
Melih podchodzi powoli do dziewczyny, przyglądając się jej z głębokim współczuciem i rosnącą troską. Jej ciało drży od tłumionego szlochu.
– Wciąż płaczesz, Hançer? – pyta cicho, a w jego tonie pobrzmiewa przejmujący smutek. – Co to za stan? Czy kiedy zostaliście na osobności, Cihan powiedział ci coś, co tak strasznie cię złamało?
Hançer powoli unosi głowę. Jej oczy są zaczerwienione od łez, które bezustannie spływają po policzkach.
– Teraz już wszystko skończone… – wyrzuca z siebie łamiącym się głosem. – On… on wciąż tlił w sobie jakąś cichą nadzieję. Ale dzisiaj, gdy ujrzał nas trzymających się za ręce, ta ostatnia iskra w nim zgasła. Dzisiejszego wieczoru wszystko się dla niego ostatecznie zamknęło.
Melih przygląda się jej w milczeniu, próbując odczytać emocje z jej zatroskanej twarzy.
– Żałujesz tego kłamstwa? – pyta wprost, bez cienia wyrzutu.
– Tak naprawdę chciałam tylko jednego: żeby Cihan raz na zawsze zniknął z mojego życia – wyznaje Hançer z rozpaczą w głosie. – I dopięłam swego, w końcu pogodził się z tym rozstaniem i odpuścił. Ale teraz sama już niczego nie rozumiem. Nie wiem, co jest dobre, a co złe… Mam w głowie potworny mętlik. Tak bardzo chciałabym, żeby ktoś po prostu stanął obok i powiedział mi, co powinnam teraz zrobić!
Melih kręci głową i spogląda na nią z bezinteresowną empatią.
– Nie patrz na mnie, Hançer – odpowiada stanowczo, choć z wielką łagodnością. – Ja ci tego nie powiem. To Cihan jest ojcem tego dziecka i to on jest mężczyzną, którego naprawdę kochasz. Nie zamartwiaj się, że postawisz mnie w trudnej sytuacji czy ściągniesz na mnie wstyd. Złożę odpowiednie wyjaśnienia i jakoś sobie z tym wszystkim poradzę. Dla mnie od początku liczy się tylko to, żebyś ty i maluch mieli zapewnione bezpieczeństwo. Przemyśl to jednak bardzo dokładnie, bo po tym dzisiejszym wieczorze z tej drogi może nie być już żadnego odwrotu.