
Kiedy próbował usiąść na łóżku, nagły ból przeszył jego ciało. Zachwiał się lekko, a ręcznik upadł na podłogę.
— Cihan! — Hancer natychmiast podtrzymała go za ramiona.
Jej dłonie były ostrożne i ciepłe. Pomogła mu usiąść, poprawiła poduszkę za jego plecami i uklękła przed nim z opatrunkami.
— Lepiej? — zapytała.
Cihan spojrzał na nią długo.
— Lepiej, bo jesteś tutaj.
Hancer spuściła wzrok, próbując ukryć emocje.
— Muszę zmienić opatrunek. Może boleć.
— Już boli — odpowiedział cicho.
Oboje wiedzieli, że nie mówił tylko o ranie.
Hancer zaczęła powoli rozpinać jego koszulę. Jej palce lekko drżały, gdy odsłaniała bandaż na jego brzuchu. Cihan obserwował ją w milczeniu, a w jego spojrzeniu nie było już dawnej surowości. Była
tylko czułość zmieszana z bólem.
Kiedy odkleiła bandaż i przyłożyła gazik do rany, Cihan syknął z bólu i odruchowo chwycił jej dłoń. Ich palce spleciły się nad otwartą raną.
Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło.
— Ta rana jest głęboka — wyszeptał Cihan. — Jej gojenie zajmie dużo czasu.
Hancer poczuła łzy pod powiekami.
— Wiem — odpowiedziała cicho.
Cihan spojrzał jej prosto w oczy.
— Nie chciałem, żebyś cierpiała.
— A jednak cierpieliśmy oboje.
Zapadła długa cisza, ale tym razem nie była już zimna i obca. Była spokojna, pełna ostrożnej nadziei.
Hancer dokończyła opatrywanie rany, a potem położyła dłonie na jego brzuchu tuż obok świeżego opatrunku.
— Może musimy zacząć od tego — powiedziała cicho. — Powoli. Bez uciekania.
Cihan położył swoją dłoń na jej dłoniach.
— Bez uciekania — powtórzył.
Za oknem zapadła noc, a ciepłe światło lampy otulało ich milczenie. Między bólem, strachem i niewypowiedzianymi słowami pojawiło się coś nowego — delikatna nadzieja, że nawet najgłębsze rany mogą
kiedyś zacząć się goić.