
Cihan i Spisek Fałszywego Dziedzica: Kiedy Własna Rodzina Staje Się Największym Wrogiem!
Witajcie w świecie, gdzie więzy krwi stają się najcięższymi łańcuchami, a walka o własne szczęście wymaga najwyższego poświęcenia. Wyobraźcie sobie mężczyznę, Cihana, który postanawia postawić wszystko na jedną kartę. Dla nowej przyszłości u boku ukochanej Hançer jest gotów spalić za sobą wszystkie mosty – bez wahania odcina się od wpływowego wuja Nusreta i ze stoickim spokojem znosi potężny gniew Mukadder, która w akcie ostatecznej desperacji odmawia mu matczynego błogosławieństwa. “Ten zeszyt został zamknięty” – oświadcza twardo Cihan, przekonany, że najgorsze ma już za sobą. Nawet nie podejrzewa, że w tej samej chwili sam wkracza w oko cyklonu. Podczas gdy Cihan walczy o miłość, za murami jego imperium rodzi się bezlitosny plan zemsty. Upokorzony i wyrzucony za drzwi Nusret oraz jego żądna władzy córka, Beyza, nie zamierzają odejść w zapomnienie. Ich intryga uderza w najczulszy punkt – postanawiają uczynić nienarodzone dziecko Yoncy, którego pochodzenie owiane jest tajemnicą, nowym dziedzicem wielkiego rodu Develioğlu! Ten mroczny układ ma zniszczyć nowe życie Cihana, zanim to w ogóle się rozpocznie.
Plan wydaje się perfekcyjny, a tryby zemsty ruszają pełną parą. Jednak los bywa niezwykle kapryśny. W tej samej chwili, w cichych korytarzach kliniki ginekologicznej, zamyślona Yonca znika za drzwiami gabinetu lekarskiego, zostawiając w poczekalni telefon. Aparat wibruje, gdy Beyza gorączkowo próbuje się z nią skontaktować, by dopełnić spisku. Nikt nie odbiera. Czy spiskowcy zdążą zrealizować swój okrutny plan, czy może milczenie Yoncy jest zwiastunem zupełnie nowej, nieprzewidzianej tragedii? Kto ostatecznie zasiądzie na szczycie imperium Develioğlu?
Chcesz wiedzieć, czy Cihan odkryje prawdę, zanim będzie za późno? A może intryga Beyzy legnie w gruzach przez jeden nieodebrany telefon? Zostaw łapkę w górę, zasubskrybuj kanał i kliknij dzwoneczek, aby nie przegapić kolejnych, pełnych napięcia zwrotów akcji! Podziel się w komentarzu swoimi teoriami – jak potoczą się losy imperium Develioğlu?
Deszcz uderzał o wysokie szyby Develioğlu Holding z taką siłą, jakby samo niebo postanowiło tego dnia uczestniczyć w rodzinnym sądzie, który właśnie miał się rozegrać za zamkniętymi drzwiami gabinetu prezesa. Budynek, zwykle lśniący chłodnym spokojem nowoczesności, wyglądał teraz jak twierdza oblężona nie przez wrogów z zewnątrz, lecz przez własne tajemnice. W jednym z najwyższych pięter, w przestronnym biurze pachnącym drewnem, skórą i kawą, panowało napięcie tak gęste, że niemal można je było dotknąć.
Cihan stał przy biurku, wyprostowany, z jedną dłonią opartą o jego krawędź. Granatowa marynarka podkreślała szerokość jego ramion, a czarna koszulka nadawała mu jeszcze bardziej surowy, nieustępliwy wygląd. W jego oczach nie było już śladu zawahania. Był zmęczony, rozdrażniony, ale zarazem dziwnie spokojny w swojej wściekłości. To był ten rodzaj ciszy, który pojawia się w człowieku dopiero wtedy, gdy decyzja została już podjęta i nie istnieje żadna droga odwrotu.
Naprzeciw niego stała Mukadder. Jej twarz, zwykle pełna chłodnej kontroli, była teraz napięta od gniewu. Czarno-biała koszula w geometryczne wzory drżała lekko przy każdym gwałtowniejszym oddechu. Kobieta nie przyszła tu, by rozmawiać. Przyszła, by oskarżać. Przyszła, by przypomnieć synowi, kim jest, komu zawdzięcza pozycję i dlaczego nie ma prawa zrywać więzów, które według niej były święte.
– Jak mogłeś? – wyrzuciła z siebie, nie czekając nawet, aż drzwi całkiem się zamkną za jej plecami. – Jak mogłeś posunąć się do czegoś takiego, Cihanie? Jak mogłeś upokorzyć własnego wuja, człowieka, który przez całe lata oddawał tej firmie swoje życie?
Cihan nawet nie mrugnął. – Nie mów mi o nim w ten sposób. – W jaki sposób mam o nim mówić? – podniosła głos, podchodząc bliżej. – Jak o zdrajcy? Jak o nikim? Jak o człowieku, którego można wyrzucić jak niepotrzebny papier? Nusret był przy tej rodzinie wtedy, kiedy ty jeszcze nie wiedziałeś, co znaczy odpowiedzialność. Pomagał twojemu ojcu. Trzymał firmę w pionie. Nosił ciężary, których ty nawet nie widziałeś!
Cihan odwrócił głowę ku wielkim oknom, ale tylko na chwilę. Jakby chciał zdusić w sobie wybuch. Kiedy znów spojrzał na matkę, jego wzrok był twardy jak stal. – Dla mnie ten człowiek już nie istnieje.
Mukadder zamarła. – Co powiedziałeś?. – Powiedziałem, że dla mnie on nie istnieje – powtórzył wyraźnie, wolno, każde słowo wypowiadając tak, jakby wykuwał je młotem w kamieniu. – Nie mam żadnego wuja. Nie mam wobec niego długu. Nie mam wobec niego obowiązku. Ta sprawa jest zamknięta. Zeszyt został zamknięty. Raz na zawsze.
Słowa zawisły w powietrzu jak cios. Mukadder przez moment patrzyła na syna z niedowierzaniem, a potem wybuchnęła gorzkim śmiechem. – Zeszyt został zamknięty? Tak po prostu? To tak teraz rozwiązuje się sprawy w tej rodzinie? Jednym zdaniem? Jednym gestem? Jednym podpisem?
– To nie jeden gest – odpowiedział Cihan coraz bardziej lodowato. – To lata milczenia. Lata manipulacji. Lata układów, na które wszyscy przymykali oczy, bo tak było wygodniej. Ja już nie będę przymykał. – Jesteś ślepy! – syknęła Mukadder. – Ślepy i niewdzięczny! – Nie. Wreszcie widzę.
Kobieta zacisnęła usta. Wiedziała, że traci grunt. A jednak nie zamierzała ustąpić. Nie po to weszła do tego biura. Nie po to wspięła się aż tu, cała drżąca od gniewu i lęku. Bo pod jej gniewem krył się lęk. Lęk przed zmianą. Lęk przed utratą wpływu. Lęk przed synem, który przestaje należeć do niej.
– To przez tę dziewczynę – powiedziała nagle z jadem. – Odkąd pojawiła się Hançer, przestałeś być sobą. Stałeś się porywczy, głuchy na rozsądek, zbuntowany. Niszczyłeś relacje, które budowano latami, a wszystko w imię czego? Miłości? Kaprysu? Chwili słabości?
Cihan drgnął, ale nie z zawahania. Z gniewu. – Uważaj, co mówisz o mojej żonie. – Żonie? – rzuciła drwiąco. – Ty naprawdę jeszcze masz odwagę wypowiadać to słowo z taką dumą? Spójrz, do czego cię doprowadziła. Skłóciła cię z rodziną. Odwróciła cię od własnej krwi. A teraz chcesz dla niej spalić wszystkie mosty?
– Nie dla niej – poprawił ją ostro. – Dla siebie. Dla mojego życia. Dla mojego wyboru. Dla przyszłości, której nikt z was nie ma prawa mi odbierać.
Mukadder spojrzała na niego z rosnącym niepokojem, jakby nagle po raz pierwszy zrozumiała, że jej syn nie prowadzi już z nią zwykłego sporu. Że to nie była jedna z tych sprzeczek, po których wystarczy kilka łagodnych słów, odrobina winy i stary porządek wraca na swoje miejsce. Nie. Tym razem coś się naprawdę kończyło. Cihan powoli obszedł biurko i stanął przed nią twarzą w twarz.
– Posłuchaj mnie dobrze, mamo – powiedział nisko, ale z siłą, która sprawiła, że Mukadder aż zesztywniał. – Ja podjąłem decyzję. Ostateczną. Chcę mieć własną rodzinę. Własny dom. Własne dzieci. Chcę nowego życia u boku Hançer. I nikt, słyszysz? Nikt nie jest w stanie mi w tym przeszkodzić.
Na twarzy Mukadder pojawiło się coś więcej niż oburzenie. To był cień prawdziwej urazy, niemal osobistej zdrady. – Własną rodzinę? – powtórzyła cicho, prawie szeptem. – A we czym jesteśmy? Czym ja jestem?
Cihan nie odpowiedział od razu. To milczenie zraniło ją bardziej niż jakiekolwiek słowa. – Byliście moją rodziną – odezwał się w końcu. – But rodzina nie polega na tym, że dusi się człowieka dla własnej wygody. Rodzina nie handluje uczuciami. Nie wybiera za mnie, z kim mam żyć, kogo kochać i jaką drogą mam iść. Ja nie jestem już dzieckiem, które można ustawiać. Skończyło się.
– Nadal jesteś moim synem! – wybuchła. – Nadal nosisz moje imię, moje poświęcenie, moje lata! Nie mów do mnie tak, jakbym była obcą kobietą! – Więc nie stawaj po stronie tych, którzy próbują zniszczyć moje życie. – Nusret nie próbuje zniszczyć twojego życia! – On od lat robi wszystko, by kontrolować moje życie. – Bo troszczy się o tę rodzinę! – Nie. Bo troszczy się o władzę.
Mukadder oddychała ciężko. Czuła, jak wymyka jej się nie tylko rozmowa, ale całe macierzyńskie panowanie, które przez tyle lat uważała za nienaruszalne. Zmieniła więc ton. Nieco niższy, bardziej miękki, a przez to jeszcze bardziej niebezpieczny.
– Cihanie… – zaczęła, wyciągając ku niemu dłoń. – Przestań być taki uparty. Jeszcze możesz to naprawić. Zejdź z tej drogi, zanim będzie za późno. Pojedź do wuja. Porozmawiaj z nim. Pogódźcie się. Rodzina nie może rozpaść się przez jedną kobietę.
Cihan cofnął się o pół kroku, unikając jej dłoni. – Nie będę go przepraszał. – Musisz. – Nie muszę niczego. – Mówię ci jako matka!. – A ja odpowiadam ci jako mężczyzna, który wreszcie sam decyduje o swoim życiu.
Mukadder zadrżały wargi. – Więc to twoje ostatnie słowo?. – Tak.
Zapadła cisza. Ciężka, długa, niemal uroczysta. Potem Mukadder wyprostowała się, a jej twarz stwardniała w sposób, który Cihan znał od dziecka. Tak wyglądała zawsze wtedy, gdy nie przemawiała już matka, lecz kobieta przyzwyczajona do wydawania wyroków.
– Skoro tak – powiedziała bardzo powoli – skoro wybierasz tę drogę, skoro wybierasz Hançer zamiast swojej rodziny, zamiast krwi, zamiast matki… to słuchaj mnie teraz ty. Jeśli nie zrezygnujesz z tej dziewczyny, jeśli nie odwrócisz się od tego obłędu, to ja nie udzielę ci swojego matczynego błogosławieństwa.
Cihan zamarł. Mukadder nie spuszczała z niego wzroku. – Nie wybaczę ci praw matki – dodała z naciskiem. – Nie będę miała cię za syna, który idzie dobrą drogą. Nie będę nad tobą modlić się jak nad dzieckiem, które zasługuje na spokój. Pójdziesz bez mojego błogosławieństwa. Sam. Z ciężarem, który sam sobie wybrałeś.
To był cios, którego nawet on się nie spodziewał. W oczach Cihana pojawiło się coś, co zniknęło niemal natychmiast – cień bólu, dziecięcego, głęboko ukrytego. Mukadder zauważyła go i przez ułamek sekundy sama poczuła ukłucie. Ale było już za późno. Słowa padły. Zatrzasnęły między nimi drzwi cięższe niż te ze szkła i stali.
– Naprawdę to robisz? – zapytał cicho Cihan. – Ty mnie do tego zmuszasz. – Nie. To twój wybór. – Mój wybór? – powtórzyła z gorzkim niedowierzaniem. – Mój syn wyrzeka się wuja, rzuca rodzinie wyzwanie, wybiera kobietę, która przyniosła same konflikty, i jeszcze śmie mówić o moim wyborze? – Tak. Bo mogłaś dziś wybrać mnie. Ale wybrałaś władzę nad moim życiem.
Mukadder odwróciła twarz, jakby nie chciała, by zobaczył wilgoć zbierającą się w jej oczach. Lecz łzy nie spadły. Nie była kobietą, która płakała przed kimkolwiek. Zwłaszcza nie w chwili porażki. – Jeszcze pożałujesz – powiedziała lodowato. – I oby wtedy było do kogo wracać.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła do drzwi. Jej kroki odbijały się po gabinecie z suchym, bezlitosnym dźwiękiem. Gdy wyszła, nie obejrzała się ani razu. Drzwi zamknęły się z głuchym kliknięciem.
Dopiero wtedy Cihan opadł z sił. Jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, jakby nie wierzył, że naprawdę został sam. Potem powoli usiadł za biurkiem. Oparł łokcie na blacie, wsunął palce we włosy i zamknął oczy. Twarz, przed chwilą twarda i nieprzenikniona, zdradzała teraz pełne zmęczenie. Wewnątrz kipiał gniew, ale pod nim tlił się żar bólu. Był wściekły na matkę, na wuja, na całą rodzinę, na ich próby rozporządzania jego losem. A jednak najbardziej bolało go to, że nawet teraz, kiedy po raz pierwszy tak jasno wypowiedział swoje pragnienie – rodzinę, dzieci, życie z Hançer – nie usłyszał nic poza groźbami, szantażem i pogardą.
Podniósł głowę i spojrzał w deszcz za oknem. – Nawet jeśli zostanę sam – wyszeptał do pustego gabinetu – i tak się nie cofnę.
Na zewnątrz Nusret wychodził już z budynku firmy z twarzą człowieka, którego duma została publicznie roztrzaskana. Obrotowe drzwi zakręciły się za nim z chłodną elegancją, która jeszcze bardziej go rozwścieczyła. Szary golf, ciemna marynarka, pewny krok – wszystko to próbowało zachować resztki godności. Ale w jego oczach płonęło upokorzenie. Szedł w stronę samochodu szybko, niemal zbyt szybko jak na mężczyznę w jego wieku. Zacisnął szczęki tak mocno, że aż zarysowały mu się mięśnie przy policzkach.
– Zobaczymy, Cihanie… – syknął pod nosem. – Słono zapłacisz za to. Za to braterstwo. Za ten policzek. Za to, że odważyłeś się zamknąć mi drzwi przed nosem.
Wyciągnął telefon z kieszeni z takim ruchem, jakby chciał kogoś zadźgać samym urządzeniem. Przez chwilę patrzył na ekran, a potem wybrał numer, który znał na pamięć.
W tym samym czasie, wiele ulic dalej, w salonie pogrążonym w popołudniowym półmroku, Beyza krążyła nerwowo po dywanie. Miała na sobie czerwony golf i szare spodnie, ale zamiast zwykłej elegancji roztaczała wokół siebie aurę niespokojnego oczekiwania. Co kilka sekund zerkała na telefon. Niecierpliwość poruszała nią jak elektryczny prąd. Gdy wreszcie aparat zadzwonił, odebrała natychmiast.
– Halo? Tato? Co się stało?. Głos Nusreta był szorstki, przepełniony jadem. – Stało się to, że twój ukochany Cihan wyrzucił mnie za drzwi. Wyrzucił mnie z firmy jak zwykłego intruza.
Beyza zatrzymała się w pół kroku. Przez moment udawała zaskoczenie, ale w jej oczach natychmiast pojawił się błysk satysfakcji. – A więc jednak to zrobił – powiedziała ciszej. – Mówiłam ci, że do tego dojdzie. – Ten chłopak oszalał. – Nie oszalał. Oślepiła go Hançer – odparła chłodno. – Ale skoro sam postanowił odciąć się od wszystkiego, co go chroniło, trzeba mu pokazać, jak wygląda życie bez kontroli. Bez spokoju. Bez czystego nazwiska.
Nusret otworzył drzwi samochodu, ale nie wsiadł. Stał oparty o karoserię, słuchając córki z rosnącą uwagą. – Mów. Beyza uśmiechnęła się do siebie, powoli, niemal z rozkoszą. – Największą karą, jaką możemy mu wymierzyć, nie będzie kolejna awantura. Nie będzie też wojna w firmie. Największą karą będzie to, że uzna ojcostwo dziecka Yoncy.
Po drugiej stronie zapadła chwila milczenia. – Tak – mruknął w końcu Nusret, a w jego głosie pojawiło się okrutne zadowolenie. – Tak… To byłby cios. Dziedzicem rodu Develioğlu zostałoby dziecko o niepewnym pochodzeniu. Piękne. Naprawdę piękne.
– I pomyśl tylko – ciągnęła Beyza, chodząc wolniej po salonie – Cihan, który marzy o swoim idealnym, czystym nowym życiu z Hançer, zostanie wciągnięty w skandal, z którego nie wyplącze się latami. A Hançer? Ona będzie musiała patrzeć, jak nad ich małżeństwem wisi obce dziecko, obca kobieta i niekończące się plotki.
Nusret parsknął krótko. – Wreszcie mówisz rozsądnie. – Bo tylko to go zaboli naprawdę. Nie pieniądze. Nie władza. Nie stanowisko. Tylko przyszłość, którą sobie wymarzył. – Zadzwoń do Yoncy – rzucił ostro. – Natychmiast. Musicie wszystko omówić. Ani chwili zwłoki. – Dobrze, tato. Zaraz do niej zadzwonię. – I Beyza…. – Tak?. – Od dziś nie cofamy się ani o krok.
Jej uśmiech stał się jeszcze chłodniejszy. – O to nie musisz się martwić.
Rozłączyli się. Nusret odsunął telefon od ucha i spojrzał na szklaną fasadę Develioğlu Holding. Krople deszczu rozmazując odbicia, sprawiały wrażenie, jakby budynek sam płakał. Ale Nusret nie znał litości. Uniósł głowę, jakby kierował słowa nie do pustej przestrzeni, lecz prosto do gabinetu na górze.
– Spróbuj mnie teraz wykreślić ze swojego życia, Cihanie – powiedział z pogardliwym uśmiechem. – Zobaczymy, jak daleko zajedziesz.
Tymczasem w salonie Beyza była niemal wniebowzięta. Zatrzymała się przy stoliku, przycisnęła telefon do piersi i zaśmiała się cicho, z niedowierzaniem i ekscytacją. – Mój ojciec oficjalnie się zgodził… – szepnęła sama do siebie. – Nareszcie. Nareszcie!
W jej głowie obrazy układały się już jeden za drugim: powrót do rezydencji, spojrzenia pełne respektu, miejsce przy stole, z którego nikt nie będzie mógł jej usunąć, Hançer zmuszona do milczenia, Mukadder znowu skłonna przyjąć ją jako sojuszniczkę, a Cihan – rozbity, uwikłany, bezsilny.
– Wrócę tam nie jako gość – mówiła dalej do pustego salonu. – Wrócę jako ktoś ważny. Jako ktoś, kogo nie da się pominąć. Wrócę i wszyscy będą musieli się z tym pogodzić.
Bez zwłoki wybrała numer Yoncy. Rozległ się sygnał połączenia. Raz. Drugi. Trzeci. Beyza przyłożyła telefon mocniej do ucha, marszcząc brwi.
W tym samym momencie Yonca siedziała na wąskim krzesełku przed gabinetem w klinice ginekologicznej. Korytarz pachniał środkami dezynfekcyjnymi i nienaturalną sterylnością. Na ścianach wisiały wyblakłe plakaty o zdrowiu matki i dziecka, a nad drzwiami jednego z gabinetów widniał prosty napis: „Doktor Odası”.
Yonca wyglądała na roztrzęsioną. Jej rude włosy spadały na ramiona, chabrowy golf podkreślał bladość twarzy, a dłonie nerwowo ściskały pasek czarnej torby. Przez ostatnie dni żyła w stanie napięcia, które nie pozwalało jej oddychać pełną piersią. Jedna część niej chciała uciec od tego wszystkiego – od kłamstw, oczekiwań, układów, od Beyzy i Nusreta, od nazwiska Develioğlu, które obiecywało bezpieczeństwo, a pachniało pułapką. Druga część wciąż powtarzała jej, że teraz nie ma odwrotu. Że zaszła za daleko.
Drzwi gabinetu otworzyły się i wyszła pielęgniarka w różowym uniformie. – Yonca Hanım? – zapytała uprzejmie. – Pani kolej. Zapraszam. Yonca drgnęła, jakby wyrwana z mrocznego snu. – Już? – zapytała głucho. – Tak, proszę wejść.
Yonca podniosła się powoli. Jej czarna torba osunęła się z ramienia. – Czy mogę zostawić ją tutaj? – zapytała, wskazując na krzesło. – Oczywiście – odpowiedziała pielęgniarka. – Nic jej nie będzie.
Yonca skinęła głową i weszła do środka. Torba została na krześle. Lekko otwarta. Po kilku sekundach w jej wnętrzu rozbłysnął ekran telefonu. „Beyza arıyor”. Urządzenie zawibrowało, potem zaczęło dzwonić, ale stłumione materiałem torby brzmienie ginęło w ciszy korytarza. Nikt go nie zauważył.
W salonie Beyza odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran. – No nie… – mruknęła. – Odbierzże ten telefon. Spróbowała ponownie. Znów sygnał. Znów brak odpowiedzi. Zaczęła chodzić szybciej, coraz bardziej zdenerwowana. Przed chwilą była pijana triumfem, teraz zaczynała ją pożerać irytacja. W jej planach wszystko powinno dziać się natychmiast. Ludzie mieli odbierać, słuchać, wykonywać. Zwłaszcza teraz, kiedy stawka była tak wysoka.
– Yonca, nie każ mi na siebie czekać – syknęła, wciskając czerwony przycisk tylko po to, by od razu ponownie zadzwonić. – Nie dziś. Nie teraz.
W klinice telefon znów zadrżał w torbie. Ekran rozjaśnił ciemne wnętrze, po czym przygasł. Po chwili znów rozbłysł. Imię Beyzy wracało jak natarczywy omen. Yonca siedziała już naprzeciwko lekarki, ale ledwo słyszała pytania. Myślami była gdzie indziej. W głowie miała urywki rozmów, niedopowiedziane obietnice, twarze ludzi, którzy próbowali uczynić z jej ciąży narzędzie. Czasem wydawało jej się, że trzyma w dłoniach coś potężnego, coś, co może otwierać jej drzwi do innego życia. Innym razem czuła, że sama staje się pionkiem, którego każdy chce ustawić na planszy zgodnie ze swoim interesem.
– Proszę się rozluźnić – powiedziała lekarka, zauważając jej stan. – Jest pani bardzo spięta. Yonca spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło z tego tylko drżenie ust. – To stres. – Rozumiem. Ale dla dziecka spokój jest ważny.
Dla dziecka. Te dwa słowa przeszyły ją na wskroś. Dla dziecka… czy dla planu?.
Na zewnątrz Beyza nie miała zamiaru odpuszczać. Kolejne połączenie. Kolejne. Jej frustracja zamieniała się w gniew. – Gdzie ty jesteś? – rzuciła do telefonu, jakby Yonca mogła ją usłyszeć przez sam upór jej głosu. – Odbierz wreszcie!.
Zatrzymała się przy oknie i spojrzała na własne odbicie. W czerwonym golfie wyglądała niemal jak płomień. A płomienie nie potrafią czekać cierpliwie. Płomienie chcą pożerać. – Nie po to czekałam tyle czasu – mówiła sama do siebie – nie po to znosiłam upokorzenia, odsunięcia, spojrzenia pełne pogardy, żeby teraz jakaś chwila ciszy miała mi wszystko opóźnić.
Wybrała numer raz jeszcze. Znów nic. Zacisnęła palce na telefonie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
W tym samym czasie, na najwyższym piętrze firmy, Cihan nadal siedział przy biurku. Deszcz nie ustawał. Na ekranie laptopa wciąż wyświetlały się dokumenty, liczby, projekty, ale on nie widział już nic z tego wyraźnie. W uszach dźwięczały mu ostatnie słowa matki. „Nie udzielę ci matczynego błogosławieństwa”.
Oparł się ciężko o fotel i zamknął oczy. Przed jego myślami stanęła Hançer. Jej twarz, jej milczenie, jej niepewność, ale i ta niezwykła siła, którą miała wtedy, gdy wszyscy próbowali ją złamać. To właśnie przy niej po raz pierwszy zrozumiał, jak bardzo był samotny pośród własnych ludzi. I jak bardzo pragnął wreszcie miejsca, gdzie nie trzeba walczyć o każdy oddech.
– Cokolwiek zrobią… – powiedział cicho do pustego pomieszczenia – nie oddam im tego życia.
Nie wiedział jeszcze, że w tej samej chwili pod jego nieobecność powstawał plan, który miał uderzyć właśnie w to marzenie. W jego przyszłość. W jego pragnienie bycia mężem, ojcem, człowiekiem wolnym od dawnych układów.
Na korytarzu kliniki telefon Yoncy znowu rozbłysł. I znowu zgasł. W salonie Beyza odsunęła aparat od ucha i wypuściła powietrze przez nos, gwałtownie, niecierpliwie. Przestała już nawet udawać spokój.
– Dobrze – wyszeptała z lodowaty uśmiechem. – Nie odbierasz teraz? To odbierzesz później. Ale ode mnie nie uciekniesz, Yonca. Żadna z was nie ucieknie.
Uniósłszy brodę, spojrzała gdzieś przed siebie, jakby widziała już wszystko, co miało nadejść: nadchodzący skandal, rozpad spokoju, cienie przesuwające się po ścianach rezydencji, nazwisko Develioğlu wplątane w kolejną burzę. I pośrodku tego wszystkiego Hançer, która jeszcze nie wiedziała, jak blisko jest nowego nieszczęścia.
Telefon w dłoni Beyzy zamilkł. Ale prawdziwa cisza wcale nie nadeszła. Była to tylko ta złowroga, krótka pauza, jaka zapada tuż przed kolejnym ciosem.