
Nazli właśnie kończy zmieniać kroplówkę, gdy Nana zaczyna się poruszać. Otwiera oczy, jeszcze zdezorientowana, ale przytomna.
– Na razie wszystko wygląda dobrze – mówi z uśmiechem pielęgniarka. – Czujesz się lepiej, prawda?
– Nic mi nie jest – odpowiada słabo Nana, przecierając oczy. – Ale… znowu zasnęłam. Pamiętam tylko, że przyjechała twoja bratowa… a potem już tylko ciemność.
– Spałaś głęboko – odzywa się Poyraz, stojący obok łóżka.
– A ty w ogóle nie spałeś – zauważa Nazli z troską. – Całą noc byłeś na nogach. Idź już, odpocznij. Ja tu zostanę.
– Nie mogę. Jeszcze mi ucieknie – żartuje Poyraz, próbując rozładować atmosferę. – Muszę mieć ją na oku.
– Ucieknę? – Nana uśmiecha się słabo. – Nie mam nawet siły podnieść ręki.
Nazli rzuca im ciepłe spojrzenie i opuszcza salę.
– Co tak patrzysz? – zagaduje Poyraz, zauważając spojrzenie Nany. – Znowu skupiasz na mnie te swoje wielkie oczy.
– Bo już wszystko wiem – mówi cicho Nana.
Na twarzy Poyraza pojawia się cień niepokoju.
– Co masz na myśli? – pyta ostrożnie.
– Lekarz mi powiedział. Gdyby nie ty, nie przeżyłabym. To ty zdobyłeś antidotum.
– Prawda jest taka, że gdybyś nie zaryzykowała i nie walczyła z tym człowiekiem z taką siłą… nic bym nie mógł zrobić – mówi, pochylając się nad nią. – Jesteś wojowniczką. Mówię to zupełnie serio.
– Kiedy boisz się o kogoś, kogo kochasz… pojawia się siła, o jakiej wcześniej nie miałeś pojęcia – mówi Nana, a jej głos lekko drży. – Wiesz? Słyszałam cię. Siedziałeś tu, mówiłeś do mnie.
Poyraz zamiera. W głowie natychmiast pojawiają się obrazy z tamtej nocy – jak trzymał jej dłoń, jak szeptał coś przy jej uchu, przekonany, że nie usłyszy… że nie zapamięta…
– Słyszałaś mnie? – pyta z napięciem.
– Tak. Mówiłeś o miłości… – robi krótką pauzę, a jego serce przestaje na moment bić. – Mówiłeś o mojej miłości do Yusufa, prawda?
Poyraz oddycha z ulgą. A więc nie wszystko do niej dotarło. Nie to, co najważniejsze.
– Trochę pamiętam – kontynuuje Nana. – Mówiłeś, że jestem mu potrzebna. Że muszę żyć… dla niego.
– Bo to była prawda – potwierdza Poyraz spokojnym tonem. – Wiedziałem, że tylko myśl o Yusufie może cię przywrócić. Idę po coś do picia, wrócę za chwilę.
Wychodzi z sali. Na korytarzu czeka Mert, któremu bez słowa zabiera butelkę wody i wypija jednym haustem.
– Co się stało? – pyta zdziwiony przyjaciel.
– Prawie dostałem zawału – sapie Poyraz. – Myślałem, że słyszała wszystko. Na szczęście… tylko połowę.
Nie usłyszała tego, jak powiedział, że ją kocha.
Choć Nana nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w trakcie porwania, Cansel nie może zaznać spokoju. Doskonale wie, że kilkakrotnie kontaktowała się z Trucizną ze swojego prywatnego numeru. Śledczy bez trudu to odkryją – i wtedy wszystko się posypie.
– Nie mam wyboru… muszę zniknąć – szepcze do siebie, wyciągając z szafy torbę podróżną. Ręce lekko jej drżą. – Powiem, że idę do salonu, a potem po prostu odejdę. Zniknę stąd raz na zawsze.
Schodzi cicho po schodach, stąpając ostrożnie, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Gdy już ma rękę na klamce i jest o krok od wyjścia, za plecami rozlega się znajomy, przeszywający głos:
– Cansel? Co to za torba? Dokąd się wybierasz?
Cansel odwraca się gwałtownie. W progu salonu stoi Cennet z podejrzliwym spojrzeniem i skrzyżowanymi ramionami.
– Idę do salonu… do pracy – odpowiada, próbując brzmieć naturalnie. – Wszystko się już jakoś ułożyło, więc pomyślałam, że wrócę do obowiązków. Zabrałam tylko kilka rzeczy.
– Nie ma mowy – ucina Cennet, robiąc krok w jej stronę. – Jak możesz tak po prostu wrócić do pracy po tym wszystkim? Usiądź. Odpoczniesz, nabierzesz sił, a dopiero potem będziesz myśleć o salonie. Mam na względzie nie tylko ciebie, ale też mojego wnuka.
Zanim Cansel zdąży cokolwiek odpowiedzieć, w domu rozlega się dzwonek do drzwi. Cennet rzuca jej ostatnie, pełne podejrzeń spojrzenie, po czym rusza otworzyć.
– Zapraszam, panie Rustemie – mówi zaskoczona gospodyni, wpuszczając do środka dzielnicowego. Gdy tylko Cansel słyszy jego imię, w środku robi jej się zimno. Krew odpływa z twarzy. Czy to możliwe, że przyszedł właśnie po nią?
Rustem staje w korytarzu z lekkim uśmiechem.
– Mam dobre wieści – oznajmia. – Dzięki działaniom Poyraza udało się rozbić siatkę Trucizny.
– Aresztowano wszystkich? – pyta Cansel, starając się brzmieć naturalnie. Choć w środku tli się cień nadziei, że jej nazwisko nie padło wśród podejrzanych.
– Niestety, wiele numerów było jednorazowych. Nie dało się ich wyśledzić – odpowiada policjant. – Ale cała jego organizacja została rozbita.