
— Nie przychodź teraz — powstrzymała ją Derya. — Twój brat może wrócić w każdej chwili, a wtedy nie będziemy mogły spokojnie porozmawiać. Przyjdź jutro.
— Powiedz mi chociaż, o co chodzi. Nie zostawiaj mnie w takiej niepewności.
— To bardzo ważna sprawa. Jutro rano Cemil odprowadzi Emira do szkoły. Przyjdź wtedy, porozmawiamy. Muszę kończyć, pa!
Rozłączyła się, celowo zostawiając Hancer w niepokoju.
Nazajutrz rano Hancer zjawiła się w domu bratowej. Przyszła pełna obaw, przekonana, że wydarzyło się coś poważnego. Weszła do skromnego pokoju o błękitnych ścianach, z piecykiem stojącym przy ścianie, szarą kanapą pod oknem i prostymi zasłonami w kwiatowy wzór. Derya siedziała na sofie w różowej bluzce, czarnej spódnicy w drobne białe kwiaty i zielonych kapciach. Uśmiechała się z pozorną serdecznością, ale w jej spojrzeniu kryła się kalkulacja.
Hancer usiadła obok niej. Miała na sobie ciemny płaszcz i bordową spódnicę, a na twarzy wyraźne napięcie.
— Chcę otworzyć salon, ale znasz naszą sytuację, Hancer — zaczęła Derya.
— Jaki salon? O czym ty mówisz?
— Salon fryzjerski. Próbowałam namówić Cemila, żebyśmy wzięli kredyt, ale on się nie zgadza. Tylko ty możesz mi pomóc. Jesteś przecież prezeską fundacji. Pomagasz obcym ludziom, więc pomyślałam, że równie dobrze możesz pomóc własnej bratowej.
Hancer spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— I to jest ten twój wielki problem? Całą noc nie mogłam spać, odchodziłam od zmysłów ze strachu.
— No tak, bo ty żyjesz wygodnie — odparła Derya z wyrzutem. — Masz dom, udziały i męża, który dobrze zarabia. Pomóż mi trochę, żebym i ja mogła stanąć na nogi.
— Dobrze, bratowo, ale…
— Nie mów „dobrze” takim tonem — przerwała jej Derya. — Ja też chcę stanąć na własnych nogach i zacząć zarabiać. Twój brat jeden dzień pracuje, a potem przez dziesięć dni leży chory w łóżku. Podobno twoja fundacja pomaga kobietom w potrzebie. Pomóż mi, żebym i ja mogła poczuć się szczęśliwa. Proszę cię, Hancer. Raz na sto lat proszę cię o coś dla siebie. Chyba możesz coś dla mnie zrobić. Jesteś przecież prezeską.
— Bratowo, to tak nie działa…
— Hancer, odkąd odeszłaś z tego domu, nie ma z ciebie żadnej korzyści. Przynajmniej w tej jednej sprawie mnie nie odrzucaj.
Hancer zacisnęła dłonie na kolanach. Próbowała zachować spokój, choć słowa Deryi wyraźnie ją zabolały.
— Myślisz, że nie zrobiłabym tego, gdybym mogła? Ale odpowiadam przed innymi ludźmi. Jeśli pomogę komuś z własnej rodziny, może to zostać źle zrozumiane.
— A czy krewny nie może być osobą potrzebującą?
— Bratowo, proszę cię… Mam tysiąc innych problemów. Beyza wyprowadziła się i zabrała dziecko. Chce rozwieść się z Cihanem. Jakby tego było mało, Cihan obwinia mnie o wszystko.
Twarz Deryi stężała. W jednej chwili zniknęła z niej udawana łagodność.
— Mam już tego dość! — wybuchła. — Nie zadzwoniłam do ciebie po to, żeby słuchać twoich żalów. Myślałam, że mi pomożesz, ale ty najwyraźniej pomagasz tylko obcym ludziom!
Hancer spuściła wzrok. Była zmęczona, przybita i przytłoczona, ale nie chciała całkowicie odmawiać.
— Dobrze, bratowo. Porozmawiam z Enginem. Niech on oceni tę sytuację od strony prawnej.
Derya natychmiast się uspokoiła. Na jej ustach pojawił się cień zwycięskiego uśmiechu.
— Czekam na dobre wieści — zaznaczyła, zanim Hancer opuściła dom.
Idąc przez dzielnicę, Hancer nagle zwolniła kroku. Po drugiej stronie ulicy dostrzegła Yoncę stojącą przed salonem fryzjerskim. Nad wejściem wisiał szyld „Gurur Bayan Kuaförü”, a przy witrynie ustawiono białe ławki i stolik. Między donicami z roślinami krzątała się pracownica w beżowym fartuchu, przecierając szklaną powierzchnię niebieską ściereczką, podczas gdy Yonca instruowała ją z miną osoby, która od dawna zarządzała tym miejscem.
Hancer zatrzymała się z niedowierzaniem.
— Czy to jej salon? — zapytała samą siebie. — Skąd wzięła na niego pieniądze?

Yonca zauważyła ją, uśmiechnęła się szeroko i pomachała ręką. Po chwili podeszła bliżej.
— To twój salon? — zapytała Hancer, nie kryjąc zdziwienia.
— Tak, mój — odparła Yonca z dumą. — A ty co tu robisz?
— Byłam u mojego brata. Mieszka niedaleko. Właśnie od niego wracam.
— Rozumiem. Wejdź do środka, proszę. Skoro już się spotkałyśmy, porozmawiajmy chwilę.
Weszły do salonu. W środku panował zapach kosmetyków i świeżo przetartej podłogi. Przy ścianie stała kanapa, obok niej niski stolik, a dalej stanowiska fryzjerskie, lustra i półki z produktami. Yonca wskazała Hancer miejsce, po czym usiadła naprzeciwko niej.
— Hancer, nie miałyśmy okazji porozmawiać po tamtym incydencie — zaczęła ostrożnie. — Uwierz mi, całkowicie straciłam nad sobą kontrolę. Nawet nie pamiętam, jak tam trafiłam. Przeze mnie wybuchł chaos. Postawiłam cię w bardzo niezręcznej sytuacji. Proszę, wybacz mi.
Hancer przyjrzała jej się uważnie.
— Szybko się otrząsnęłaś — zauważyła.
Yonca spuściła wzrok, jakby zawstydzona, choć w jej głosie pobrzmiewała przygotowana wcześniej odpowiedź.
— To dzięki pani Mukadder. Zrobiło jej się mnie żal. Skoro jej wnuk wrócił do domu cały i zdrowy, dała mi trochę pieniędzy z wdzięczności. Pomogła mi się pozbierać i jak najszybciej stanąć na nogi.
— Czyli pani Mukadder ci pomogła — powtórzyła Hancer. — W takim razie zapewne wiesz, co się wydarzyło.
Yonca uniosła brwi.
— Nie. Co się stało?
— Beyza zabrała dziecko i opuściła dom.
Twarz Yoncy na moment stężała, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.
— Nie wiedziałam.
— Nie jesteś blisko związana z panią Mukadder? Myślałam, że ci powiedziała.
— Nic mi nie mówiła. Poza tym na pewno nie będzie opowiadać mi o wszystkim, co dzieje się w rezydencji.
W tej chwili do salonu zajrzał łysiejący mężczyzna w średnim wieku.
— Pani Yonco, materiały przyszły — oznajmił.
Yonca natychmiast wstała.
— Przepraszam cię na chwilę — zwróciła się do Hancer i wyszła przed lokal.
Hancer została sama. Jej spojrzenie przesunęło się po wnętrzu salonu, aż w końcu zatrzymało się na telefonie leżącym na stoliku. Po chwili ekran się rozświetlił. Urządzenie zaczęło dzwonić, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Beyzy.
Hancer zamarła. Widok tego połączenia natychmiast wzbudził jej podejrzenia. Gdy jednak Yonca wróciła do środka, Hancer nie zdradziła po sobie ani cienia zaskoczenia. Zachowała spokojną twarz, choć w jej głowie zaczęły układać się kolejne pytania.
Cihan siedział na brzegu łóżka w dziecięcym pokoju. Wpatrywał się w puste, białe łóżeczko z delikatnym baldachimem, jakby sama obecność tych rzeczy mogła przywołać syna z powrotem. W dłoni ściskał telefon. Jego twarz była napięta, a spojrzenie twarde, choć pod gniewem krył się strach, którego nie potrafił już ukryć.
Wtedy nadeszła wiadomość od Beyzy:
„Nie jestem tak bezduszna, jak myślisz. Spotkajmy się w parku obok wybrzeża”.
Nie zwlekał ani chwili. Wsiadł do samochodu i pojechał pod wskazany adres. Lokalizacja, którą przesłała mu żona, zaprowadziła go w okolice placu targowego, tuż obok parku. Ulica była niemal pusta. Cihan rozejrzał się nerwowo, zaciskając palce na telefonie. Nigdzie nie widział ani Beyzy, ani dziecka.
Nagle jego wzrok padł na wózek dziecięcy, który samotnie zjeżdżał ze stromej uliczki wprost w stronę skrzyżowania.
Serce podeszło mu do gardła.
— Synu! — krzyknął i rzucił się biegiem przed siebie. — Synu!
Był jednak zbyt daleko. Wózek nabierał prędkości, a z poprzecznej drogi wyjechał biały van. Chwilę później pojazd uderzył w wózek, przewracając go na bok.
Cihan biegł, jakby walczył o każdy oddech. Kierowca wysiadł z auta blady jak ściana i razem z nim dopadł do przewróconego wózka. Obaj zajrzeli do środka.
Wózek był pusty.
Leżał w nim tylko błękitny kocyk.
Ulga uderzyła w Cihana z taką siłą, że na moment zabrakło mu tchu. Podniósł kocyk drżącymi dłońmi i przycisnął go do siebie, ale zaraz potem w jego oczach pojawiła się furia. Zrozumiał, że cała scena została starannie zaplanowana.
Kilkanaście metrów dalej, ukryta za rogiem pobliskiego budynku, Beyza obserwowała wszystko z chłodnym zadowoleniem. Trzymała Cihana Gurura na rękach i uśmiechała się lekko.
— Twój tata bardzo cię kocha — szepnęła do dziecka. — Widziałeś, jak się przestraszył? Biedaczysko… Ale ta miłość sprawi mu ból. Straszny ból. Na razie tylko trochę go zdezorientowaliśmy.
Cihan podniósł głowę i rozejrzał się gwałtownie.
— Beyza! — krzyknął. — Beyza!
Rzucił się w stronę bocznych uliczek, zaglądał za budynki, biegł między zaparkowanymi samochodami, ale nigdzie jej nie było. Beyza zdążyła się ukryć, a potem spokojnie wsiadła z dzieckiem do taksówki.
Usiadła na tylnej kanapie, poprawiła kocyk wokół chłopca i spojrzała na telefon, który właśnie zaczął dzwonić.
— Twój tata prawie nas złapał — powiedziała z rozbawieniem. — Oto i on. Co zrobimy? Odbierzemy czy jeszcze trochę go potorturujemy? Kto wie, co przeszło mu przez głowę…
Przez chwilę patrzyła na ekran, po czym odebrała połączenie.
— Co ty próbujesz zrobić?! — warknął Cihan.
— Nic — odparła spokojnie. — Czy to nie ty mówiłeś, że tęsknisz za synem? Wysłałam ci więc jego wózek i kocyk.
— Jesteś chora, rozumiesz? Chora! Zabiorę mojego syna. Uratuję go z twoich rąk!
Beyza zaśmiała się cicho.
— Nic nie możesz zrobić. Możesz tylko poczuć jego zapach na kocyku. Jeśli będziesz go dobrze przechowywał, może utrzyma się trochę dłużej. To maksimum, na jakie cię teraz stać.
Rozłączyła się, zostawiając Cihana na środku ulicy z kocykiem w dłoniach i gniewem, który coraz mocniej wypierał strach.
Hancer ukryła się przed domem Yoncy. Przycupnęła za zieloną metalową furtką, tuż przy zarośniętym zboczu prowadzącym do starego domu. Osłaniały ją suche gałęzie, splątane krzewy i dzikie pnącza porastające niski mur. Nad nią wznosiły się nierówne, omszałe schodki i zaniedbany ogród, a dalej stara zabudowa z białym płotkiem i nagimi drzewami. To odludne, nieco ponure miejsce dawało jej dobrą kryjówkę. Mogła widzieć drogę, sama pozostając niemal niewidoczna.
Czekała cierpliwie, nie spuszczając wzroku z podjazdu. Wreszcie dostrzegła osobę, na którą wypatrywała. Beyza szła w stronę domu, niosąc na rękach Cihana Gurura owiniętego jasnym, puszystym kocykiem. Rozejrzała się krótko, podeszła do drzwi, otworzyła je własnym kluczem i weszła do środka.
Hancer ostrożnie wychyliła się zza zarośli. Na jej twarzy pojawił się cień satysfakcji.

— Tak jak przypuszczałam — szepnęła do siebie. — Znalazłam was.
Poprawiła torebkę na ramieniu, wyprostowała się i ruszyła drogą zdecydowanym krokiem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 164.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.