Cicek wprowadza Abidina do salonu, w którym czeka już wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o surowym spojrzeniu. Karam stoi swobodnie, lekko oparty o oparcie kanapy, jakby od pierwszej chwili czuł się tu gospodarzem. Ubrany w ciemne, proste rzeczy — skórzaną kurtkę i czarną bluzę — sprawia wrażenie kogoś, kto nie potrzebuje ozdób, by budzić respekt. Jego oczy są czujne, przenikliwe, a na ustach błąka się cień drwiącego uśmiechu, który zdradza pewność siebie i niebezpieczną naturę. Cicek podchodzi bliżej i obejmuje go ramieniem, jakby chciała podkreślić więź, która ich łączy. — Abidinie… poznaj Karama. Twojego brata. Słowa zawisają w powietrzu. Abidin zamiera, przez chwilę niezdolny do reakcji. Jego spojrzenie przenosi się z matki na nieznajomego mężczyznę. — Brata…? — powtarza cicho, jakby próbował oswoić to słowo. — Tak — odpowiada spokojnie Cicek. — Powiedziałeś, że odnalazłeś matkę, ale straciłeś żonę. Los coś zabrał… i coś podarował. Karam nie spuszcza z niego wzroku. Przygląda mu się uważnie, niemal bezczelnie, jakby oceniał każdy jego ruch, każdy oddech. — Słyszałem, że straciłeś żonę — odzywa się w końcu, przechylając lekko głowę. — Co się stało? — Rozstali się — wtrąca chłodno Cicek, zanim Abidin zdąży odpowiedzieć. Na twarzy Karama pojawia się krótki, ironiczny uśmiech. Bez pośpiechu podchodzi do kanapy i opada na nią ciężko, rozkładając się wygodnie, jakby scena należała do niego. — Czyli cierpisz przez miłość… — mówi z nutą rozbawienia. — Lubię takich ludzi. Są… interesujący. Wystarczy trochę czasu ze mną, a zobaczysz, co to znaczy prawdziwy ból. — Karamie… — upomina go Cicek, ale w jej głosie nie ma prawdziwej surowości, raczej kontrola. Mężczyzna tylko wzrusza ramionami, nie przejmując się jej reakcją. Jego spojrzenie na chwilę twardnieje. — Skoro mnie tu wezwałaś, to znaczy, że sytuacja jest poważna. Kto się tym razem naraził? Cicek unosi lekko podbródek, a w jej oczach pojawia się chłodny błysk. — Owszem. Ktoś bardzo się prosi o problemy… — mówi powoli. — Ale najpierw, Abidinie, przywieziesz tu swoją żonę. Musimy mieć pewność, że nic jej się nie stanie. W pomieszczeniu zapada ciężka cisza. Nawet Karam przestaje się uśmiechać. Teraz patrzy na brata już nie z ciekawością — lecz z rosnącym zainteresowaniem, jak drapieżnik, który właśnie dostrzegł nową zdobycz. Drzwi rezydencji Korhanów otwierają się z hukiem. Do środka wpada Abidin — roztrzęsiony, z rozpalonym spojrzeniem i napiętym ciałem, jakby każda jego żyła pulsowała gniewem. Jego głos rozdziera ciszę domu, gdy od progu woła imię żony. Echo odbija się od ścian, wypełniając przestrzeń niepokojem. Z kolejnych pomieszczeń zaczynają wychodzić domownicy. Zatrzymują się w przedpokoju, tworząc napięty krąg. W powietrzu czuć napięcie, które narasta z każdą sekundą. Suna podchodzi do niego pierwsza. Jej twarz jest blada, ale spojrzenie twarde. — Abidin, czy ty oszalałeś? Co ty tutaj robisz? — Przyszedłem po ciebie — odpowiada bez wahania, niemal rozkazująco. — Idziemy. — Nigdzie nie pójdę — mówi spokojnie, ale stanowczo. — To koniec. Te słowa uderzają w niego mocniej niż krzyk. Na moment jego twarz drga. — To nie może się tak skończyć. Chodź — ponagla, robiąc krok w jej stronę. — Abidinie… to moja ostateczna decyzja. Zaciska szczęki, jakby próbował utrzymać w ryzach emocje, które właśnie zaczynają wymykać się spod kontroli….