
Nie miała już siły udawać spokoju. Niemal bezwładnie opadła na łóżko i ukryła twarz w drżących dłoniach. Szloch wyrwał się z jej piersi gwałtownie, jakby przez długi czas tłumiła w sobie cały ból, a teraz nie potrafiła już dłużej go powstrzymać.
Chwilę później do pokoju weszła Aysu.
Na widok rozpaczy Sinem zatrzymała się w progu. Jej twarz natychmiast złagodniała. Podeszła cicho do łóżka i usiadła obok niej.
— Sinem, proszę… nie zadręczaj się tak — powiedziała łagodnie, kładąc dłoń na jej ramieniu. — Nie niszcz siebie przez to wszystko.
Sinem powoli podniosła zapłakaną twarz. Oczy miała czerwone od łez, a głos drżał jej przy każdym słowie.
— Wszystko zaczęło się wtedy, gdy Hancer odeszła z tego domu — wyszeptała. — Właśnie tego dnia… Melih mnie okłamał.
Przełknęła ciężko ślinę i zacisnęła palce na pościeli.
— Powiedział, że się pobierzemy. Sprawił, że uwierzyłam w każde jego słowo. A ja naprawdę mu zaufałam…
Głos uwiązł jej w gardle.
Zamknęła powieki, ale to nie powstrzymało łez, które znów popłynęły po jej policzkach.
Aysu spuściła wzrok. Nie potrafiła znaleźć słów, które mogłyby naprawdę złagodzić ten ból.
— Proszę, nie płacz — odezwała się cicho. — Chciałabym móc cofnąć czas i naprawić to, co się stało. Przepraszam cię w imieniu mojego brata. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak postąpił.
Westchnęła ciężko.
— Uwierz mi, ja i mama też znalazłyśmy się przez to w bardzo trudnym położeniu. Nic nie jest już takie jak dawniej. Dlatego proszę… nie komplikujmy tego jeszcze bardziej. Jeśli brat Cihan usłyszy o wszystkim…
— Nie martw się — przerwała jej Sinem, ocierając mokre policzki. — Nikt niczego nie usłyszy. Ani Cihan, ani ktokolwiek inny.
Na jej ustach pojawił się gorzki, pełen żalu uśmiech.
— Wstydzę się przede wszystkim samej siebie. Swojej naiwności. Swojej głupoty. Dałam się oszukać jak dziecko. Uwierzyłam w piękne słowa, w obietnice, które od początku nic nie znaczyły.
Ostatnie zdanie ledwie przeszło jej przez gardło.
Po chwili znów wybuchła płaczem.
Aysu nie powiedziała już nic więcej. Przysunęła się bliżej i objęła ją mocno. Sinem wtuliła się w nią rozpaczliwie, jakby szukała choć odrobiny ukojenia w ramionach kogoś, kto nie potrafił naprawić jej złamanego serca, ale przynajmniej nie odwracał wzroku od jej cierpienia.
Łzy nadal spływały po twarzy Sinem, mocząc jasną chustę okrywającą jej głowę.
Aysu przytuliła ją jeszcze mocniej i delikatnie pogładziła po plecach.
Przez dłuższą chwilę siedziały tak w milczeniu.
Jedna próbowała ukoić ból, za który nie była odpowiedzialna.
Druga wypłakiwała zawiedzione zaufanie, upokorzenie i marzenia, które rozsypały się w pył.
Sinem nie płakała już tylko po Melihu.
Płakała po sobie.
Po kobiecie, która uwierzyła, że ktoś naprawdę wybierze ją na zawsze.