
Gdy starszy mężczyzna otworzył drzwi, jego spojrzenie od razu zatrzymało się na ich dłoniach.
Na serdecznych palcach obojga połyskiwały złote obrączki.
Przez krótką chwilę Ertuğrul milczał, jakby chciał upewnić się, że naprawdę widzi to, co widzi.
— Podjęliście decyzję — powiedział w końcu spokojnie.
Hancer spuściła wzrok, a Melih lekko skinął głową.
— Czy Hancer może zostać tutaj jeszcze przez kilka dni? — zapytał. — Dopóki nie załatwię wszystkiego, co potrzebne do ślubu.
Ertuğrul spojrzał najpierw na niego, potem na Hancer. W jego oczach nie było ani osądu, ani ciekawości. Była tylko troska.
— Nie martw się — odparł łagodnie. — Możesz spokojnie powierzyć mi swoją przyszłą żonę.
Na twarzy Hancer pojawił się blady, pełen wdzięczności uśmiech.
— Dziękuję, wujku.
Melih zwrócił się do niej.
— Przyjadę po ciebie jutro rano. Czeka nas dużo pracy.
— Dobrze.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie, jakby oboje chcieli powiedzieć coś więcej, ale żadne nie potrafiło znaleźć właściwych słów.
— Do zobaczenia jutro — powiedział w końcu Melih.
— Do zobaczenia.
Hancer weszła do domu, a drzwi cicho zamknęły się za jej plecami.
Melih został sam.
Przez moment patrzył na budynek, w którego oknach zniknęła sylwetka Hancer. Dopiero po chwili odwrócił się i ruszył w stronę samochodu.
Srebrny SUV stał zaparkowany na wzgórzu. W oddali, ponad dachami domów, wznosił się minaret meczetu. Dalej majaczyła zamglona panorama miasta i spokojna tafla morza.
Melih miał już otworzyć drzwi auta, gdy nagle zadzwonił telefon.
Spojrzał na ekran.
„Mama”.
Ciężko westchnął i odebrał.
— Słucham, mamo?
Nie zdążył powiedzieć nic więcej.
— Lepiej byłoby, gdybym umarła, niż doczekała takich dni! — usłyszał roztrzęsiony głos Fadime. — Co ty zrobiłeś, synu?!
Melih zamknął oczy.
Spodziewał się tej rozmowy. Wiedział, że prędzej czy później nadejdzie.
— Skoro już wszystko wiesz, po co pytasz? — odpowiedział spokojnie. — Oświadczyłem się Hancer. Tak, zrobiłem to.
— Mówisz o tym takim tonem?! Jakbyś kupił chleb w piekarni! — krzyknęła Fadime. — Zawstydziłeś mnie przed całym światem! Nie mam odwagi spojrzeć ludziom w oczy. Nie mam siły dalej tam pracować!
Melih oparł się plecami o samochód.
— Nikomu nic nie jesteś winna, mamo. I nie masz się czego wstydzić.
— Nie mam?!
— Nie.
Jego głos stał się twardszy.
— Uczciwie pracujesz na każdy kawałek chleba. Nikt nie ma prawa cię osądzać.
— Twój wstyd spadł na mnie! — nie ustępowała. — Jak mogłeś zrobić coś takiego ludziom, dla których pracowałeś? Tak cię wychowałam? Tak odwdzięcza się za zaufanie? Powinieneś się wstydzić!
Tym razem Melih nie zdołał ukryć gniewu.
— Naprawdę chcesz rozmawiać o wstydzie?
Po drugiej stronie na moment zapadła cisza.
— A pan Cihan, którego tak wychwalasz? — ciągnął. — Czy to nie on przez miesiące trzymał pod jednym dachem dwie kobiety? Wtedy nie mówiłaś o honorze. Nie mówiłaś o moralności. Dlaczego?
— Nie odwracaj kota ogonem!
— Nie odwracam.
— Jeszcze niedawno byłeś gotów oddać wszystko dla Sinem! — wyrzuciła z siebie Fadime. — To dla niej odwróciłeś się nawet od własnej matki! Powiedz mi, kiedy przestałeś ją kochać? Kiedy zacząłeś biegać za Hancer?
Melih odwrócił wzrok ku szaremu horyzontowi.
Słowa matki trafiły w miejsce, które wciąż bolało.
— Cieszyłam się, kiedy Sinem wróciła — mówiła dalej. — Myślałam, że mój syn wreszcie zmądrzał. Że zrozumiał swój błąd. Że wszystko może jeszcze wrócić na właściwe tory.
Melih długo milczał.
Potem odezwał się znacznie ciszej:
— Więc wróciła…
W jego głosie zabrzmiała nuta zamyślenia.
— Miałem jeszcze odrobinę nadziei. Czasami naprawdę zastanawiałem się, co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
Przed oczami stanęły mu wspomnienia, od których przez ostatnie dni nie potrafił się uwolnić.
Sinem.
Jej spojrzenie.
Niewypowiedziane słowa.
Możliwość życia, które kiedyś wydawało się tak blisko.
— Ale ta nadzieja umarła — powiedział w końcu.
Spojrzał na obrączkę błyszczącą na jego palcu.
Złoty krążek nie był symbolem wielkiej miłości.
Był decyzją.
Kotwicą.
Obietnicą, której nie zamierzał złamać.
— Dzisiaj wiem, że podjąłem właściwą decyzję.
— Melihu…
— Rozłączam się, mamo.
— Synu, poczekaj…
Ale było już za późno.
Nacisnął czerwoną słuchawkę.
Przez chwilę patrzył na wygaszony ekran telefonu. Potem schował aparat do kieszeni, wsiadł do samochodu i uruchomił silnik.
Srebrny SUV ruszył powoli w dół wzgórza.
Melih zostawił za sobą dom Ertuğrula, milknący telefon i ostatnie wątpliwości, które próbowały zatrzymać go przy dawnym życiu.
Tym razem nie chciał uciekać.
Tym razem wybrał odpowiedzialność.