
– Naprawdę tak ci powiedział? – pyta z drwiną Beyza. – Wmawiał ci, że nie zamierza tu wracać? Okłamał cię. Jeszcze ubiegłej nocy tuliłam go w ramionach. Spaliśmy w waszym łóżku, w waszej dawnej sypialni. Teraz to mój pokój. No i co? Dlaczego tak na mnie patrzysz? Zżera cię zazdrość, co? Założę się, że celowo rozbiłaś te naczynia. Rób, co żywnie ci się podoba. Możesz puścić z dymem nawet całą tę rezydencję, ale Cihan należy do mnie. Jest moim mężem i ojcem mojego dziecka. Przestań zgrywać wielką damę i wreszcie się przyznaj. Powiedz: „Pękam z zazdrości”, powiedz: „Oddałabym wszystko, żeby zająć twoje miejsce”. No dalej, nie duś tego w sobie!
– Jesteś tak chorobliwie żałosna, że nie potrafię się nawet na ciebie wściekać. Jedyne, co czuję, to głębokie współczucie – odpowiada cicho Hançer. – Żal mi ciebie i żal mi twojego syna. Niech Bóg ma go w swojej opiece, Beyza, a zwłaszcza niech strzeże go przed rodzoną matką.
– Nie waż się wymawiać imienia mojego dziecka! – wrzeszczy Beyza, po czym niespodziewanie zaczyna sama siebie okładać pięściami.
– Przestań, zrobisz krzywdę dziecku! Nie rób tego! Puść mnie! – krzyczy Hançer, usiłując powstrzymać jej dłonie i przerwać tę szamotaninę.
W tym samym momencie do pomieszczenia wpadają zaalarmowani domownicy, zwabieni przeraźliwymi wrzaskami.
– Co wy tu wyprawiacie?!
– Ona mnie zaatakowała! Rzuciła się na mnie z łapami! – wrzeszczy Beyza, histerycznie odgrywając rolę ofiary.
– To nieprawda, ona sama się bije! Zrobi krzywdę dziecku! – tłumaczy zszokowana Hançer.
– Beyza, czy ty oszalałaś?!
– Rozszarpię cię na strzępy, ty nędzarko! – wrzeszczy w kompletnym amoku Beyza.
– Beyza, opamiętaj się! – ktoś usiłuje odciągnąć ją siłą na bok.