
Drzwi rezydencji uchyliły się niemal bezszelestnie, jakby sam dom przeczuwał, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Osoby siedzące przy stole nie spodziewały się tego, kogo zobaczą.
W progu stanęła Hancer.
Nie było już w niej śladu niepewności, która jeszcze niedawno nie dawała jej spokoju. Stała wyprostowana, spokojna, z pewnym spojrzeniem. Wyglądała tak, jakby nie wracała po przegranej walce, lecz po swoje miejsce.
Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, Mine poderwała się od stołu.
— Hancer! — zawołała z radością i pobiegła w jej stronę.
Dziewczynka mocno się do niej przytuliła. Hancer natychmiast uklękła i objęła ją z czułością. Na jej twarzy pojawił się łagodny uśmiech, pierwszy tak szczery od wielu dni.
— Tęskniłam za tobą — wyszeptała, gładząc ją po włosach.
Cihan przyglądał się temu w milczeniu. W jego oczach pojawiło się coś trudnego do odczytania — emocja, której sam jeszcze nie potrafił nazwać.
— Musimy porozmawiać — powiedział w końcu krótko.
Hancer jedynie skinęła głową.
Bez dalszych słów ruszyli razem w głąb domu, pozostawiając resztę rodziny przy stole.
I właśnie wtedy napięcie, które wisiało w powietrzu, wreszcie znalazło ujście.
Beyza gwałtownie wstała z krzesła. Naczynia na stole aż lekko zadźwięczały.
— To jakiś absurd! — wyrzuciła z siebie. — Ona naprawdę wróciła? Po wszystkim, co się wydarzyło? Jakby nic się nie stało?!
Oddychała coraz szybciej, a jej dłonie zacisnęły się w pięści.
— Ile razy jeszcze będzie wracać? Ile razy?!
Mukadder również podniosła się z miejsca, choć w przeciwieństwie do Beyzy zachowała zimną krew.
— Uspokój się — powiedziała chłodnym tonem. — Cihan zostawił ją w domku letniskowym. To sytuacja przejściowa. Jej obecność tutaj niczego nie zmienia.
— Niczego nie zmienia? — Beyza roześmiała się krótko, ale w jej śmiechu nie było ani odrobiny rozbawienia. — Weszła tutaj z podniesioną głową, jakby była u siebie!
Sinem, która dotąd siedziała cicho, podniosła wzrok.
— To już kiedyś się wydarzyło — odezwała się spokojnie, choć napięcie było wyraźnie słyszalne w jej głosie. — Pamiętacie dzień, kiedy pojawiła się tutaj po raz pierwszy?
Mukadder spojrzała na nią uważnie.
— Do czego zmierzasz?
— Wtedy też byłyśmy przekonane, że wszystko jest przesądzone — ciągnęła Sinem. — Wysłałaś ich na górę, pewna, że Cihan zakończy tę sprawę. A oni wrócili i oznajmili, że zamierzają się pobrać.
Na kilka sekund zapadła cisza.
— Nie wywołuj wilka z lasu — syknęła Mukadder z wyraźną irytacją.
— Możesz mówić, co chcesz — odpowiedziała Sinem ciszej. — Ale widzę w niej dokładnie to samo co wtedy. Tę samą siłę i determinację. Nie wróciła tutaj bez powodu.
Beyza odwróciła się do niej błyskawicznie.
— Co próbujesz przez to powiedzieć? — zapytała ostrym tonem. — Że znowu wydarzy się coś nieprzewidzianego? Że sytuacja ponownie wymknie się wszystkim z rąk?
Zrobiła krok w jej stronę.
— Naprawdę musisz mówić takie rzeczy przy mnie? — dodała z wyraźną złośliwością. — Czy to zazdrość? Bo tobie nie udało się dać tej rodzinie syna?
Po tych słowach w pomieszczeniu zapanowała ciężka cisza.
Nikt nie odpowiedział od razu.
A wypowiedziane przez Beyzę słowa zawisły nad stołem niczym ciężar, którego nie sposób było zignorować.