
Wyglądał tak, jakby czekał właśnie na nią.
Przez kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu. Między nimi zawisło ciężkie napięcie, którego nie były w stanie zagłuszyć nawet odległe głosy dochodzące z jadalni.
— Jak ci się podoba rola gościa w tym domu? — zapytał w końcu chłodno.
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, ale w oczach nie było ani odrobiny rozbawienia.
— Mam nadzieję, że czujesz się odpowiednio ugoszczona.
Hancer zacisnęła palce na materiale sukienki.
— Nie przyszłam tutaj, żeby się z tobą kłócić, Cihanie.
Chciała go minąć, ale zrobiła zaledwie jeden krok, gdy jego dłoń zatrzymała się na jej ramieniu. Nie ścisnął jej mocno, lecz wystarczająco stanowczo, by nie mogła odejść.
— Więc po co przyszłaś? — zapytał, patrząc jej prosto w oczy. — Żeby pokazać mi, jaka jesteś szczęśliwa?
Chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa? — przemknęło mu przez głowę. — Za każdym razem, gdy widzę cię obok niego, brakuje mi tchu. Serce wali mi tak, jakby miało rozerwać pierś, a ja wciąż muszę udawać, że nic już do ciebie nie czuję.
Hancer odwzajemniła jego spojrzenie.
Naprawdę niczego nie widzisz? — pomyślała z bólem. — Nie widzisz smutku w moich oczach? Nie rozumiesz, że nawet stojąc pośród tylu ludzi, wciąż patrzę tylko na ciebie?
Przez moment wydawało się, że Cihan powie coś jeszcze.
Zamiast tego puścił jej ramię i cofnął się o krok.
— Wiesz co? To już nie ma dla mnie znaczenia — powiedział lodowatym tonem. — Znasz dawnego Cihana. Gdyby to był tamten człowiek, nie pozwoliłby ci nawet przekroczyć progu tego domu. Zrównałby wszystko z ziemią.
Zaśmiał się gorzko.
— A jednak siedziałem z tobą przy jednym stole. Jak myślisz, dlaczego?
Hancer poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi.
— Nie wiem…
— Więc ci powiem. Bo jesteś dla mnie nikim.
Te słowa uderzyły ją jak policzek.
Hancer pobladła.
— Widziałem was przy wejściu — ciągnął Cihan. — Trzymaliście się za ręce. I właśnie wtedy wszystko się skończyło. Miłość się skończyła. Wyrzuciłem z serca wszystko, co miało z tobą związek. Nie zostało nic.
Hancer próbowała zachować spokój.
Powtarzała sobie, że jego słowa nie powinny już jej ranić.
A jednak każde z nich wbijało się w nią jak ostrze.
Cihan odwrócił się i odszedł bez oglądania się za siebie.
Hancer została sama na środku korytarza. Przez chwilę nie potrafiła się poruszyć. Tylko jej dłonie drżały lekko, zdradzając ból, którego nie chciała pokazać.
Wtedy usłyszała kroki.
Zza rogu wyłoniła się Beyza z dzieckiem w ramionach. Zatrzymała się przed Hancer i poprawiła kocyk okrywający niemowlę. Na jej twarzy malowała się pewność siebie granicząca z triumfem.
— Widziałaś? — zapytała spokojnie. — Cihan nie zwraca już na ciebie uwagi.
Hancer milczała.
— Wyszłaś za mąż za tego biednego kierowcę. Zamieszkaliście po sąsiedzku, przyszliście tu razem na kolację… i co? Niczego nie osiągnęłaś.
Beyza przytuliła dziecko mocniej do piersi.
— Udawanie szczęścia przed Cihanem nic ci nie dało. On zrezygnował z ciebie na dobre.
Jej głos stawał się coraz pewniejszy.
— Ja nigdy nie byłam dla niego chwilową zachcianką. Odkąd dowiedział się, że jestem w ciąży, ani razu we mnie nie zwątpił. Tak, wcześniej wyrzucał mnie z domu. Odsyłał do ojca. Upokarzał mnie. Ale ja się nie poddałam.
Spojrzała Hancer prosto w oczy.
— Walczyłam o niego do końca. Powtarzałam sobie: „Cokolwiek się stanie, należę do niego”. Nie szukałam pocieszenia w ramionach innego mężczyzny.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z wyjątkowym naciskiem.
Hancer zesztywniała.
— Dlatego właśnie nigdy nie mogłaś zostać jedną z Develioğlu — dodała Beyza chłodno. — Na szczęście twój mąż okazał się od ciebie rozsądniejszy.
Hancer spojrzała na nią z niepokojem.
— Co masz na myśli?
Kąciki ust Beyzy uniosły się w zadowolonym uśmiechu.
— Melih już rozmawia z ciocią o waszej wyprowadzce. Prowadzi negocjacje. Wygląda na to, że nie zamierza odejść z pustymi rękami.
Hancer zmarszczyła brwi.
— O czym ty mówisz?
Beyza nie odpowiedziała.
Z dzieckiem przytulonym do piersi odwróciła się i ruszyła korytarzem. Po chwili zniknęła za zakrętem, zostawiając Hancer samą z narastającym niepokojem.
Jeszcze przed chwilą bolały ją słowa Cihana.
Teraz w jej głowie zaczęło brzmieć coś innego.
Czy Melih naprawdę rozmawiał z Mukadder o wyprowadzce?
A jeśli tak, dlaczego nic jej nie powiedział?
Hancer stała nieruchomo na pustym korytarzu, czując, że tej nocy rezydencja nie wypuści jej bez kolejnej rany.