
Samochód zatrzymał się z cichym szarpnięciem. Melih nawet nie zdążył wyłączyć silnika, gdy Sinem już wysiadła, jakby każda sekunda była na wagę życia.
Na dziedzińcu, w ostrym świetle dnia, dostrzegła ją od razu.
Hancer siedziała na ławce, nieruchoma, jakby ktoś odebrał jej siły. Blada, z podkrążonymi oczami, wciąż w tych samych ubraniach. Wyglądała, jakby noc nie tylko minęła bez snu, ale i zabrała ze sobą resztki nadziei.
Sinem podeszła powoli i usiadła obok niej.
— Wszystko w porządku? — zapytała cicho, uważnie jej się przyglądając. — Nie spałaś i nic nie jadłaś, prawda?
Hancer uśmiechnęła się blado, niemal niewidocznie.
— Czy można jeść, kiedy Cihan jest w takim stanie?
Te słowa zabrzmiały jak wyznanie winy.
Sinem bez wahania objęła ją ramieniem i przyciągnęła do siebie. Hancer przez moment się opierała, ale tylko przez moment. Potem wtuliła się w nią, jak ktoś, kto już nie ma siły stać sam.
— Są jakieś wieści? — zapytała Sinem ciszej. — Lekarz coś powiedział?
Hancer pokręciła głową.
— Nie wiem… nie mogę zapytać. Próbowałam wejść, ale od razu mnie wyrzucili.
W jej głosie nie było żalu. Była tylko rezygnacja.
Sinem zacisnęła usta.
— Najłatwiej znaleźć jednego winnego — powiedziała gorzko. — I udawać, że to rozwiązuje wszystko.
Hancer odsunęła się lekko i spojrzała na nią z bólem.
— Nie próbuj mnie pocieszać, siostro Sinem… To moja wina. Cihan leży tu przeze mnie.
— Nie — przerwała stanowczo Sinem. — To nie jest takie proste.
Położyła dłoń na jej ramieniu i ścisnęła ją lekko.
— Wszyscy jesteśmy winni. My. Cała rodzina. — Jej głos zadrżał, ale nie stracił siły. — Ukrywaliśmy przed tobą prawdę. Pozwoliliśmy ci być w zamknięciu. To my doprowadziliśmy do tego, co się stało.
Hancer patrzyła na nią w milczeniu.
— W pewnym sensie… — dodała Sinem ciszej — wszyscy razem pociągnęliśmy za spust.
Słowa zawisły między nimi ciężko.
— Ja nawet nie chciałam mu grozić… — wyszeptała Hancer. — Powiedziałam tylko, żeby mnie zastrzelił, jeśli nie zamierza mnie wypuścić…
Jej głos załamał się na ostatnich słowach.
Sinem delikatnie pogładziła jej ramię, jakby chciała zatrzymać ten ból.
— Hancer… — zaczęła ostrożnie — jak znalazłaś tę broń?
— Była w szufladzie.
— W szufladzie? — powtórzyła Sinem, marszcząc brwi. — Cihan nie zostawiłby jej tak po prostu. Na pewno była schowana. W pudełku. Ktoś musiał ci powiedzieć, gdzie jej szukać.
Hancer zamilkła.
Jej palce zacisnęły się na materiale spódnicy, a spojrzenie uciekło gdzieś w bok.
Sinem przyjrzała jej się uważnie.
— Czy to Beyza? — zapytała wprost.
Cisza.
— Hancer, proszę. — Jej ton złagodniał, ale nie stracił stanowczości. — Cihan prawie zginął przez tę broń. Muszę wiedzieć. Czy to Beyza ci powiedziała?
Hancer skuliła się jeszcze bardziej, jakby każde słowo było dla niej ciężarem nie do uniesienia.
To wystarczyło.
Sinem powoli skinęła głową.
— Rozumiem — powiedziała cicho. — Nie musisz nic mówić.
Po chwili Hancer wyszeptała:
— To niczego nie zmienia… Nie powinnam była jej słuchać.
Sinem odwróciła wzrok. Jej spojrzenie stwardniało.
Beyza… Twoje gry zaszły za daleko. Tym razem nie ujdzie ci to na sucho — pomyślała.
Przymknęła oczy na krótką chwilę, a gdy je otworzyła, nie było już w nich wahania.