
Cihan jednym ruchem wyrwał telefon z rąk Hancer. Spojrzał na ekran — numer alarmowy 112 wciąż był aktywny. Bez wahania rozłączył połączenie i cisnął urządzenie na biurko, aż odbiło się głucho od drewnianej powierzchni.
Zmarszczył brwi i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Ty naprawdę straciłaś rozum? — zapytał ostro. — Chcesz stąd uciec za wszelką cenę. A pomyślałaś choć przez chwilę, co się stanie ze mną?
Hancer uniosła głowę. W jej oczach błysnęły łzy, ale głos — mimo drżenia — był stanowczy.
— A ty? — odbiła natychmiast. — Ty, kiedy to wszystko robiłeś, pomyślałeś o mnie?
Zrobiła krok w jego stronę.
— Pomyślałeś, że ja też mam dumę? Że mam godność?
Łza spłynęła po jej policzku, lecz nie otarła jej.
— Nawet jeśli ty tego nie widzisz, ja ją mam, Cihanie Develioglu! — jej głos nagle się zaostrzył. — I nigdy nie zapomnę, co mi tutaj zrobiłeś.
Oddech jej przyspieszył.
— Podczas gdy ja byłam samotna, ty spędzałeś czas ze swoją byłą żoną!
Zawahała się na ułamek sekundy, ale zaraz wyrzuciła z siebie kolejne słowa:
— I co dalej? Miałeś zamiar to kontynuować? — spojrzała mu prosto w oczy. — Powiedz mi… chodziłeś do niej nocami? Pukałeś do jej drzwi? Wyznawałeś jej miłość? Mówiłeś, że żałujesz?
— Dość! — wybuchł Cihan.
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią, jakby chciał wyrwać z niej te słowa.
— Przestań, Hancer! — warknął, po czym jego głos nieco się obniżył, choć napięcie w nim nie zniknęło. — Nie kochałem jej…
Hancer natychmiast wyrwała się z jego uścisku i odepchnęła go.
— Jeśli nie, to dlaczego byłeś z nią przez siedem lat?! — rzuciła z bólem. — Teraz najłatwiej zwalić wszystko na mnie, prawda? Odpowiedz!
Uderzyła go otwartymi dłońmi w pierś, raz, drugi — bardziej z rozpaczy niż z siły.
— Hancer, przestań! — syknął. — Gdyby ktoś inny był na twoim miejscu…
— Wiem — przerwała mu natychmiast. — Zrobiłbyś wszystko, żeby go zniszczyć.
Jej spojrzenie stwardniało.
— Przyzwyczaiłeś się, że wszystko można kupić. Że każdy się ugnie. Dlatego jesteś taki wściekły — bo pierwszy raz ktoś ci się sprzeciwia.
Podniosła głowę wyżej.
— Ale nie ja. Słyszysz? Nie ja, Cihanie Develioglu! — powiedziała z naciskiem. — Mogę powtarzać to tysiąc razy. Nigdy więcej nie będę twoją żoną!
Zapadła cisza.
— Naprawdę? — głos Cihana tym razem zadrżał, choć starał się to ukryć.
Wskazał ręką drzwi.
— W takim razie wyjdź. Skoro masz o mnie takie zdanie, to znaczy, że nigdy mi nie ufałaś. Nie ma sensu, żebyś tu była.
Jego spojrzenie stwardniało.
— Wynoś się.
Hancer nie odpowiedziała.
Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. Każdy krok był ciężki, jakby coś ją wciąż zatrzymywało.
Tuż przed wyjściem zatrzymała się.
Powoli odwróciła głowę i spojrzała na niego jeszcze raz — długo, uważnie, jakby chciała zapamiętać ten moment na zawsze.
Cihan stał nieruchomo w progu.
Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.
Potem Hancer odwróciła się i wyszła.
Zrobiła kilka kroków w korytarzu… i nie wytrzymała — obejrzała się przez ramię.
Cihan stał w drzwiach.
Przez sekundę patrzył na nią bez słowa.
Następnie z całej siły zatrzasnął drzwi.
Huk odbił się echem po całym domu.
Hancer zamarła.
Jej oczy natychmiast wypełniły się łzami. Zacisnęła powieki, jakby próbowała powstrzymać rozpacz, która właśnie się z niej wylewała.
A potem, nie oglądając się już więcej, zbiegła po schodach.
Drzwi domu otworzyły się z impetem. Cemil wpadł do środka, jak burza — roztrzęsiony, z twarzą napiętą od gniewu. Nawet nie zdjął kurtki. Ruszył prosto w głąb korytarza, Miał zabrać tylko dokumenty i od razu wyjść. Prosto na policję.
Derya pojawiła się niemal natychmiast.
— Cemilu, gdzie byłeś? — zapytała z niepokojem. — Byłeś w rezydencji? Powiedz mi, że nie zrobiłeś tam sceny…
Nie odpowiedział. Minął ją, jakby była powietrzem.
— Odsuń się — rzucił krótko. — Idę na komisariat.
Zatrzymała go, chwytając za ramię.
— Jaki komisariat?! — jej głos podniósł się gwałtownie. — Oszalałeś? Co ty robisz?
Cemil odwrócił się do niej. W jego oczach palił się gniew.
— A co mam zrobić?! — wybuchł. — Ten człowiek, którego tak wychwalaliśmy, zamknął Hancer jak więźnia! Trzyma ją w jednym domu z byłą żoną, która jest z nim w ciąży!
Zacisnął pięści.
— Nie pozwolę na to. Zgłoszę go. Pozwę go. Zrobię wszystko, żeby ją stamtąd wyciągnąć.
Derya ścisnęła jego ramię mocniej.
— Nie możesz — powiedziała ciszej, ale stanowczo. — Nie idź na policję. Nie rób tego.
Cemil zmrużył oczy i przyjrzał jej się uważniej.
— Powiedziałaś mi, że są na wakacjach — powiedział powoli. — Wiedziałaś?
Derya odwróciła wzrok.
— Nie… nic nie wiedziałam…
— Myślisz, że w to uwierzę? — jego głos stwardniał. — Wiedziałaś od początku. Wiedziałaś, że jego była żona tam jest, i mimo to wysłałaś tam moją siostrę.
Zrobił krok w jej stronę.
— Jak tylko wrócę z komisariatu, porozmawiamy o tym inaczej.
Derya uniosła głowę, próbując odzyskać kontrolę.
— Chciałam dla niej dobrze — powiedziała szybko. — Chciałam, żeby wyszła za bogatego mężczyznę, żeby miała lepsze życie. Czy to źle? Skąd miałam wiedzieć, że sytuacja tak wygląda?
Cemil pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Oszczędź mi tego. Idę na policję. Ten drań odpowie za to, co zrobił.
— Cemilu… — jej głos zadrżał — jeśli to zrobisz, wszystko wyjdzie na jaw.
Zatrzymał się. Powoli odwrócił głowę.
— Jakie „wszystko”? — zapytał cicho, ale niebezpiecznie. — O jakich sekretach mówisz?
Derya zawahała się tylko na chwilę.
— O tym, że twoja siostra sprzedała się za pieniądze.
Słowa zawisły w powietrzu jak cios. Cemil zamarł.
— Uważaj, co mówisz — powiedział przez zaciśnięte zęby.
— Mówię prawdę — odpowiedziała, choć w jej głosie pobrzmiewało napięcie. — Jeśli pójdziesz na policję, ludzie się dowiedzą. Wszystko wyjdzie na jaw. Co wtedy powiesz sąsiadom? Co będą mówić za naszymi plecami?
Zbliżyła się o krok.
— Będą szeptać, że siostra Cemila sprzedała się za milion.
— To nie było tak… — spróbował, ale głos mu się załamał.
— My to wiemy — weszła mu w słowo. — Ale plotek nie zatrzymasz. One żyją własnym życiem.
Zapadła cisza. Cemil odwrócił się, przeczesując dłonią włosy.
— Co mam zrobić? — zapytał bezradnie. — Mam milczeć? Udawać, że nic się nie dzieje, kiedy moja siostra błaga mnie o pomoc?
Derya spojrzała na niego uważnie, tym razem spokojniej.
— Naprawdę myślisz, że Cihan zrobiłby jej krzywdę? — zapytała ciszej. — Ten człowiek uratował ci życie. Znalazł lekarza, zapłacił za operację…
Zawiesiła głos.
— Zrobił to, bo kocha Hancer.
Cemil milczał.
— Czy ktoś, kto kocha aż tak, mógłby ją skrzywdzić? — dodała. — Czy to ma sens?
Zbliżyła się jeszcze bardziej.
— Nie rób niczego pochopnie. Daj im szansę.
Krótka pauza.
— Jeden dzień. Tylko jeden. Niech ją przeprosi. Niech walczy. Niech padnie przed nią na kolana, jeśli trzeba.
Jej głos złagodniał.
— A jeśli nic się nie zmieni… wtedy zrobisz, co uznasz za słuszne.
Cemil stał w milczeniu, rozdarty między gniewem a wątpliwościami.
Hancer wyszła z rezydencji powoli, jakby każdy krok kosztował ją więcej niż poprzedni. Słońce stało wysoko, oświetlając jasny podjazd i białą bramę, która jeszcze chwilę temu wydawała się dla niej granicą wolności. Jej spojrzenie błądziło po ogrodzie — po drzewach, ścieżkach, miejscach, w których śmiała się, wierzyła… i została zraniona.
Gdy znalazła się tuż przy furtce, wyciągnęła rękę, by ją otworzyć. Wtedy poczuła nagły, stanowczy uścisk na ramieniu.
Zadrżała.
Odwróciła głowę.
Cihan stał tuż za nią — napięty, z twardym spojrzeniem, w którym mieszała się złość i coś znacznie głębszego.
— Nigdzie nie pójdziesz — powiedział nisko. — Nie pozwolę na to.
Hancer wyrwała ramię, choć jego dłoń przez chwilę nie chciała jej puścić.
— Puść mnie, Cihanie — odpowiedziała, starając się opanować drżenie głosu. — To już koniec. Nie wrócę do tego domu. Nie masz prawa mnie zatrzymywać.
Nie odpowiedział.
Zamiast tego zrobił krok do przodu — i zanim zdążyła zareagować, uniósł ją bez wysiłku. Jej ciało znalazło się na jego ramieniu, jakby była lekka jak piórko.
— Cihanie! — krzyknęła, uderzając pięściami w jego plecy. — Postaw mnie! Słyszysz?! Nie żartuję!
On jednak szedł pewnym krokiem, nie zwalniając ani na moment.
Drzwi rezydencji otworzyła Gulsum, zaskoczona, ale posłuszna. Zamarła w progu, widząc scenę, która rozgrywała się na jej oczach.
W przestronnym, jasnym holu natychmiast zaczęli zbierać się domownicy. Kroki odbijały się echem od marmurowej posadzki.
Mukadder spojrzała na syna z niedowierzaniem.
— Cihanie… synu, co ty robisz? — zapytała, wstrząśnięta.
Nie odpowiedział. Jakby nikt poza Hancer nie istniał.
Minął wszystkich bez słowa, niosąc ją przez środek holu. Jej włosy opadały luźno, dłonie zaciskały się na jego koszulce, a oczy — pełne gniewu i bezsilności — szukały ratunku w twarzach mijanych ludzi.
Nikt się nie odezwał.
Drzwi sypialni otworzyły się z cichym trzaskiem.
Cihan wszedł do środka i ostrożnie — niemal wbrew temu, co wydarzyło się chwilę wcześniej — położył ją na łóżku.
Hancer natychmiast się podniosła, cofając się o kilka kroków.
— Zwariowałeś?! — wyrzuciła z siebie. — To jest chore!
Cihan patrzył na nią w milczeniu przez krótką chwilę, jakby próbował powstrzymać emocje, które narastały w nim z każdą sekundą.
— Prosiłem cię, żebyś została — powiedział w końcu, głosem napiętym jak struna. — Dałem ci wybór.
Zrobił krok w jej stronę.
— Odmówiłaś.
Odwrócił się i podszedł do drzwi. Metalowy zamek szczęknął głośno w ciszy.
Klik.
Hancer wstrzymała oddech.
— Co ty robisz? — wyszeptała.
Cihan nie odwrócił się od razu. Stał przez chwilę tyłem, jakby zbierał myśli, a potem powiedział spokojniej, choć w jego głosie nadal brzmiała twarda determinacja:
— Skoro nie chcesz zostać dobrowolnie… zostaniesz siłą.
Odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy.
— Tym razem nie będziesz tu sama.
Cisza, która zapadła między nimi, była cięższa niż wszystko, co padło wcześniej.
Wieczór zapadł cicho, niemal niezauważalnie. W salonie panował półmrok rozjaśniony jedynie ciepłym światłem lampy stojącej przy kanapie. Za oknem firany poruszały się lekko, jakby ktoś niewidzialny szeptał przez uchylone okno.
Derya postawiła na stoliku dwie szklanki herbaty. Cienkie łyżeczki zabrzęczały delikatnie o szkło. Usiadła obok męża, poprawiając spódnicę, i spojrzała na niego ukradkiem.
Cemil siedział nieruchomo, pochylony, z dłonią opartą o usta. Jego wzrok był nieobecny — jakby wciąż znajdował się gdzieś indziej. W rezydencji. Przy Hancer.
Nagle jego oczy zatrzymały się na jej dłoni.
Na złotych bransoletkach.
Zmarszczył brwi.
Jedna… i druga.
Pamiętał doskonale, że kiedyś była tylko jedna. W jego głowie natychmiast odezwał się głos Deryi, który kiedyś przyjął bez zastrzeżeń:
— „Pani Mukadder powiedziała, że jestem dla Hancer jak matka. Że na to zasługuję.”
Teraz te słowa zabrzmiały zupełnie inaczej.
Ciężej. Fałszywie.
Cemil wyprostował się gwałtownie, jakby coś w nim pękło.
— Mukadder dała ci te bransoletki, żebyś milczała, prawda? — powiedział chłodno. To nie było pytanie.
Derya drgnęła, ale szybko przybrała maskę zdziwienia.
— O czym ty mówisz? — odparła, unosząc brwi. — Dała mi je, bo jestem dla Hancer jak matka.
Cemil zaśmiał się krótko, gorzko.
— Jak matka? — powtórzył, patrząc na nią z niedowierzaniem. — Wstydź się, Deryo. Moja siostra dostała brudną, używaną suknię ślubną, a ty błyszczące złoto.
Jego głos stwardniał.
— Sprzedałaś jej los za te świecidełka.
Derya zerwała się z kanapy.
— Przesadzasz! — rzuciła ostro. — Robisz ze mnie potwora!
— Nie muszę nic robić — przerwał jej. — Sama nim jesteś.
Zapadła ciężka cisza.
— To koniec — dodał po chwili, ciszej, ale z o wiele większą siłą. — Słyszysz mnie? Nie mogę już na ciebie patrzeć. Nawet gdybyś mnie błagała, nie wybaczę ci.
W oczach Deryi pojawił się błysk gniewu.
— Jaki koniec? — zapytała, choć jej głos lekko zadrżał.
— Nasz koniec. Odchodzę.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu — dwoje ludzi, którzy jeszcze chwilę temu dzielili wspólny dom.
— Dobrze — powiedziała w końcu twardo. — Idź. Powodzenia.
Zrobiła krok w jego stronę, jakby chciała, by każde słowo dotarło do niego z pełną siłą.
— Zawsze wybierałeś ją. Zawsze! Swoją siostrę ponad mnie. Przez lata pracowałam dla was, znosiłam wszystko, żebyście byli szczęśliwi. A ty? Nigdy tego nie doceniłeś.
Jej oczy zaszkliły się, ale nie pozwoliła łzom spaść.
— Zamiast wdzięczności, dostaję obelgi.
Cemil nie odpowiedział.
— Masz rację — dodała jeszcze chłodniej. — To koniec. Rozwodzę się z tobą.
— Nie — odparł natychmiast. — To ja się z tobą rozwodzę.
Sięgnął po kurtkę.
— Dopóki się nie wyprowadzisz, będę spał w sklepie.
Odwrócił się i ruszył do drzwi. Nie spojrzał za siebie.
Drzwi zatrzasnęły się głośno, rozcinając ciszę mieszkania.
Derya została sama. Nieruchoma.
Z dłonią zaciśniętą na złotych bransoletkach, które nagle wydały się cięższe niż kiedykolwiek wcześniej.
Wieczór otulił rezydencję miękkim, chłodnym światłem. Reflektory odbijały się w wodzie basenu, tworząc na jej powierzchni drżące, niebieskawe refleksy. Panowała cisza — taka, która nie koi, lecz jeszcze mocniej uwydatnia ciężar myśli.
Sinem stała przy brzegu basenu, nieruchoma jak posąg. Wpatrywała się w gładką taflę wody, jakby szukała w niej odpowiedzi albo choćby chwili zapomnienia. Jej twarz była napięta, a spojrzenie nieobecne.
— Dobry wieczór — rozległ się za nią spokojny głos.
Drgnęła lekko i odwróciła się gwałtownie.
— Ach, to ty — powiedziała ciszej, z wyraźną ulgą. — Nie zauważyłam cię.
Melih zatrzymał się kilka kroków od niej. W świetle lamp jego twarz wydawała się łagodniejsza, ale oczy zdradzały zmęczenie.
— Przestraszyłem cię? Przepraszam — dodał.
— Nie. — Pokręciła głową, próbując się uśmiechnąć, choć bez powodzenia. — Po prostu byłam gdzieś daleko myślami.
Przez chwilę stali w ciszy, przerywanej jedynie cichym pluskiem wody.
— Chciałem ci podziękować — odezwał się w końcu Melih. — Rozmawiałem z Aysu. Powiedziała mi wszystko. Gdybyś jej nie ochroniła, sytuacja mogłaby wymknąć się spod kontroli.
Sinem spuściła wzrok.
— Zrobiłam tylko to, co uważałam za słuszne.
— Wzięłaś winę na siebie — ciągnął dalej, uważnie jej się przyglądając. — Mam nadzieję, że nie będziesz miała przez to problemów.
— Nie martw się — odpowiedziała spokojnie. — Nie będę miała żadnych problemów.
Melih skinął głową.
— Dziękuję — powtórzył ciszej. — W imieniu mojej mamy i Aysu.
Zawahał się na moment, jakby kolejne słowa nie chciały przejść mu przez gardło.
— A skoro już tu jestem… przyszedłem się pożegnać.
Sinem uniosła na niego wzrok.
— Wyjeżdżasz?
— Jutro — potwierdził krótko. — Opuszczam rezydencję.
Na jej twarzy pojawił się cień zdziwienia.
— Powinieneś się cieszyć — powiedziała po chwili. — Morze, wolność… to przecież twój świat.
Melih uśmiechnął się słabo, niemal bez przekonania.
— Właśnie w tym problem… — westchnął. — Nic nie czuję. Ani radości, ani smutku. To nie jest wybór. To konieczność.
Sinem przyjrzała mu się uważniej.
— Chodzi o pieniądze?
Pokręcił głową.
— Nie. — Zrobił krótką pauzę. — Po prostu… nie mam tu już miejsca.
Te słowa zawisły między nimi ciężko.
— A twoja mama? Aysu? — zapytała cicho. — One nie są powodem, żeby zostać?
Melih odwrócił wzrok w stronę ogrodu, jakby szukał tam siły, by odpowiedzieć.
— Właśnie dlatego odchodzę — powiedział w końcu. — Bo są dla mnie ważne.
Sinem zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc.
— Czasem… — dodał spokojniej — najlepsze, co możesz zrobić dla bliskich, to zniknąć, zanim wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje.
Spojrzał na nią po raz ostatni. W jego oczach było coś, co przypominało niedopowiedziane słowa.
Lekko skinął głową.
— Dbaj o siebie, pani Sinem.
Nie czekał na odpowiedź.
Odwrócił się i odszedł powoli w stronę rezydencji. Jego sylwetka stopniowo ginęła w półmroku ogrodu.
Sinem została sama. Znów spojrzała na wodę.
Tym razem jednak jej odbicie było rozmazane — jakby nawet spokojna tafla nie była w stanie udźwignąć ciężaru tego, co właśnie usłyszała.
Następnego dnia.
Poranek w rezydencji był nienaturalnie cichy — jakby ściany same wyczuwały, że coś ma się wydarzyć. Ciszę przerywa nagle dźwięk dzwonka.
Gulsum podchodzi do drzwi i otwiera je ostrożnie. Na progu stoi Yonca. Wyprostowana, pewna siebie, z chłodnym spojrzeniem, które od razu budzi niepokój.
— Słucham? — pyta pokojówka, marszcząc lekko brwi.
— Chcę się zobaczyć z panem Cihanem — odpowiada Yonca spokojnie. — Jest w domu?
Z głębi korytarza nadchodzi Mukadder. Jej kroki są powolne, ale zdecydowane. Zatrzymuje się obok Gulsum i mierzy przybyłą przenikliwym, lodowatym spojrzeniem.
— W jakiej sprawie? — pyta bez ogródek. — O czym chcesz z nim rozmawiać?
Yonca nie spuszcza wzroku.
— O czymś bardzo ważnym.
Mukadder unosi lekko podbródek.
— Jeśli sprawa dotyczy Beyzy, możesz powiedzieć to mnie.
— Nie — odpowiada stanowczo Yonca. — To coś, co mogę powiedzieć tylko panu Cihanowi.
Na twarzy Mukadder pojawia się cień irytacji.
— Cihana nie ma — rzuca chłodno. — Więc możesz sobie iść.
Yonca splata ręce na piersi.
— W takim razie poczekam.
Krótka cisza. Napięcie gęstnieje.
— Możesz czekać — odpowiada Mukadder lodowatym tonem — ale nie tutaj. Na zewnątrz. Gulsum, zaprowadź ją do basenu.
Pokojówka skinęła głową i ruszyła przodem. Yonca podążyła za nią bez słowa, jakby i tak osiągnęła już to, co chciała.
Gulsum zaprowadziła Yoncę na tyły rezydencji, w stronę basenu, po czym zostawiła ją tam samą. Dopiero gdy oddaliła się na bezpieczną odległość, sięgnęła po telefon. Zatrzymała się na chwilę i wybrała numer Beyzy.
— Powiedziałaś, żebym zadzwoniła, jeśli coś się stanie… — powiedziała cicho, gdy Beyza odebrała. — Przyszła twoja przyjaciółka. Pani Yonca. Chce widzieć się z panem Cihanem.
— Co?! — głos Beyzy zadrżał wyraźnie. — Co ona tam robi?
— Powiedziałyśmy jej, że go nie ma, ale nie chce odejść. Pani Mukadder kazała jej czekać przy basenie.
Beyza zamilkła, jakby nagle zabrakło jej powietrza. Powoli opuściła rękę z telefonem. Jej twarz zbladła jeszcze bardziej, a oczy rozszerzyły się ze strachu.
Świat wokół niej jakby na moment się zatrzymał.
— Jestem skończona… — szepnęła do siebie, czując, jak zimny lęk ściska jej gardło.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 72.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.