
Wpadła do najbliższej otwartej sali — pustego pokoju dla matek z noworodkami. Zatrzasnęła drzwi i drżącymi dłońmi przekręciła zamek.
Klik.
Dźwięk zamka miał dać jej poczucie bezpieczeństwa, ale w głębi duszy wiedziała, że to tylko iluzja.
Oparta o drzwi dyszała ciężko jak zaszczute zwierzę.
Na zewnątrz furia Cihana eksplodowała.
Dobiegł do drzwi i nacisnął klamkę. Zamknięte.
Cofnął się o krok i z całej siły zaczął walić pięściami w drzwi.
— Otwieraj! Nie masz już dokąd uciec!
Uderzał tak mocno, że zawiasy zaczęły trzeszczeć.
Hałas natychmiast przyciągnął uwagę personelu i pacjentów. Pielęgniarki poderwały się z miejsc, jedna z nich wezwała ochronę.
Ale dla Cihana świat przestał istnieć.
Był tylko on, drzwi i kobieta ukrywająca się po drugiej stronie.
Rozpędził się i z ogromną siłą uderzył barkiem w przeszkodę.
Zamek puścił z głośnym trzaskiem.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, a Cihan wszedł do środka.
Pokój pogrążony był w półmroku. Bejza cofała się coraz bardziej, aż uderzyła plecami o ścianę. Obok niej stało puste szpitalne łóżeczko dziecięce — symbol kłamstwa, które doprowadziło ich do tej
chwili.
Kobieta trzęsła się ze strachu i zanosiła histerycznym płaczem.
Cihan stanął nad nią.
Oddychał ciężko, jak człowiek walczący z własnym gniewem.
Powoli podwinął rękawy czarnej koszuli, odsłaniając napięte przedramiona.
Ten prosty gest mówił więcej niż tysiąc słów.
Skończyły się pozory, wymówki i gra.
Pochylił się nad nią i brutalnie chwycił ją za ramię.
— Spójrz na mnie! — warknął. — Spójrz w oczy człowiekowi, którego życie zamieniłaś w piekło!
Bejza próbowała się wyrwać, ale był zbyt silny.
— Co się stało? — syknął z pogardą. — Kiedy kłamałaś prosto w oczy, nie czułaś strachu. A teraz uciekasz?
Potrząsnął nią gwałtownie.
— Czyje to dziecko?! Czyje dziecko próbowałaś wmówić mi jako moje?!
W tym momencie wspomnienia wróciły do niego z całą brutalnością.
Kilka tygodni wcześniej cała rodzina zebrała się w rezydencji na rodzinnej naradzie.
Bejza weszła wtedy do salonu pewna siebie jak królowa. Miała na sobie elegancką jasną suknię podkreślającą fałszywy ciążowy brzuch.
W ręku trzymała kopertę z wynikami testu DNA.
W salonie panowała grobowa cisza.
Bejza teatralnym gestem wyciągnęła dokument i oznajmiła:
— Wyniki są jednoznaczne. Zgodność genetyczna wynosi 99,9%.
Potem spojrzała prosto na Cihana i powiedziała:
— To twoje dziecko. Jesteś ojcem.
Cihan pamiętał tamten moment doskonale.
Czuł, jakby grunt usuwał mu się spod nóg.
Wiedział przecież, że nie może być ojcem, ale dokumenty wyglądały autentycznie — pieczęcie, podpisy, wyniki.
Zaczął wątpić we własny rozum.
Przez tygodnie żył uwięziony w tym kłamstwie, zmuszony do przyjęcia odpowiedzialności za dziecko, które nie było jego.
Teraz jednak znał prawdę.
Wściekłość eksplodowała na nowo.
Puścił Bejzę z obrzydzeniem, jakby dotykał trucizny.
— Ty podła żmijo! — ryknął.
Kopał meble, przewracając szafkę nocną.
— Fałszywa ciąża! Fałszywe badania! Fałszywe USG! Przez cały ten czas śmiałaś mi się w twarz!
Bejza płakała histerycznie, zasłaniając uszy dłońmi.
Ale Cihan nie zamierzał przestać.
— Skąd wzięłaś to dziecko?! Jakim potworem trzeba być, żeby wykorzystać niemowlę do swojej chorej gry?!
Złapał ją za ramiona i przycisnął do ściany.
— Po co to zrobiłaś?! Dla pieniędzy?! Dla firmy?! Dla zemsty?!
Na korytarzu wybuchł chaos.
Krzyki i hałas demolowanego pokoju przyciągnęły tłum ludzi. Pojawiła się ochrona, lekarze i pielęgniarki.
Nuśret przepychał się przez tłum z przerażeniem na twarzy.
Gdy ochroniarze wyważyli drzwi, zobaczyli Cihana przyciskającego Bejzę do ściany.
Natychmiast rzucili się, by go obezwładnić.
Rozpoczęła się brutalna szamotanina.
Cihan walczył jak człowiek opętany gniewem.
Kilku ochroniarzy musiało użyć całej siły, by go powstrzymać.
W końcu został przygwożdżony do ściany.
Nuśret spojrzał na zapłakaną Bejzę, a potem na rozwścieczonego Cihana.
Wiedział już, że wszystko wyszło na jaw.
Gra się skończyła.
Cihan, wyprowadzany siłą przez ochroniarzy, krzyczał ochrypłym głosem:
— Myślicie, że to koniec?! Zapłacicie za wszystko! Zniszczę was oboje! Odbiorę wam wszystko, tak jak wy odebraliście mi życie!
Jego słowa długo jeszcze wisiały w powietrzu.
Gdy wyprowadzono go z oddziału, w sali zapadła martwa cisza.
Bejza osunęła się na podłogę, płacząc bez opamiętania.
Jej imperium kłamstw runęło w kilka minut.
Spojrzała na puste łóżeczko, a potem na drzwi, przez które wyprowadzono Cihana.
Wiedziała jedno.
Mężczyzna, który stamtąd odszedł, nie był już tym samym człowiekiem.
Oszukując go, stworzyła potwora, który nie spocznie, dopóki nie zamieni jej świata w popiół.
Gra się skończyła.
Rozpoczęła się wojna.