
W ramionach trzymał Cihana Gurura, owiniętego miękkim, błękitnym kocykiem. W pokoju panowała cisza. Przerywał ją jedynie spokojny oddech dziecka i cichy szum nocnej lampki stojącej przy łóżku.
Cihan spojrzał na syna.
Małe paluszki chłopca zaciskały się i rozluźniały na brzegu kocyka. Spod czapeczki wystawał kosmyk ciemnych włosów, a smoczek poruszał się lekko przy każdym spokojnym oddechu.
Na twarzy mężczyzny pojawił się smutny uśmiech.
— Wiesz, synku… — odezwał się cicho, delikatnie gładząc policzek dziecka. — Dzisiaj pierwszy raz naprawdę o tym pomyślałem.
Zamilkł na chwilę.
Jakby każde kolejne słowo miało kosztować go więcej, niż chciał przyznać.
— Chciałbym, żeby to był twój brat.
Jego spojrzenie uciekło gdzieś daleko, poza ściany pokoju.
Myślał o dziecku, które nosiła Hancer.
O dziecku, które mogło nigdy nie znaleźć miejsca w jego życiu.
Westchnął ciężko.
— Czasem wyobrażam sobie, jak biegalibyście razem po ogrodzie. Jak kłócilibyście się o zabawki, a potem po kilku minutach znów nie potrafilibyście bez siebie wytrzymać.
Spojrzał ponownie na syna.
— Wychowałbym was obu z dumą. Pokazałbym wam świat. Nauczyłbym was wszystkiego, co sam wiem. Chroniłbym was przed każdym złem, które próbowałoby się do was zbliżyć.
Jego głos stał się jeszcze cichszy.
— Oddałbym wszystko, co mam. Wszystko bez wyjątku… żeby tak właśnie było.
Cihan Gurur poruszył się lekko w jego ramionach.
Cihan poprawił kocyk i przytulił chłopca bliżej siebie, jakby w tym małym ciele szukał ratunku przed własnymi myślami.
— Człowiek przez lata myśli, że wie, czego chce od życia — mówił dalej. — A potem przychodzi jeden moment i wszystko się zmienia. Nagle okazuje się, że najważniejsze było coś, czego wcześniej nie potrafił nazwać.
Na jego twarzy pojawił się cień bólu.
— Za późno zrozumiałem wiele rzeczy.
Przymknął oczy.
Przed nim znów stanęła Hancer.
Jej uśmiech.
Jej spojrzenie.
Chwile, które kiedyś miał na wyciągnięcie ręki, a teraz wydawały się należeć do innego życia.
— Gdyby los dał mi jeszcze jedną szansę… — wyszeptał.
Nie dokończył.
Przez dłuższą chwilę siedział w milczeniu, kołysząc syna w ramionach. W końcu pochylił głowę i pocałował chłopca w czoło.
— Cokolwiek się wydarzy, zawsze będę przy tobie, synku — powiedział łagodnie. — Zawsze.
Cihan Gurur spojrzał na niego swoimi wielkimi, ciemnymi oczami, jakby próbował zrozumieć słowa, których znaczenia jeszcze nie znał.
A Cihan po raz pierwszy tej nocy nie myślał o gniewie.
Myślał o tym, co stracił.
I o tym, czego być może nigdy nie będzie mógł naprawić.