
Za szerokimi oknami rozciągał się chłodny, spokojny poranek, ale ona sama nie potrafiła odnaleźć w sobie spokoju. Od chwili, gdy poznała historię Sili, myślała o niej niemal bez przerwy.
Młoda dziewczyna była sama.
Bez pieniędzy.
Bez rodziny.
Bez miejsca, do którego mogłaby wrócić.
Ten obraz nie dawał Hancer spokoju.
W końcu westchnęła cicho i wybrała numer Engina.
— Powinnam była zadzwonić wcześniej — powiedziała, gdy odebrał. — Ale zawahałam się przez Cihana. Nie chciałam stawiać cię w niezręcznej sytuacji. Powiedz mi… jak czuje się Sila? Wszystko z nią dobrze?
Przez chwilę słuchała w milczeniu.
Nagle na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie.
— Jak to, jesteś tutaj?
Natychmiast podniosła się z kanapy. Długie, czarne włosy opadły jej na ramiona, gdy szybkim krokiem ruszyła do drzwi. Otworzyła je i stanęła na progu.
Przed domem czekał Engin.
Miał na sobie jasnoszary płaszcz. Wyglądał na zmęczonego i przygnębionego, jakby wydarzenia ostatniej nocy wciąż nie pozwalały mu złapać oddechu.
— Dzień dobry — powiedział z lekkim, niepewnym uśmiechem. — Przepraszam, że przyjechałem bez zapowiedzi.
Hancer spojrzała na niego uważnie.
— Nie przeszkadzasz. Po prostu mnie zaskoczyłeś.
Zeszła jeden stopień niżej i zmarszczyła brwi.
— Nie byłeś w szpitalu? Stało się coś z Silą?
Engin spuścił wzrok.
— Wszystko było dobrze… przynajmniej wtedy, kiedy widziałem ją ostatni raz. Rozmawialiśmy długo w nocy. Potem zasnęła. Ja chyba też przysnąłem.
Zamilkł na moment.
— A kiedy się obudziłem, już jej nie było.
Hancer pobladła.
— O Boże… — wyszeptała. — Przecież ona nie ma dokąd pójść. Nie zna miasta. Nie ma pieniędzy. Nie ma nikogo.
— Właśnie dlatego tak bardzo się martwię — przyznał Engin, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza. — Nie zostawiła wiadomości. Niczego nie wyjaśniła. Po prostu zniknęła.
Przez chwilę oboje milczeli.
Nie trzeba było mówić więcej. Oboje wiedzieli, jak krucha była sytuacja Sili i jak łatwo mogła znów znaleźć się w niebezpieczeństwie.
Po chwili Engin zmarszczył czoło.
— Ale zaraz… Skąd wiedziałaś, że zostałem z nią w szpitalu?
— Cihan odwiózł mnie wczoraj do domu i wspomniał o tym — wyjaśniła Hancer. — Powiedział, że zostałeś przy niej na noc.
Spojrzała na niego pytająco.
— A ty? Po co właściwie przyjechałeś?
Na twarzy Engina pojawiło się lekkie zakłopotanie.
— Szczerze? Wiedziałem, że gdybym zadzwonił, od razu byś odmówiła. Uznałem więc, że lepiej będzie porozmawiać twarzą w twarz.
Hancer zrozumiała natychmiast.
Jej spojrzenie spoważniało.
— Chodzi o stowarzyszenie?
Engin nie odpowiedział od razu.
Nie musiał.
Jego milczenie powiedziało wszystko.
— Tak — przyznał w końcu. — O stowarzyszenie.
Hancer westchnęła cicho.
Wiedziała, że ten temat nie zniknie tylko dlatego, że ona chciała trzymać się od niego z daleka. Prędzej czy później Engin musiał wrócić do ostatniej woli Yasemin.
— Dobrze — powiedziała po chwili. — Skoro już tu jesteś, porozmawiajmy.
Odsunęła się od drzwi.
— Usiądź na tarasie. Przygotuję kawę.
— Dziękuję.
Engin skinął głową i usiadł przy stole przed domem.
Hancer przez moment obserwowała go z progu. W jego twarzy dostrzegła coś znajomego. Coś, co natychmiast przypomniało jej Yasemin.
Ten sam upór.
Tę samą cichą determinację.
To samo przekonanie, że jeśli chodziło o bliskich, nie wolno było odpuścić tylko dlatego, że sprawa stała się trudna.
Po chwili Hancer wróciła do środka.
Engin został sam na tarasie. Patrzył przed siebie w milczeniu, świadomy, że za kilka minut będzie musiał po raz kolejny poprosić Hancer o coś, czego ona nie chciała przyjąć.
Nie chodziło jednak o stanowisko.
Nie tylko.
Chodziło o Yasemin.
O jej ostatnią wolę.
I o obietnicę, której Engin nie potrafił złamać, nawet jeśli miał przez to stanąć między Hancer a całym światem Develioğlu.
Całe streszczenie znajdziesz w komentarzu