hancer.
— Kiedy byliśmy młodzi, mieliśmy jedno marzenie.
— Jakie? — zapytała łagodnie.
— Chcieliśmy mieć mały dom z ogrodem.
Na jego twarzy znów pojawiło się ciepło.
— Wyobrażaliśmy sobie, że nasza córka biega po trawie, a my siedzimy na werandzie i na nią patrzymy.
Zamilkł.
— Nigdy nam się nie udało.
Hancer spuściła wzrok.
Mężczyzna kontynuował:
— Teraz Hasibe odchodzi.
Po chwili dodał:
— I pomyślałem, że może chociaż raz, zanim zamknie oczy, mógłbym dać jej coś z życia, o którym razem marzyliśmy.
Hancer spojrzała na niego ze wzruszeniem.
— Dlatego przyszedł pan do fundacji?
Skinął głową.
— Słyszałem, że pomagacie ludziom w trudnych sytuacjach.
Zawahał się.
— Wiem, że moja prośba może zabrzmieć dziwnie.
— Proszę mówić.
Mężczyzna wziął głęboki oddech.
— Chciałbym zabrać Hasibe do domu z ogrodem.
Hancer patrzyła na niego bez słowa.
— Nie na zawsze. Choćby na dwa dni.
Głos znów mu zadrżał.
— Chciałbym jeszcze raz zobaczyć, jak się uśmiecha.
Opuścił głowę.
— Przez całe życie obiecywałem jej, że kiedyś taki dom będziemy mieli.
Po chwili dodał:
— Nie spełniłem tej obietnicy.
Hancer miała łzy w oczach.
— Niech pan tak nie mówi.
— To prawda, córko.
Spojrzał na nią.
— Jeśli fundacja mogłaby nam pomóc… nigdy bym tego nie zapomniał.
Szybko dodał:
— Nie proszę o darowiznę. Jeśli pożyję wystarczająco długo, będę pracował. Oddam wszystko.
Hancer pokręciła głową.
— Proszę teraz o tym nie myśleć.
Mężczyzna jednak mówił dalej:
— Wiem, że ludzie przychodzą tu po jedzenie, lekarstwa, ubrania. A ja proszę o dom.
Uśmiechnął się smutno.
— Jeśli uznasz, że to niemożliwe, zrozumiem.
Hancer przez chwilę milczała.
Starszy człowiek mógł pomyśleć, że się wahała.
Było zupełnie odwrotnie.
Hancer już podjęła decyzję.
Nie wiedziała tylko jeszcze, jak ją zrealizować.
— Nie zastanawiam się, czy panu pomóc — powiedziała.
Mężczyzna podniósł głowę.
— Zastanawiam się, jak zrobić to wystarczająco szybko.
W jego oczach pojawiła się nadzieja.
— Naprawdę?
— Nie obiecuję, że będzie łatwo.
Hancer uśmiechnęła się delikatnie.
— Ale znajdę jakieś rozwiązanie. Proszę zostawić dokumenty i numer telefonu. Zadzwonię, gdy tylko coś ustalę.
Starszy mężczyzna westchnął.
— Obyśmy zdążyli.
To jedno zdanie wystarczyło.
Cihan nagle odsunął krzesło.
Hancer spojrzała w jego stronę.
Mężczyzna wstał od biurka i podszedł do nich.
Starszy pan również spojrzał na niego zaskoczony.
Cihan położył mu dłoń na ramieniu.
— Nie będzie pan czekał.
Hancer uniosła brwi.
— Cihan?
On jednak patrzył na starszego mężczyznę.
— Spełnimy pańską prośbę.
Mężczyzna zamrugał, jakby nie zrozumiał.
— Synu…
— Jeszcze dzisiaj.
Hancer zamarła.
Cihan wskazał drzwi.
— Chodźmy. Nie mamy czasu do stracenia.
Cała trójka wyszła na korytarz.
Nieopodal stał Yiğit.
Cihan natychmiast go przywołał.
— Yiğit.
— Tak, panie Cihanie?
— Zabierzesz tego pana do samochodu.
Starszy mężczyzna słuchał ze zdumieniem.
— Potem pojedziecie po jego żonę.
Cihan mówił rzeczowo, jakby sprawa była już całkowicie rozwiązana.
— Kupicie wszystko, czego będą potrzebowali. Jedzenie, lekarstwa, ubrania. Cokolwiek okaże się konieczne.
Yiğit skinął głową.
— Oczywiście.
— Potem zawieziesz ich pod adres, który ci podam.
Starszy mężczyzna spojrzał na Cihana ze łzami w oczach.
— Synu…
Chwycił jego dłoń obiema rękami.
— Nie wiem nawet, jak ci podziękować.
Cihan lekko ścisnął jego rękę.
— Nie musi pan dziękować.
— Niech Bóg cię błogosławi.
— Pana również.
Cihan uśmiechnął się delikatnie.
— A teraz proszę jechać po ciocię Hasibe. Nie powinna już dłużej czekać.
Yiğit ruszył ze starszym mężczyzną w stronę wyjścia.
Hancer przez cały czas patrzyła na Cihana.
Gdy zostali sami, w końcu zapytała:
— Dokąd ich wysyłasz?
Cihan zerknął na nią.
— Tam, gdzie powinni byli znaleźć się już wiele lat temu.
— Czyli?
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Do domu z ogrodem.
Hancer zamilkła.
Przez chwilę tylko na niego patrzyła.
Właśnie zobaczyła człowieka, którego znała kiedyś.
Cihana, który pod twardą powierzchnią potrafił dostrzec cudze cierpienie i bez wielkich słów po prostu działał.
— Nie wiedziałam, że wszystko słyszałeś — powiedziała.
— Trudno było nie słyszeć.
Hancer uśmiechnęła się delikatnie.
Wrócili razem do gabinetu.
Nic więcej nie musieli mówić.
Ale atmosfera między nimi uległa zmianie.
Jeszcze wcześniej dzieliły ich żal, sekrety i nieufność.
Teraz pojawiło się coś znacznie cieplejszego.
Jakby pomoc okazana dwojgu obcym ludziom przypomniała im również o tym, co kiedyś połączyło ich samych.