

Cihan w sieci kłamstw. Manipulacja z bucikami i mroczne ostrzeżenie dla śpiącej Hanser.
Wyobraźcie sobie dom, w którym powietrze jest tak gęste od tajemnic, że można by je kroić nożem. W tym niezwykle emocjonującym odcinku zobaczycie prawdziwe trzęsienie ziemi. Będziemy świadkami dramatycznego załamania nerwowego ciężarnej Beyzy. Rozbite szkło, krew na dłoniach i desperacki telefon do ojca to zaledwie początek lawiny, która wkrótce runie na rodzinę Develioglu. Despotyczna Mukadder zaczyna tracić grunt pod nogami, a jej toksyczne rządy wywołują bunt nawet wśród służby. Zobaczycie również tajne spotkania nad brzegiem Bosforu i ukryte sojusze, które w ciszy knują upadek Cihana. Ale to, co absolutnie wciśnie was w fotel, rozegra się pod osłoną nocy. Kiedy zmęczony ciągłymi dramatami Cihan szuka odrobiny czułości i ukojenia w ramionach swojej ukochanej Hanser. Intryga nie śpi. Zimna, wykalkulowana manipulacja Beyzy, która wykorzystuje do swoich celów dziecięce buciki, zmusi Cihana do wybuchu gniewu, jakiego dawno nie widzieliśmy. Jednak najgorsze ma dopiero nadejść. Gdy uwaga wszystkich skupiona jest na głośnej kłótni, w cieniu korytarzy czai się ktoś jeszcze. Ktoś, kto z zapartym tchem chłonie każdą tajemnicę, by chwilę później po cichu wślizgnąć się do sypialni śpiącej Hanser. Dziewczyna obudzi się w zupełnie nowej, przerażającej rzeczywistości, a na jej poduszce będzie czekać złowieszcza wiadomość. Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Kto pociąga za sznurki w tej niebezpiecznej grze? Czy zdoła ochronić Hanser przed nadciągającą burzą? Przekonajcie się sami i zanurzcie się w opowieści, od której nie ma już odwrotu. Zaczynamy.
Odcinek zaczyna się w miejscu, gdzie cisza zwykle oznaczała władzę, kontrolę i decyzje podejmowane za zamkniętymi drzwiami. W biurze Cihana powietrze było ciężkie, jakby zatrzymało się między ścianami obitymi ciemnym drewnem, między półkami pełnymi dokumentów i szklanym blatem biurka, na którym leżał telefon, kilka teczek oraz filiżanka kawy, której nikt już nie zamierzał dopić. Derya stała naprzeciwko niego, nie siadając, choć Cihan kilka minut wcześniej wskazał jej miejsce. Nie przyszła tu po uprzejmą rozmowę. Nie przyszła prosić. Jej oczy płonęły gniewem, ale nie był to gniew ślepy. Był precyzyjny, uporządkowany, zbudowany z wielu dni milczenia, obserwacji i upokorzeń, które teraz wreszcie znalazły ujście. Cihan siedział za biurkiem z rękami splecionymi przed sobą. Wyglądał na człowieka, który przez całą noc dźwigał na plecach coś znacznie cięższego niż sprawy rodzinne. Odkąd Derya zaczęła mówić, nie przerwał jej ani razu. Czasami tylko uniosła wzrok, czasami zaciskała szczękę, czasami przesuwał dłonią po brodzie, jakby próbował powstrzymać myśli, które rozbiegały się w zbyt wielu kierunkach naraz.
– Nie możesz dłużej udawać, że tego nie widzisz – powiedziała Derya stanowczo. – W tym domu wszyscy coś udają. Mukadder udaje, że kontroluje sytuację. Beyza udaje bezbronną. Ty udajesz, że zachowujesz spokój, bo tak wypada głowie rodziny. A Hanser, Hanser udaje, że jeszcze daje radę. Na imię Hanser twarz Cihana drgnęła. To było krótkie, prawie niezauważalne, ale Derya to dostrzegła i właśnie dlatego zrobiła krok bliżej. – Widzisz? – rzuciła cicho. – Wystarczy wypowiedzieć jej imię, a ty już nie jesteś tym samym człowiekiem. Więc powiedz mi, Cihan, ile jeszcze będziesz pozwalał, żeby ona cierpiała pod twoim dachem? Cihan odezwał się wreszcie niskim, zmęczonym głosem. – Nie wszystko jest takie proste, jak ci się wydaje. – Nie – zaśmiała się gorzko. – Oczywiście, że nie. W waszym świecie nic nigdy nie jest proste. Zawsze jest jakiś honor, jakaś odpowiedzialność, jakiś majątek, jakieś nazwisko, jakaś kobieta w ciąży, której nikt nie może urazić, nawet jeśli ona rani wszystkich dookoła. Ale zapytam cię inaczej: czy cierpienie Hanser też jest skomplikowane? Czy jej łzy też trzeba przeanalizować w pięciu teczkach prawnych, zanim uznasz, że są prawdziwe? Cihan opuścił wzrok. Jej słowa trafiały celnie, zbyt celnie. Wiedział, że Derya bywała gwałtowna, czasem niesprawiedliwa, ale dziś nie mówiła tylko jako szwagierka Hanser. Mówiła jak kobieta, która widziała za dużo, by dalej milczeć. – Nie masz pojęcia, ile rzeczy próbuję utrzymać naraz – powiedział cicho. – Gdyby to dotyczyło tylko mnie… – Ale nie dotyczy tylko ciebie – przerwała mu. – Właśnie o tym mówię. Twoje milczenie krzywdzi ludzi, których podobno chcesz chronić. Hanser kocha cię bardziej, niż sama chce się do tego przyznać. A ty, ty stoisz między nią a tym chaosem. Ale zamiast odsunąć chaos, każesz jej w nim oddychać. Cihan podniósł głowę. – Myślisz, że nie wiem? – Myślę, że wiesz. I właśnie dlatego jestem wściekła, bo gdybyś był ślepy, można by ci wybaczyć. Ale ty widzisz wszystko. Widzisz, co robi Mukadder. Widzisz jak Beyza gra swoją rolę. Widzisz jak Hanser gaśnie. I mimo to wciąż czekasz. – Na co według ciebie czekam? Derya nachyliła się nad biurkiem. – Na cud. Na to, że prawda sama wejdzie do tego domu i usiądzie przy stole. Na to, że Beyza się pomyli, Mukadder się cofnie, a Hanser wybaczy ci bez słowa wszystko, co musiała przełknąć. Ale prawda nie przychodzi sama, Cihan. Prawdę trzeba wyciągnąć za gardło. W biurze zapadła cisza. Cihan odchylił się na krześle i zamknął na moment oczy. Derya widziała, że walczy z czymś w sobie. Nie z nią, nie z argumentami, lecz z decyzją, którą odkładał zbyt długo.
Tymczasem daleko od tego biura, w luksusowej rezydencji, gdzie marmurowe posadzki odbijały światło dnia, a ciężkie zasłony łagodziły ostrość słońca, rozgrywał się dramat zupełnie innego rodzaju. Beyza była sama w swojej sypialni. Jeszcze niedawno jej pokój przypominał bezpieczne schronienie kobiety, której wszyscy muszą ustępować. Miękkie tkaniny, wielkie łóżko, eleganckie lustro, kwiaty w wazonie, delikatny zapach perfum unoszący się w powietrzu. Ale tego dnia wszystko wydawało się obce. Zbyt jasne, zbyt ciche, zbyt uporządkowane. Beyza chodziła po pokoju nerwowo, ściskając dłonie na brzuchu. Jej oddech był płytki, nierówny. Raz podchodziła do lustra, raz odwracała się od własnego odbicia, jakby nie mogła znieść widoku kobiety, którą się stała. – Nie – wyszeptała. – Nie pozwolę im… nie pozwolę, żeby wszystko mi odebrali. Jej głos drżał, ale pod tym drżeniem czaiła się rozpacz, która powoli traciła kontrolę nad rozsądkiem. Czuła, że ziemia usuwa się spod jej stóp. Cihan coraz częściej patrzył na nią bez cienia dawnej pobłażliwości. Hanser milczała, ale jej milczenie stawało się niebezpieczne. Mukadder chciała rządzić wszystkim, nawet jej lękiem. A Nusret, ojciec, był jedyną osobą, do której mogła jeszcze zadzwonić, gdy cały świat zaczynał się rozpadać.
Beyza nagle chwyciła stojący na komodzie szklany wazon. Przez sekundę patrzyła na niego pustym wzrokiem, jakby nie rozumiała, co trzyma w dłoniach. Potem z krzykiem cisnęła nim o podłogę. Trzask rozbitego szkła przeszył ciszę całej rezydencji. Odłamki rozsypały się po marmurze jak lodowate iskry. Beyza cofnęła się, zachwiała, a potem upadła na kolana prosto w potłuczone szkło. Ostry ból przeciął jej dłonie, ale nawet nie krzyknęła od razu. Dopiero gdy zobaczyła krew, jej twarz wykrzywił strach. – Nie, nie! – zaczęła szeptać, unosząc poranione ręce. – Tato! Z drżeniem sięgnęła po telefon. Palce ślizgały się po ekranie. Krew zostawiła czerwony ślad na obudowie. Gdy połączenie zostało odebrane, Beyza nie potrafiła wypowiedzieć pełnego zdania. – Tato, przyjedź, proszę. Ja nie mogę… Ja już nie mogę. Nusret, który chwilę wcześniej siedział w samochodzie, przeglądając jakieś dokumenty, zastygł. – Beyza, córko, co się stało? Gdzie jesteś? W domu, w pokoju? Oni wszyscy…? – Ja… – Jej głos załamał się w szlochu. Nusret nie potrzebował więcej. W jego oczach natychmiast pojawił się strach ojca, który słyszy w głosie dziecka coś, czego nie da się pomylić z kaprysem. To była prawdziwa rozpacz. – Nie ruszaj się. Słyszysz mnie? Zaraz będę. Beyza, oddychaj. Już jadę. Nie czekał na odpowiedź. Rzucił telefon na siedzenie obok, odpalił silnik i z piskiem opon ruszył w stronę rezydencji. Niebieski samochód przeciął ulicę jak strzała. Nusret nie myślał o przepisach, nie myślał o dumie, nie myślał nawet o Cihanie. W głowie miał tylko jedno: jego córka krwawiła, płakała i błagała, by przyjechał.
W rezydencji pierwsza do pokoju wbiegła Sinem. Za nią pojawiła się Hanser, blada jak ściana, z dłonią przy ustach. Mukadder przyszła chwilę później, poruszona hałasem, ale gdy zobaczyła Beyzę na podłodze, jej twarz bardziej stężała z gniewu niż ze współczucia. – Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła od progu. – Czy ty oszalałaś?! Sinem klęknęła przy Beyzie i próbowała unieść ją ostrożnie, omijając szkło. – Beyza, spokojnie, pokaż ręce. Proszę, nie ruszaj się tak gwałtownie. – Zostawcie mnie! – szlochała Beyza. – Wszyscy mnie zostawcie! Hanser zrobiła krok do przodu, ale zatrzymała się. Widok krwi na dłoniach Beyzy uderzył ją mocniej, niż się spodziewała. Między nimi było tyle bólu, tyle zazdrości, tyle niedopowiedzeń. A jednak w tej chwili Hanser widziała nie rywalkę, lecz kobietę na skraju załamania. – Trzeba zadzwonić po lekarza – powiedziała cicho. – Lekarza? – Mukadder odwróciła się ku niej ostro. – Najpierw trzeba zrozumieć, co ta dziewczyna próbuje osiągnąć. Sinem spojrzała na nią z niedowierzaniem. – Mamo, ona jest ranna. – Wiem, co widzę – syknęła Mukadder. – I wiem też, że w tym domu każdy gest ma znaczenie. Beyza rozpłakała się jeszcze mocniej, a wtedy z dołu dobiegł odgłos gwałtownie otwieranych drzwi. Nusret wpadł do rezydencji jak człowiek, który nie zamierza nikogo pytać o pozwolenie. Minął zaskoczonego pracownika, nawet na niego nie patrząc, i niemal wbiegł po schodach. Gdy dotarł do sypialni, przez sekundę stał w progu, jakby obraz córki siedzącej wśród szkła i krwi odebrał mu oddech. Dopadł do niej i klęknął, nie zważając na odłamki. Objął ją mocno, a ona natychmiast wtuliła twarz w jego ramię, jak małe dziecko, które odnalazło jedyne bezpieczne miejsce na świecie. – Tato, zabierz mnie stąd. Te słowa sprawiły, że twarz Nusreta pociemniała. – Zabiorę. Natychmiast. Mukadder prychnęła. – Oczywiście. Najpierw robi przedstawienie, a potem ty wpadasz tutaj jak wybawca. Nusret podniósł wzrok. W jego spojrzeniu było coś tak zimnego, że nawet Mukadder na moment zamilkła. – Jeszcze jedno słowo – powiedział powoli – a zapomnę, że jesteśmy pod twoim dachem. – Pod moim dachem obowiązują moje zasady. – Nie wtedy, kiedy moja córka krwawi na podłodze. Mukadder zacisnęła usta, ale Nusret już jej nie słuchał. Pomógł Beyzie wstać, podtrzymując ją tak ostrożnie, jakby niósł coś kruchego. Sinem podała ręcznik, Hanser odsunęła z drogi rozbite szkło stopą, a Fadime, która pojawiła się z opatrunkami, stała przerażona przy drzwiach. – Pojedziemy do lekarza – powiedział Nusret łagodniej do córki. – Wszystko sprawdzimy. Ręce, dziecko, wszystko. Oddychaj, moja dziewczynko. – Nie chcę tu wracać – wyszeptała Beyza. Nusret nie odpowiedział od razu. Spojrzał tylko w stronę Mukadder, a potem powiedział: – Zobaczymy, zobaczymy. Zabrzmiało jak groźba. Gdy wyprowadzał Beyzę z pokoju, Mukadder ruszyła za nimi, nie mogąc powstrzymać języka. – Niech pan nie zapomina, Nusrecie, że ona nosi dziecko tej rodziny. Nusret zatrzymał się na schodach. – Dziecko, rodzina… piękne słowa. Szkoda, że używacie ich tylko wtedy, kiedy chcecie kogoś zatrzymać na łańcuchu. – Uważaj, co mówisz. – To ty uważaj, co robisz – odparł ostro. – Bo jeśli moja córka jeszcze raz doprowadzi się tutaj do takiego stanu, nie będę pytał nikogo o zdanie.
Na zewnątrz słońce oślepiało po mroku rezydencji. Nusret otworzył tylne drzwi samochodu i pomógł Beyzie usiąść. Kobieta płakała cicho, przyciskając ręcznik do dłoni. Mukadder stanęła na schodach z twarzą pełną urażonej dumy. – Ucieczka niczego nie rozwiąże! – zawołała. Nusret zamknął drzwi samochodu, spojrzał na nią ostatni raz i odparł: – Czasem trzeba najpierw uciec z ognia, żeby zobaczyć, kto go podpalił. Potem wsiadł i odjechał, zostawiając za sobą Hanser i Sinem, które stały obok siebie w milczeniu. Hanser czuła dziwny ścisk w gardle. Ta rezydencja coraz mniej przypominała dom, a coraz bardziej miejsce, w którym każdy krzyk odbijał się od ścian i wracał mocniejszy.
W biurze Cihana rozmowa z Deryą trwała nadal. Gdy telefon Deryi zawibrował, kobieta spojrzała na ekran i zmarszczyła brwi. Przez chwilę wahała się, czy odebrać, ale zamiast tego odwróciła telefon ekranem do dołu. – Widzisz – powiedziała – nawet kiedy próbujemy rozmawiać rozsądnie, tam wszystko płonie. Cihan wyprostował się. – Co się stało? – Jeszcze nie wiem, ale wiem, że długo tak nie pociągniecie. Ty, Hanser, Beyza, twoja matka… wszyscy jesteście zamknięci w jednym domu i każdy udaje, że to da się przetrwać siłą charakteru. Cihan sięgnął po telefon, ale Derya uniosła rękę. – Nie, najpierw mnie wysłuchaj. Bo kiedy wrócisz do tej rezydencji, znów zostaniesz wciągnięty w czyjś krzyk, czyjąś histerię, czyjeś oskarżenia. A ja chcę, żebyś choć raz zabrał ze sobą nie tylko obowiązek, ale decyzję. – Jaką decyzję? – Że nie pozwolisz już nikomu niszczyć Hanser, nawet jeśli tą osobą jest twoja matka. Nawet jeśli jest nią kobieta, która nosi dziecko, za które czujesz się odpowiedzialny. Nawet jeśli tą osobą czasami jesteś ty sam. To ostatnie zdanie uderzyło go najmocniej. Cihan odwrócił wzrok ku oknu. Za szybą miasto żyło swoim zwykłym rytmem, obojętne na dramaty jednej rodziny. – Hanser mi nie ufa – powiedział wreszcie. Derya złagodniała na moment. – Bo dałeś jej powody, żeby się bała. – Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić. – Wiem, ale czasami dobre intencje są tylko miękką poduszką, którą przykrywamy czyjś krzyk. Ona potrzebuje prawdy, Cihan. Nie chroniących półsłówek. Cihan milczał długo. Potem bardzo powoli skinął głową. – Masz rację w jednej sprawie. Czas czekania się skończył.
Jeszcze tego samego dnia los zaczął splatać kolejne nici. Nad Bosforem, w kawiarni zalanej słońcem, Nusret siedział przy stoliku z widokiem na wodę. Beyzę zostawił wcześniej pod opieką lekarza i ludzi, którym ufał. Teraz czekała na Yasemin. Przyszła szybko, w ciemnych okularach, z twarzą napiętą i spojrzeniem kobiety, która nie zamierza owijać niczego w bawełnę. Usiadła naprzeciwko niego bez powitania. – To zaszło za daleko – powiedziała. Nusret podniósł filiżankę kawy. – Wiele rzeczy zaszło za daleko, Yasemin. Musisz mówić konkretniej. – Konkretnie? Dobrze. Cihan zaczyna podejrzewać więcej, niż powinien. Derya krąży wokół sprawy jak pies tropiący. Hanser coraz mniej wygląda na dziewczynę, którą można uciszyć smutkiem, a pańska córka traci kontrolę. Nusret odstawił filiżankę. – Uważaj, jak mówisz o Beyzie. – Ja właśnie uważam. Gdybym nie uważała, nie siedziałabym tutaj, tylko powiedziałabym wszystkim, co wiem. W jego oczach pojawiło się mroczne spojrzenie. – Grozisz mi? – Ostrzegam. Bo pan lubi myśleć, że pieniądze rozwiązują wszystko. Ale są sprawy, których nie da się kupić po raz drugi, jeśli za pierwszym razem zostaną źle ukryte. Nusret pochylił się lekko. – Czego chcesz? Yasemin uśmiechnęła się bez ciepła. – Zabezpieczenia. Gwarancji i pewności, że kiedy to wszystko zacznie się walić, ja nie zostanę pod gruzami. – Mówisz tak, jakbyś nie była częścią tej konstrukcji. – Jestem częścią, bo mnie do niej wciągnięto. Ale nie zamierzam być ofiarą. Nusret przez dłuższą chwilę patrzył na nią bez słowa. Fale Bosforu migotały za jej plecami, jakby świat na zewnątrz nie miał pojęcia, że przy tym stoliku waży się przyszłość kilku osób. – Dostaniesz to, czego żądasz – powiedział w końcu. – Ale w zamian masz milczeć. – Milczenie kosztuje coraz więcej. – Wszystko ma swoją cenę. – Nie wszystko – odparła Yasemin. – Niektóre prawdy, kiedy już wyjdą na jaw, nie dają się odkupić.
W rezydencji napięcie po wyjeździe Beyzy nie opadło ani na chwilę. Hanser siedziała na kanapie z dłońmi splecionymi na kolanach. Jej twarz była spokojna tylko z pozoru. W środku czuła chaos. Było jej żal Beyzy, choć ta tyle razy próbowała ją upokorzyć. Bała się o Cihana, choć wciąż nosiła w sobie ból po jego milczeniu, i coraz wyraźniej czuła, że w tej rodzinie każde zdarzenie jest jedynie cieniem czegoś głębszego. Obok niej siedziała Sinem, która co chwilę spoglądała ku schodom. Mukadder natomiast nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Chodziła po salonie, wydając polecenia Fadime, jakby porządek filiżanek, zasłon i poduszek mógł przywrócić porządek w życiu. – Zadzwoń do niego – rzuciła nagle do Hanser. Hanser podniosła wzrok. – Do Cihana? – A do kogo? Do sułtana? Oczywiście, że do Cihana. Niech wie, co się dzieje w jego własnym domu. – Może jest zajęty. – Zajęty! – Mukadder parsknęła. – Kiedy jego dom się rozpada? Dzwoń! Hanser wyjęła telefon. Dłonie miała chłodne. Wybrała numer. Sygnał rozbrzmiewał długo, zbyt długo. Nikt nie odbierał. – Nie odpowiada – powiedziała cicho. Mukadder niemal wyrwała jej telefon wzrokiem. – Jeszcze raz! Hanser wykonała połączenie ponownie. Tym razem również cisza. Mukadder zaklęła pod nosem, a Sinem spróbowała ją uspokoić. – Może prowadzi rozmowę. – Wszyscy zawsze mają wymówkę! – wybuchła Mukadder. – A potem to ja muszę stać pośrodku tego domu i pilnować, żeby nikt nie doprowadził nas do katastrofy.
W tym czasie Cihan wszedł do budynku Develioglu Holding. Nowoczesny hol przywitał go chłodem szkła, metalu i perfekcyjnie wypolerowanych powierzchni. Pracownica recepcji uniosła głowę i przywitała go uprzejmym skinieniem. Cihan odpowiedział krótko, ale jego myśli były gdzie indziej. Na twarzy miał zmęczenie człowieka, który nie wie już, czy bardziej boi się tego, co odkryje, czy tego, że zbyt długo tego nie odkrywał. W gabinecie zdjął marynarkę, położył ją na oparciu fotela i przez chwilę stał nieruchomo przy biurku. Gdy telefon zaczął dzwonić, spojrzał na ekran: Hanser. Odebrał. Hanser nie zdążyła jednak odpowiedzieć. Mukadder wyrwała jej telefon z dłoni. – Cihan, gdzie ty jesteś?! – zaczęła natychmiast. – Czy ty w ogóle masz pojęcie, co się tu dzieje? Beyza została zabrana przez ojca. Nusret zachowywał się jak właściciel tego domu! Wszyscy patrzą na mnie, jakbym była winna całemu nieszczęściu. A ty nie odbierasz telefonu! Cihan zamknął oczy i ścisnął nasadę nosa. – Mamo, uspokój się. – Nie mów mi, żebym się uspokoiła! – Właśnie to mówię. Jeśli chcesz mi przekazać informacje, zrób to normalnie. – Normalnie! Ty chcesz normalności? To wróć do domu i sam zobacz, do czego doprowadziłeś swoim niezdecydowaniem! Jego głos stwardniała. – Dość. Przyjadę, kiedy skończę sprawy w firmie. Powiedziałem: dość. Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Mukadder przez sekundę patrzyła na telefon z niedowierzaniem. Potem oddała go Hanser, jakby aparat ją obraził. Hanser nie powiedziała nic, ale jej serce ścisnęło się boleśnie. Cihan odezwał się chłodno do matki, ale nie poprosił, by oddała telefon jej. Nie zapytał jej, jak ona się czuje. Może nie mógł, może nie zdążył, a może znów wszyscy inni byli głośniejsi od niej.
Po południu w zacisznej kawiarni na świeżym powietrzu pojawiła się Beyza. Była już opatrzona, ubrana w musztardowy komplet, który miał dodać jej koloru i pewności siebie, choć bladość twarzy zdradzała, że noc i poranek zostawiły na niej ślad. Naprzeciwko niej siedział Engin, elegancki, spokojny, ale z oczami człowieka, który nie przyszedł tylko na deser. Beyza jadła powoli, niemal mechanicznie. – On się odsuwa – powiedziała. Engin splótł dłonie. – Cihan nigdy nie działa pod wpływem samej emocji. To jego siła i słabość. – Nie mów mi o jego sile. Ja widzę tylko, że Hanser zabiera mi wszystko, nawet kiedy milczy. – Hanser ma przewagę, bo Cihan jej ufa. Beyza zaśmiała się krótko. – Ufa! Gdyby jej ufał, powiedziałby jej wszystko. Engin pochylił się lekko. – Właśnie dlatego muisisz być ostrożna. Pomiędzy nimi jest miłość, ale jest też pęknięcie. Nie wygrywa się z miłością krzykiem, Beyza. Wygrywa się cierpliwością. Trzeba wejść w pęknięcie, zanim ono się zasklepi. A Mukadder? Mukadder chce władzy. Nad domem, nad Cihanem, nad tobą, nad dzieckiem. Dopóki myśli, że jesteś jej potrzebna, będzie cię chronić, ale nie myl ochrony z lojalnością. Kelner przyniósł napoje. Engin zerknął na telefon. Wiadomość, którą przeczytał, zmieniła coś w jego twarzy. – Co jest? – spytała Beyza. – Cihan wraca do rezydencji. Beyza wyprostowała się. – Dobrze, niech wraca. Może czas, żeby przypomniał sobie, kto naprawdę nosi jego przyszłość.
Wieczorem rezydencja znów stała się miejscem konfrontacji. Mukadder krążyła po salonie, żaląc się Sinem, która wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Gdy w progu pojawił się Cihan, starsza kobieta natychmiast ruszyła ku niemu. – Wreszcie! Czy muisiało minąć tyle godzin, żebyś łaskawie pojawił się we własnym domu? Cihan zatrzymał się i spojrzał na nią bez śladu uległości. – Nie zaczynaj. – Ja zaczynam? To ty zostawiłeś mnie tutaj samą z tym wszystkim! – Nie jesteś sama. Po prostu nie każdy krzyk wymaga mojej obecności. Mukadder cofnęła się urażona. W tej samej chwili po schodach zeszła Hanser. Miała na sobie prostą sukienkę. Włosy opadały jej na ramiona. Gdy Cihan ją zobaczył, jego twarz złagodniała mimo zmęczenia. Ich spojrzenia spotkały się na dłużej, niż pozwalała na to obecność innych. W tym jednym milczeniu było wszystko: pytanie, wyrzut, tęsknota i prośba, by choć raz świat pozwolił im porozmawiać bez świadków. Nie pozwolił.
Na piętrze rozległ się nagły trzask. Chwilę później rozgniewany głos Mukadder przeciął dom. Aysu, młoda dziewczyna o niespokojnym spojrzeniu, sprzątała jedną z sypialni i przez nieuwagę strąciła szklany przedmiot z szafki. Wazon rozbił się na podłodze, a zanim Aysu zdołała się schylić, Mukadder stanęła w drzwiach. – Czy w tym domu nikt nie potrafi wykonać najprostszej pracy?! – krzyknęła. Aysu pobladła. – Przepraszam panią. Ja tylko zahaczyłam mopem… – Nie tłumacz się! Zawsze macie wytłumaczenie. Przynieś szczotkę, szufelkę, cokolwiek, zanim ktoś się skalczy, i następnym razem patrz, co robisz! – Naprawdę nie chciałam… – Wynoś się! Aysu wyszła na korytarz z zaciśniętymi ustami. W jej oczach nie było już tylko strachu. Był bunt. Coś w niej zaczynało pękać, tak jak szkło na podłodze.
Kilka godzin później drzwi wejściowe otworzyły się ponownie. Do środka weszła Beyza, wyraźnie w zaawansowanej ciąży, oparta lekko na ramieniu Engina. Cihan, Mukadder i Hanser znajdowali się w holu. Cihan natychmiast spojrzał na Engina. – Co on tutaj robi? Engin zachował spokojny ton. – Przywiozłem Beyzę. Potrzebowała wsparcia. Od ciebie? Od kogoś, kto potrafi rozmawiać bez oskarżeń. Cihan zrobił krok w jego stronę. – Uważaj, Engin. Ten dom nie jest miejscem na twoje gierki. – A ja myślałem, że to dom, w którym wszyscy grają od dawna. Beyza chwyciła Engina za rękaw. – Proszę, nie teraz. Cihan spojrzał na nią, potem znów na niego. – Odprowadziłeś ją, możesz odejść. Engin uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach błysnęła irytacja. – Jak sobie życzysz. Wycofał się, lecz odchodząc, rzucił Beyzie spojrzenie, które mówiło więcej niż słowa. Cihan je zauważył i zapamiętał.
Wieczór opadł nad rezydencją powoli. W sypialni Beyza stała przed lustrem i gładziła brzuch. Jej dłonie były opatrzone, ruchy ostrożne. W lustrze widziała twarz kobiety zmęczonej, ale nie złamanej. Do pokoju weszła Mukadder z tacą. – Muisisz coś zjeść! – powiedziała łagodniejszym tonem. Beyza odwróciła głowę. – Nie jestem głodna. – To nie ma znaczenia. Teraz nie jesz tylko dla siebie. Mukadder usiadła na brzegu łóżka, nabrała trochę jedzenia i podała jej. Beyza przez chwilę patrzyła na nią nieufnie, potem przyjęła kęs. – Wszyscy myślą, że jestem słaba – wyszeptała. Mukadder odłożyła łyżkę i położyła dłoń na jej brzuchu. – Nie myślą, że jesteś przeszkodą, a to znaczy, że się ciebie boją. Beyza spojrzała na nią przez łzy, a twarz Mukadder stężała. – Cihan muisi sobie przypomnieć, co jest jego obowiązkiem. He patrzy na Hanser tak, jak nigdy nie patrzył na mnie. Starsza kobieta przez moment milczała. Potem ujęła dłoń Beyzy. W geście zaskakująco czułym pochyliła się i pocałowała jej poranione palce. – Nie jesteś sama. Dopóki ja tu jestem, nikt cię nie odsunie.
W salonie Hanser i Sinem rozmawiały cicho, gdy Aysu weszła z tacą. Dziewczyna była spięta, a każdy jej ruch zdradzał tłumioną złość. Fadime krzątała się w tle, obserwując ją podejrzliwie. – Postaw tutaj, córko – powiedziała Sinem. Aysu postawiła tacę trochę zbyt gwałtownie. – W tym domu nawet taca muisi wiedzieć, po czyjej stronie stoi – mruknęła. Hanser spojrzała na nią uważnie. – Co masz na myśli? Aysu zacisnęła usta. – Nic. Tutaj najlepiej nic nie mówić, bo jak powiesz prawdę, stajesz się niewdzięczna. Jak milczysz, jesteś winna. Jak się potkniesz, jesteś głupia. A jak widzisz coś, czego nie powinnaś, to lepiej udawać ślepą. Sinem i Hanser wymieniły spojrzenia. – Aysu – powiedziała Hanser łagodnie. – Widziałaś coś? Dziewczyna zawahała się. Widać było, że słowa cisną jej się na usta, ale strach jeszcze ją trzymał. – Widziałam dość, żeby wiedzieć, że ten dom jest pełen kłamstw – odparła tylko. Fadime nie wytrzymała. – Pilnuj języka! Pracujesz tutaj, nie jesteś panią tego domu. – A panią tego domu jest kto?! – Aysu odwróciła się gwałtownie. – Ta, która krzyczy najgłośniej?! Fadime złapała ją za ramię i pociągnęła do kuchni. – Porozmawiamy sobie inaczej.
W kuchni doszło do ostrej wymiany zdań. Fadime, doświadczona i przywiązana do zasad domu, patrzyła na Aysu z gniewem. – Dziewczyno, ty sobie nie zdajesz sprawy, gdzie jesteś! Jedno niepotrzebne słowo może cię kosztować pracę. – Może nie tylko mnie powinno coś kosztować – odparła Aysu. – Co ty wygadujesz?! – Prawdę. Wszyscy się jej boicie, a ty niby nie? Aysu zamilkła. To pytanie trafiło w sedno. Bała się, ale strach coraz bardziej zamieniał się w potrzebę działania. – Boję się – powiedziała cicho. – Ale bardziej boję się tego, co się stanie, jeśli wszyscy dalej będą milczeć. Fadime patrzyła na nią zaskoczona, ale Aysu już wyszła z kuchni, zostawiając ją samą z niepokojem.
Pod osłoną nocy obraz przeniósł się do skromnego zielonego domu. Tam nie było marmurów, ciężkich zasłon ani pozłacanych luster. Był zmęczony Cemil śpiący na kanapie w ubraniu roboczym. Był mały Emir zapatrzony w ekran telefonu i była Derya, która krążyła po pokoju z narastającą irytacją. Derya potrząsnęła mężem. – Wstań! Cemil otworzył oczy z trudem. – Co się stało? – To ja cię pytam, co się stało! Śpisz, jakby wszystko było w porządku! – Derya, wróciłem z pracy… – A ja wróciłam z wojny! Tylko że moja wojna nie kończy się o żadnej godzinie. Cemil usiadł, przecierając twarz. – Znowu byłaś u Cihana? – Byłam tam, gdzie ktoś muisiał powiedzieć prawdę. – I co powiedziałaś? – Powiedziałam, tylko nie wiem, czy on wreszcie zrobi to, co trzeba. Cemil westchnął. – Ty zawsze myślisz, że krzykiem można naprawić świat? Derya spojrzała na niego z bólem. – Nie myślę, że milczeniem na pewno się go nie naprawi.
W rezydencji noc była cichsza, ale niespokojniejsza. Cihan wszedł do sypialni z poduszką i pościelą w rękach. Hanser, ubrana w delikatną różową koszulę nocną, stała przy łóżku. Gdy go zobaczyła, zrozumiała od razu: – Zamierzasz spać gdzie indziej? Cihan zatrzymał się. – Nie chcę cię budzić ani niepokoić. – A myślisz, że samotność mnie uspokoi? Te słowa sprawiły, że odłożył pościel. Podszedł do niej powoli. – Hanser, nie chcę dzisiaj pytać o wszystko. Nie mam już siły. Ale chcę wiedzieć jedno: czy w tym domu jest jeszcze miejsce dla nas? Nie dla twojego obowiązku, nie dla twojej matki, nie dla Beyzy, nie dla tych wszystkich spraw. Dla nas. Cihan patrzył na nią z takim bólem, że jej oczy zaszkliły się natychmiast. – Jest – powiedział. – Jeśli ty jeszcze chcesz w nim zostać… Ja nie wiem, gdzie jestem bez ciebie – wyszeptała – i właśnie to mnie przeraża. Objął ją ostrożnie, jakby bał się, że zbyt mocny gest ją spłoszy. Ale Hanser sama oparła czoło o jego pierś. Cihan położył się obok niej, przykrył ich kołdrą i przyciągnął ją do siebie. Jej głowa spoczęła na jego klatce piersiowej. Przez chwilę słuchała bicia jego serca, które było nierówne, szybkie, ludzkie. – Nie pozwolę, żeby cię zniszczyli – powiedział cicho, a potem pocałował ją w czoło. – A jeśli będzie za późno, wtedy zbuduję cię od nowa razem z sobą. Hanser zamknęła oczy. Nie odpowiedziała, ale jej ciało powoli rozluźniło się w jego ramionach. Po raz pierwszy od dawna sen przyszedł do niej bez walki.
Jednak noc w tym domu nie była łaskawa dla wszystkich. Drzwi sypialni Beyzy otworzyły się cicho. Kobieta wyszła na korytarz. Nie było już w niej tej samej rozpaczy, która kilka godzin wcześniej rzuciła ją na kolana w potłuczone szkło. Teraz jej twarz była blada, lecz zdecydowana. Miała na sobie elegancką rdzawobrązową koszulę, a jej krok był szybki, niemal agresywny. Zatrzymała się przed dużym lustrem, spojrzała na swoje odbicie. – Nie będą mnie odsuwać – wyszeptała. – Nie po tym wszystkim. Nie teraz. Wyjęła telefon i zaczęła pisać do Cihana: Zejdź pilnie na dół. Czekała kilka sekund — brak odpowiedzi. Napisała kolejną wiadomość: Mówiłam: pilnie. Czekam.
W sypialni telefon Cihana zawibrował. Mężczyzna leżał obudzony, choć Hanser spała głęboko na jego piersi. Odczytał wiadomości i jego twarz stężała. Przez chwilę nie ruszał się, patrząc na spokojną twarz żony. Delikatnie zsunął ją z siebie, ułożył jej głowę na poduszce, przykrył kołdrą i musnął palcami jej włosy. – Zaraz wrócę – szepnął, choć wiedział, że go nie słyszy. Wyszedł cicho. Gdy zmierzał korytarzem w stronę windy i schodów, zza rogu wychyliła się Aysu. Jej rude loki opadły na twarz, ale oczy miała czujne. Widziała wiadomość? Nie, ale widziała, że Cihan wychodzi nocą z sypialni, a w tym domu nocne rozmowy nigdy nie oznaczały niczego dobrego. Ruszyła za nim bezszelestnie.
Beyza czekała w swoim pokoju. Siedziała na łóżku, a obok niej leżało czarne, eleganckie pudełko. Gdy Cihan wszedł, podniosła się natychmiast. – Po co mnie wezwałaś? – zapytał chłodno. – Bo inaczej byś nie przyszedł. Hanser śpi? Oczywiście. Hanser śpi, Hanser cierpi, Hanser czeka, Hanser patrzy na ciebie tymi wielkimi oczami, a ty zapominasz, że istnieje jeszcze ktoś inny. Cihan zacisnął szczękę. – Uważaj. Beyza wzięła pudełko i podała mu je. – Otwórz. – Nie mam ochoty na gry. – Otwórz. Cihan zrobił to. W środku leżały małe, ręcznie robione dziecięce buciki. Jedne niebieskie, drugie ozdobione czerwoną wstążką. Przez ułamek sekundy twarz Cihana zmieniła się. Nie dlatego, że dał się wzruszyć tak, jak chciała Beyza, lecz dlatego, że rekwizyt uderzył w miejsce, którego nie potrafił całkiem zamknąć — poczucie odpowiedzialności za niewinne dziecko. Beyza natychmiast to zauważyła. – Widzisz – powiedziała ciszej. – Możesz nienawidzić mnie. Możesz odwracać wzrok. Możesz udawać przed Hanser, że wszystko da się ułożyć. Ale to dziecko istnieje. Ono będzie miało twoje nazwisko, twoją krew… Albo twoją decyzję. To nie ma znaczenia. Ono będzie częścią ciebie. Cihan powoli wyjął niebieski bucik z pudełka. – Nie używaj dziecka jako broni. – A ty nie używaj Hanser jako wymówki, żeby mnie odsunąć. To nie Hanser jest problemem. – Nie? Beyza zaśmiała się przez łzy. – Gdyby jej nie było, patrzyłbyś na mnie inaczej. – Gdyby jej nie było, nadal nie kochałbym kłamstwa. Te słowa spadły między nimi jak nóż. Za drzwiami Aysu wstrzymała oddech. Beyza zbladła. – Co chcesz przez to powiedzieć? Cihan zrobił krok bliżej. – Chcę powiedzieć, że zaczynam mieć dość twoich półprawd, twoich ataków, twoich przedstawień, twoich sojuszy z ludźmi, którym nie ufam. Jeśli jest coś, co powinienem wiedzieć, powiedz to teraz. Beyza patrzyła mu prosto w oczy. – A jeśli prawda zniszczy Hanser? – Hanser zniszczy bardziej to, że wszyscy wokół niej decydują, ile prawdy może udźwignąć. Beyza oddychała szybko. Przez moment wyglądała, jakby naprawdę mogła coś powiedzieć, ale potem jej twarz znów stwardniała. – Jesteś pewien, że chcesz wiedzieć wszystko? Cihan zamknął pudełko z trzaskiem. – Jestem pewien, że nie pozwolę ci już więcej mną manipulować.
Odwrócił się gwałtownie i wyszedł. Drzwi otworzyły się tak nagle, że Aysu ledwo zdążyła uskoczyć za ścianę. Cihan przeszedł korytarzem, nie zauważając jej, z bucikiem wciąż ściśniętym w dłoni. Gdy jego kroki ucichły, Aysu wyszła z ukrycia. Jej twarz była blada, ale oczy zdecydowane. W dłoni ściskała małą, złożoną białą karteczkę. Nie mogła już czekać. Nie mogła liczyć, że dorośli sami przerwą tę sieć kłamstw. Jeśli Hanser była jedyną osobą w tym domu, która jeszcze nie znała nawet części prawdy, muisiała dostać ostrzeżenie.
Aysu ruszyła do sypialni Cihana. Drzwi były uchylone, weszła cicho. Hanser spała spokojnie, nieświadoma, że za ścianami rezydencji jej życie znów zostało wciągnięte w cudzą grę. Dziewczyna podeszła do łóżka. Przez chwilę patrzyła na śpiącą Hanser z czymś, co przypominało współczucie. – Przepraszam – wyszeptała – ale muisisz wiedzieć. Położyła karteczkę na poduszce, tuż obok jej twarzy. Potem wycofała się równie cicho, jak weszła. Na białym papierze widniały odręcznie napisane słowa: Hiçbir şey göründüğü gibi değil, a pod nimi, jak cień przeznaczony dla tych, którzy nie znali tureckiego, sens tej wiadomości brzmiał: Nic nie jest takie, jak im się wydaje.
Odcinek kończy się na spokojnej twarzy Hanser pogrążonej we śnie, zaledwie kilka centymetrów od ostrzeżenia, które po przebudzeniu może zmienić wszystko. W rezydencji panuje cisza, ale nie jest to cisza ukojenia. To cisza przed burzą, cisza domu, w którym każdy ukrywa jakąś prawdę. Każdy czegoś się boi, a świt nie przyniesie spokoju, lecz pytania, od których nikt już nie zdoła uciec.