Pocałunek, który zmienia wszystko! Cihan odrzuca Beyzę i wybiera miłość

Cihan wybiera Hancer: Pocałunek, który rozpętał burzę i mroczne sekrety rezydencji
W najnowszym, 66. odcinku „Panny młodej”, napięcie można kroić nożem, a każdy krok bohaterów to stąpanie po niezwykle kruchym lodzie. Wyobraźcie sobie ten moment: Cihan, mężczyzna, który do tej pory trzymał swoje uczucia na wodzy, obdarowuje Hancer czułym, niespodziewanym pocałunkiem. Ten jeden, krótki gest na zawsze zmienia układ sił. Dla ukrytej w cieniu Beyzy to cios prosto w serce. Jej furia, zazdrość i chęć zemsty są tak ogromne, że tylko nagły, mocny policzek wymierzony przez chłodno kalkulującą Yoncę jest w stanie otrzeźwić ją przed wywołaniem publicznego skandalu.

Ale ten miłosny trójkąt to zaledwie wierzchołek góry lodowej! W mroku korytarzy rodzą się bardzo niebezpieczne podejrzenia. Yonca precyzyjnie zasiewa w umyśle Beyzy przerażającą myśl, która może zniszczyć fundamenty tej rodziny – czy to możliwe, że to potężna ciotka Mukadder, a nie bezimienna kochanka, pociągnęła za spust lata temu, mordując swojego męża?

Tymczasem Cihan zaczyna dostrzegać pęknięcia w idealnym obrazie domowego ogniska. Zrozpaczona i roztrzęsiona Sinem, której odebrano małą Mine, staje się tykającą bombą. Cihan zadaje coraz trudniejsze pytania. Czy bezwzględne groźby Beyzy wystarczą, by zamknąć Sinem usta i utrzymać intrygę w tajemnicy przed rozzłoszczonym Cihanem?

Czarę goryczy przelewa nadejście wieczoru. Cihan, rzucając Beyzie w twarz bolesne i zimne słowo „kuzynko”, otwarcie odwraca się od matki i byłej żony. W otwartym akcie buntu żąda, by jego kolacja została podana w starym domu – sam na sam z Hancer. Odrzucona i upokorzona Mukadder, z oczami zimnymi jak lód, składa na koniec obietnicę, która mrozi krew w żyłach.

Jak daleko posunie się Mukadder, by pozbyć się niewygodnej synowej? Czy Hancer ostatecznie przejmie władzę w rezydencji? I jaka naprawdę jest prawda o morderstwie z przeszłości? Usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na odcinek, który całkowicie zmieni zasady gry!

„Panna młoda” Odc. 66
Cihan zatrzymał samochód przed starym domem tak ostrożnie, jakby sam dźwięk hamulców mógł zburzyć kruchy spokój, który dopiero co zaczął osiadać po dwóch dniach strachu, bezsenności i czekania na wiadomość ze szpitala. Silnik zamilkł. Wokół rozlała się cisza wieczoru, ale nie była to cisza łagodna. Była napięta, wibrująca, gęsta od niewypowiedzianych myśli.

Hancer siedziała nieruchomo, z dłońmi splecionymi na kolanach. Patrzyła przed siebie, lecz tak naprawdę nie widziała ani starego domu, ani gałęzi drzew pochylających się nad ścieżką, ani ciepłego światła w oknie kuchni. Widziała tylko szpitalny korytarz, białe ściany, twarz brata na poduszce i ten moment, w którym lekarz wyszedł z sali operacyjnej, a jej serce na sekundę przestało bić. Ciało miała wyczerpane, oczy piekły ją od łez, ale w środku wciąż była w stanie gotowości, jakby zaraz miało spaść na nią kolejne nieszczęście.

Cihan spojrzał na nią długo. W tych ostatnich dniach widział w niej tyle bólu, że nauczył się rozpoznawać nawet najdrobniejsze drżenie jej powiek, każdy napięty oddech, każdy sposób, w jaki odwracała twarz, gdy nie chciała, by zauważył łzy. Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.

— Obiecaj mi — powiedział cicho, tak miękko, jakby rozmawiał z kimś, kogo można zranić samym tonem głosu. — Obiecaj, że spróbujesz się przespać. Choć godzinę. Choć trochę.

Hancer nie odwróciła się od razu. Patrzyła przed siebie jeszcze przez chwilę, a potem wypuściła powietrze bardzo powoli, jak człowiek, który nie ma już siły walczyć nawet z własnym zmęczeniem.

— Nie wiem, czy potrafię zasnąć — odpowiedziała szczerze. — Zamknę oczy i znowu zobaczę szpital. Znowu będę słyszała te kroki, te głosy, ten dźwięk aparatury. Jak mam zasnąć, skoro w środku wciąż tam jestem?

Cihan nie cofnął dłoni.
— To był ciężki czas — odparł spokojnie. — Wiem. Ale najgorsze minęło. Życie twojego brata nie jest już zagrożone. Teraz potrzebuje tylko czasu, ciszy i ludzi, którzy nie będą tracić nadziei. — Urwał, po czym dodał jeszcze ciszej: — A jeśli coś innego cię dręczy… jeśli nie chodzi tylko o Cemila… powiedz mi. Usiądziemy. Porozmawiamy. Nie musisz już wszystkiego dźwigać sama.

Powoli odwróciła głowę w jego stronę. Na jej ustach pojawił się ledwie widoczny, zmęczony uśmiech, który był bardziej westchnieniem niż uśmiechem. Przez ostatnie dni tyle razy próbowała znaleźć odpowiedzi, że teraz sama myśl o pytaniach wydawała jej się ciężarem.

— Nie — szepnęła. — Już nie szukam odpowiedzi. Zrozumiałam, że nie wszystko da się wyjaśnić słowami. Nie wszystko trzeba rozbierać na części i nazywać. Są rzeczy, które się po prostu czuje… albo przeczekuje.

Jej spojrzenie złagodniało. Było w nim zmęczenie, ale też coś nowego — rodzaj cichej zgody na to, że życie nie oddaje człowiekowi wszystkich swoich tajemnic.

— Czasem trzeba po prostu… żyć — dodała. — I obserwować.

Cihan patrzył na nią przez długą chwilę. W tych słowach było coś więcej, niż chciała ujawnić. Była ostrożność. Była decyzja. Była kobieta, która przeszła przez ogień i wróciła inna. Powoli pochylił się ku niej i złożył delikatny pocałunek na jej policzku. Nie był to gest namiętny. Był cichy, czuły, prawie uroczysty. Jak obietnica, że nie będzie naciskał, jeśli ona nie jest jeszcze gotowa mówić.

— W takim razie — powiedział ledwie dosłyszalnie — zacznijmy od tego.

Nie wiedzieli, że około dwudziestu metrów dalej, w cieniu gęstej zieleni przy wejściu do rezydencji, dwie postacie stały nieruchomo jak posągi. Beyza zobaczyła ten gest i poczuła, jak coś pęka w niej z suchym, ostrym trzaskiem. Najpierw rozszerzyły się jej oczy. Potem usta rozchyliły się w niedowierzaniu. A po chwili cała krew uderzyła jej do głowy.

— On ją pocałował! — wyrzuciła z siebie łamiącym się głosem. — Widziałaś to?! Powiedz, że widziałaś! Co za bezwstyd! Co za hańba!

Jej dłonie zaczęły drżeć tak mocno, że aż musiała zacisnąć je w pięści. Yonca, stojąca obok, marszczyła brwi, próbując zapanować nad sytuacją, zanim Beyza zrobi coś, czego później nie da się cofnąć.

— Ja… nie widziałam dokładnie….
— Nie doprowadzaj mnie do szału! — wybuchła Beyza, odwracając się do niej gwałtownie. — Jak możesz mówić, że nie widziałaś?! Widziałam to wyraźnie! On pocałował tę zdzirę! Przy mnie! Na moich oczach!

— Beyza, uspokój się — powiedziała Yonca stanowczo, chwytając ją za przedramię.
— Jak mam się uspokoić?! — krzyknęła tamta, wyrywając się. — On mi się wymyka! Rozumiesz?! Wymyka mi się!.

Zrobiła krok w stronę samochodu.
— Pójdę do niej. Teraz. Zobaczy, z kim zadarła!.

Yonca natychmiast zatrzymała ją mocnym chwytem i niemal siłą odciągnęła na bok, głębiej w ogród, z dala od głównej alejki.

— Nigdzie nie idziesz.
— Puść mnie!.
— Co ty wyprawiasz?! — syknęła Yonca. — Chcesz zrobić scenę na pół dzielnicy? Chcesz, żeby służba jutro powtarzała w kuchni każde twoje słowo?

Beyza oddychała ciężko. Jej oczy błyszczały od łez i wściekłości.
— Oni robią to przy mnie… — wycedziła. — Przy mnie! Cihan jest moim mężem!.
— Byłym mężem! — ucięła ostro Yonca. — Słyszysz mnie? Byłym! On jest teraz z nią. To jego żona.
— Nie! — wrzasnęła Beyza. — Nie pozwolę na to! Nie oddam go!.

Kilka kroków dalej Aysu zatrzymała się z tacą w rękach. Udając, że poprawia filiżanki, w rzeczywistości nasłuchiwała każdego słowa. Miała szeroko otwarte oczy, a jej serce biło z mieszaniną strachu i ciekawości. W domu takim jak ten plotka potrafiła być niebezpieczniejsza od ognia, ale też bardziej kusząca niż wszystko inne.

— Zobaczą… — cedziła Beyza przez zaciśnięte zęby. — Zobaczą, co to znaczy igrać ze mną. Zniszczę ich. Oboje.

Yonca patrzyła na nią przez sekundę i zrozumiała, że słowa już nie wystarczą. Że teraz Beyza nie słyszy rozsądku, nie słyszy ostrzeżeń, nie słyszy nawet własnego upokorzenia. Słyszy tylko narastający hałas w głowie.

I wtedy rozległo się krótkie, ostre: PLASK.

Dźwięk uderzenia przeciął powietrze jak nóż. Beyza zamarła. Powoli podniosła dłoń do policzka, patrząc na Yoncę z takim niedowierzaniem, jakby świat nagle stanął na głowie. Yonca nie cofnęła się ani o krok. Stała nieruchomo, z twardą twarzą i chłodnym spojrzeniem.

— Ogarnij się — powiedziała. — Natychmiast.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była cięższa niż każdy wcześniejszy krzyk. Aysu, skulona nieco za filarem, omal nie wypuściła tacy z rąk. Nigdy nie widziała, by ktoś odważył się uderzyć Beyzę. A jednak ten policzek spadł na nią jak kara za wszystkie wybuchy, histerie i obsesje, które przez miesiące zatruwały ten dom. Dziewczyna poczuła niemal dziecinną satysfakcję, ale zaraz potem ogarnął ją strach. W takim miejscu nawet świadomość, że było się przypadkowym świadkiem czegoś podobnego, mogła sprowadzić kłopoty.

W kuchni panował zupełnie inny świat. Jasne światło wpadało przez duże okna, naczynia pobrzękiwały cicho, zapach świeżych potraw unosił się nad blatami, a mimo to Aysu weszła tam jak ktoś, kto niesie w sobie wybuch. Postawiła tacę na wyspie kuchennej nieco za szybko. Filiżanki zadrżały. Fadime, układająca naczynia w szafce, odwróciła się i od razu zauważyła, że z córką jest coś nie tak.

— Córko, gdzie byłaś tak długo? — zapytała. — Poszłaś tylko po dwie filiżanki.

Aysu zbliżyła się do niej i ściszyła głos niemal odruchowo.
— Mamo… wybuchł skandal. Wszystko przez Hancer.

Fadime natychmiast odłożyła talerz.
— Co się stało?.

Aysu rozejrzała się, po czym nachyliła jeszcze bliżej.
— Ta krwiopijczyni Beyza dostała ataku zazdrości.

Fadime zmarszczyła brwi.
— Widziała cię?.
— Nie. Schowałam się. Nawet nie spojrzała w moją stronę.
— I co ją tak wyprowadziło z równowagi?.

Na twarzy Aysu pojawił się cień złośliwego uśmiechu.
— Ona nie potrzebuje powodu, mamo. Dla niej sama obecność Hancer to już problem. Ale tym razem zobaczyła coś więcej. Widziałam, jak prawie oszalała.
— Co zobaczyła?.

Aysu oblizała wargi, jakby sama smakowała wagę swoich słów.
— Cihan pocałował Hancer w samochodzie. Delikatnie, ale pocałował. A Beyza stała niedaleko i prawie dostała szału. Krzyczała, że to wstyd, że to hańba, że zniszczy ich oboje.

Fadime uniosła brwi.
— Naprawdę?
— To jeszcze nic — wyszeptała Aysu z wyraźną satysfakcją. — Ta jej przyjaciółka… Yonca… spoliczkowała ją. Tak po prostu. Żeby ją otrzeźwić.

Przez chwilę na twarzy Fadime pojawiło się autentyczne zaskoczenie. Ale zaraz wróciła surowość.
— Dosyć — powiedziała ostro. — Nie plotkuj już. — Sięgnęła po kolejny talerz i dodała niższym, poważniejszym tonem: — I pod żadnym pozorem nie mów nic Gulsum. Jeśli to dojdzie do Beyzy, obie będziemy miały kłopoty.

Uśmiech zniknął z twarzy Aysu.
— Dobrze, mamo. Nikomu nic nie powiem.

Ale obie wiedziały, że w takim domu sekrety żyją własnym życiem. Nawet kiedy nie są wypowiedziane, przeciekają przez spojrzenia, gesty i milczenie.

Tymczasem na głównej alejce Yonca i Beyza powoli wracały w stronę rezydencji. Kamienne płyty cicho stukotały pod ich krokami. Powietrze było ciepłe, lecz między nimi panował chłód. W tym samym momencie drzwi samochodu zatrzasnęły się za Cihanem. Ruszył w ich stronę spokojnym, równym krokiem. Beyza automatycznie się wyprostowała. Przez krótką, upokarzającą sekundę miała jeszcze nadzieję, że na nią spojrzy. Że choć na moment zatrzyma na niej wzrok. Że w jego twarzy pojawi się cień dawnej bliskości.

Ale Cihan minął je obojętnie. Z kamienną twarzą. Bez słowa. Bez spojrzenia. Jakby były częścią ogrodu, tłem, powietrzem. Po chwili zniknął za drzwiami rezydencji. Beyza stała nieruchomo, wpatrzona w miejsce, w którym przestał być widoczny.

— Widzisz to? — odezwała się po chwili głosem bardziej pustym niż wściekłym. — Nawet na mnie nie spojrzał. — Zacisnęła szczękę. — Jeszcze niedawno był moim mężem. A teraz przechodzi obok mnie, jakbym była nikim. Jak mam to znieść, Yonca? Jak?.

Yonca spojrzała na nią uważnie.
— Nie zadręczaj się. W ten sposób tylko robisz krzywdę samej sobie. Złość zawsze obraca się przeciwko temu, kto ją nosi.

Beyza prychnęła.
— Więc co mam zrobić? Jak mam się uspokoić, kiedy ta wiejska piękność kręci się wokół mojego męża?
— A zdajesz sobie sprawę — zapytała Yonca cicho — że swoim zachowaniem tylko ją wzmacniasz? Im bardziej się miotasz, tym bardziej on widzi w niej spokój. I tym bardziej się do niej zbliża.

Beyza odwróciła głowę, ale te słowa trafiły w samo serce jej pychy.
— Zrobię wszystko, żeby go odzyskać — powiedziała z twardym błyskiem w oczach.

Yonca uniosła lekko brew.
— Czyli wypowiesz jej wojnę? To byłby błąd. — Zatrzymała się i spojrzała Beyzie prosto w twarz. — Powiedz mi… czy ona naprawdę jest dla ciebie zagrożeniem? Kim ona właściwie jest? Czy jest na jego poziomie?

Beyza milczała chwilę, a potem wybuchnęła frustracją:
— Właśnie to doprowadza mnie do szału! Nie rozumiem, co on w niej widzi!

Yonca westchnęła.
— Bo próbujesz to zrozumieć emocjami. A odpowiedź jest prosta.
— Jaka?

Yonca nachyliła się nieco.
— Zadaj sobie pytanie, dlaczego on się nią zainteresował. Ja znam odpowiedź.
— Więc powiedz.
— Pociąga go to, że ona niczego nie daje od razu. Takie kobiety sprawiają wrażenie niedostępnych. Zamkniętych. Tajemniczych. A to działa na takich mężczyzn jak magnes.

Beyza zacisnęła usta.
— I co z tego?.
— To, że to szybko mija. Kiedy tajemnica znika, znika też fascynacja. Po prostu bądź cierpliwa. Najgorsze, co możesz zrobić, to działać pod wpływem emocji.

Beyza spuściła wzrok.
— Nawet jeśli będę milczeć… nie wiem, czy poradzę sobie z tym, co czuję.

Yonca ścisnęła jej ramię.
— Spróbuj. — Po chwili cofnęła się o krok. — Muszę już iść. Ale jeśli coś się wydarzy, zadzwonisz. O każdej porze.

— Dziękuję — szepnęła Beyza. — Dobrze, że cię mam.

Yonca uśmiechnęła się lekko.
— To minie. Ta dziewczyna nie zostanie tu na długo. — Odwróciła się i ruszyła ku wyjściu, rzucając jeszcze przez ramię: — Tylko proszę… nie rób nic głupiego.

Beyza została sama. Patrzyła na drzwi rezydencji, za którymi zniknął Cihan. Stała nieruchomo, ale w środku była jak rozszalała burza. I może właśnie wtedy, pośród ciszy i upokorzenia, w jej sercu zrodziło się coś jeszcze bardziej niebezpiecznego niż zazdrość — decyzja.

Na piętrze rezydencji Cihan wchodził po schodach powoli, jakby każdy stopień był cięższy od poprzedniego. W domu panowała nienaturalna cisza. Nie ta, która uspokaja, lecz ta, która ostrzega. Na korytarzu czekała Mukadder. Stała z założonymi rękami, wyprostowana, chłodna, jak strażniczka wszystkiego, co w tym domu było kontrolą, zasadą i przymusem.

— Co z jej bratem? — zapytała. — Byłeś w szpitalu dwa dni.

Cihan zatrzymał się, ale nie odwrócił od razu głowy.
— Przeszedł poważną operację — odpowiedział krótko. — Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Na ustach Mukadder pojawił się cień ironii.
— Po takiej trosce, jaką mu okazałeś, nawet zmarły wróciłby do życia.

W tym momencie drzwi jednego z pokoi uchyliły się i na korytarz wyszła Sinem. Była blada, oczy miała zaczerwienione, podkrążone, jakby nie spała całą noc albo płakała tak długo, aż łzy przestały płynąć. Cihan zauważył to natychmiast.

— Bratowo? — zapytał z niepokojem. — Co się z tobą dzieje? Jesteś chora?

Sinem otworzyła usta, lecz zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Mukadder wtrąciła ostro:
— Nie jest chora. Po prostu nie spała całą noc. Jest zmęczona.

Cihan zmrużył oczy. Patrzył na Sinem tak uważnie, jakby próbował dojrzeć pod powierzchnią jej słów coś, czego sama nie potrafiła ukryć.

— To tylko brak snu? Naprawdę?. — Zrobił krok bliżej. — Co się stało, bratowo? Powiedz mi.

Mukadder rzucił Sinem ostrzegawcze spojrzenie. Twarde. Bezwzględne. Sinem odczytała je natychmiast i przełknęła ślinę.

— Nic się nie stało — powiedziała słabo. — Jestem tylko zmęczona.

Cihan nie wyglądał na przekonanego.
— W takim razie połóż się i odpocznij. Nie martw się o Mine. Dom jest pełen ludzi. Ktoś się nią zajmie.

Po tych słowach zapadła cisza. Ciężka. Lepka. Nienaturalna. Sinem spuściła wzrok. Jej dłonie zaczęły drżeć. Cihan zauważył to od razu.

— Gdzie jest Mine? — zapytał cicho, ale stanowczo.

Sinem załamała się. Z jej gardła wydobył się zduszony szloch, który po chwili przerodził się w niekontrolowany płacz.

— Bratowo… — Cihan podszedł bliżej. — Dlaczego płaczesz? Co się stało? Czy z Mine wszystko w porządku?

Sinem próbowała mówić.
— Mine… ja…. — Głos ugrzązł jej w gardle.

Cihan odwrócił się gwałtownie do matki.
— Mamo! Ty mi powiedz. Co się dzieje?!.

Mukadder wzruszyła ramionami z pozornym spokojem.
— Synu, nie widzisz, że jest wyczerpana? Pozwól jej odpocząć. Dlaczego robisz z tego tragedię?

Cihan wbił w nią twarde spojrzenie.
— Mamo — powiedział wolno — zostaw nas samych.

Mukadder uniosła głowę, urażona.
— Chcę porozmawiać z bratową. Na osobności.

Ich spojrzenia skrzyżowały się w krótkiej walce, w której nie padło ani jedno słowo, a jednak oboje powiedzieli sobie wszystko. W końcu Mukadder odwróciła się bez słowa i ruszyła w stronę schodów. Kiedy zostali sami, głos Cihana złagodniał.

— Bratowo… co się dzieje? Od jakiegoś czasu jesteś inna. Wyglądasz źle. Unikasz spojrzeń. Powiedz mi prawdę. — Zatrzymał się tuż przed nią. — Ale najpierw powiedz mi, gdzie jest Mine.

Na dole, w holu, Beyza właśnie wchodziła do rezydencji, gdy dostrzegła Mukadder przy schodach. Ciotka wyglądała inaczej niż zwykle: blada, spięta, z nerwowo zaciśniętymi ustami.

— Ciociu, co się stało? — spytała szybko.

Mukadder rozejrzała się odruchowo.
— Ta głupia Sinem wszystko zniszczy — wysyczała. — Cihan coś podejrzewa. Zadaje pytania. Drąży. — Jej dłonie lekko drżały. — Biada mi, jeśli dowie się, że wywiozłam Mine.

Beyza zmrużyła oczy. W jednej chwili jej osobiste upokorzenie zeszło na dalszy plan. Pojawiła się okazja.

— Mam do nich pójść? Wymyślę jakiś pretekst. Przerwę rozmowę.
— Nie waż się! — ucięła Mukadder. — Cihan jest wściekły. A ta idiotka tylko czeka, żeby się załamać. Jeśli spanikuje, powie mu wszystko.

Zapadła cisza.
— Musimy coś zrobić — powiedziała Beyza. — Musimy ją uciszyć.
— Jak? — prychnęła Mukadder. — Zwiążemy jej język? Jeśli groźby nie pomogły, nic nie pomoże.

Na twarzy Beyzy pojawił się powolny, zimny uśmiech.
— Jest jeden sposób. Telefon. Jedna rozmowa… i będzie milczeć.

Na górze atmosfera była jeszcze cięższa. Sinem stała naprzeciw Cihana, z oczami pełnymi łez. On patrzył na nią tak uważnie, jakby już wiedział, że za chwilę usłyszy coś, co może wstrząsnąć całym domem.

— Bratowo — powiedział — dlaczego milczysz? Naprawdę zaczynam się martwić.

Sinem nabrała powietrza.
— Ja… ja….

W tej samej chwili na schodach pojawiła się Beyza. Cihan odwrócił głowę gwałtownie.
— Powiedziałem, żeby nam nie przeszkadzano.
— Mine zadzwoniła na telefon stacjonarny — oznajmiła Beyza z pozornym spokojem. — Chce porozmawiać z mamą.

Sinem nawet nie zapytała o nic więcej. Ruszyła niemal biegiem ku schodom, jak ktoś chwytający ostatnią deskę ratunku. Cihan nie spuszczał wzroku z Beyzy.

— Gdzie jest Mine?.

Beyza wzruszyła ramionami.
— Zbliża się rocznica śmierci Metina. Sinem bardzo to przeżywa. Płacze bez przerwy. Ciocia uznała, że lepiej będzie wysłać Mine do babci, żeby dziecko nie patrzyło na matkę w takim stanie. — Zrobiła krótką pauzę. — W końcu Sinem nie ma nikogo, kto by ją pocieszył… tak jak ty pocieszasz Hancer.

Cihan zrobił krok ku niej.
— Co chcesz przez to powiedzieć?. — Jego głos był niski i groźny.

Beyza uniosła podbródek.
— Byłeś przy niej cały czas. Wspierałeś ją, kiedy jej brat walczył o życie. To miałam na myśli. Swoją drogą… widziałam was w samochodzie. Hancer nie wyglądała na szczególnie zdruzgotaną. Widocznie masz talent do… pocieszania.

To wystarczyło. Cihan chwycił ją za ramię i zacisnął dłoń tak mocno, że Beyza wstrzymała oddech.

— To nie twoja sprawa, co robię ze swoją żoną — powiedział lodowato. — Jesteś tu tylko dlatego, że chce tego twoja ciocia. Znaj więc swoje miejsce i zachowuj się odpowiednio. — Jego spojrzenie było twarde jak stal. — I nigdy więcej nie waż się komentować mojego małżeństwa z Hancer. Zrozumiałaś mnie… kuzynko?

Ostatnie słowo wypowiedział z wyraźnym naciskiem. Beyza zamarła. Nie z bólu ramienia. Z bólu tego jednego słowa. Kuzynka. Nie dawna żona. Nie kobieta z przeszłością. Nie ktoś, kto ma prawo do zazdrości. Tylko kuzynka. Ktoś obcy, ustawiony na swoim miejscu jednym cięciem języka.

Cihan puścił jej ramię i odszedł bez oglądania się za siebie. Beyza została sama w holu, ciężko oddychając. I choć na jej twarzy nie było już szoku, w oczach płonęło coś dużo bardziej niebezpiecznego. Upór. I zimna determinacja. Nie zamierzała odpuścić.

Wieczór zapadał powoli nad rezydencją. W powietrzu unosił się zapach świeżo przygotowanych potraw, a ciepłe światło lamp kładło się miękko na ścianach i posadzkach. Wydawałoby się, że dom wraca do zwykłego rytmu. Ale pod powierzchnią wszystko było rozstrojone.

Drzwi kuchni otworzyły się i wyszły z niej Fadime oraz Aysu. Każda niosła ciężką blachę z jedzeniem. Szły ostrożnie, lecz zamiast skręcić do jadalni, skierowały się ku wyjściu. Mukadder natychmiast to zauważyła.

— Gdzie to niesiecie? — zapytała ostro.
Obie stanęły jak wryte.
— Do starego domu, proszę pani — odpowiedziała Fadime.

Mukadder podeszła bliżej i zajrzała do blach.
— Czy ona zamierza zjeść to wszystko sama? — rzuciła z pogardą.

I wtedy ciszę przeciął stanowczy głos:
— Czy jest jakiś problem?.

Cihan wszedł do jadalni szybkim krokiem. Sama jego obecność zmieniła temperaturę pomieszczenia. Fadime i Aysu wyprostowały się natychmiast.

— Nie stójcie — powiedział do nich. — Jedzenie nie powinno stygnąć.

Nie czekały ani chwili. Wymieniły krótkie spojrzenie i ruszyły dalej. Cihan stanął naprzeciw matki.
— Co się dzieje?

Mukadder natychmiast zmieniła ton. Jej twarz złagodniała, choć napięcie wciąż z niej emanowało.

— Źle mnie zrozumiałeś, synu. Nie chodzi o jedzenie. Hancer je jak wróbelek. Tace wracają prawie nietknięte. Dlatego to powiedziałam.

Cihan przyglądał się jej przez moment.
— Nie martw się — odparł chłodno. — Tym razem tace wrócą puste.

Mukadder zmarszczyła brwi.
— Dlaczego?.
— Bo zjem kolację razem z nią.

W jadalni zapadła cisza tak nagła, jakby ktoś zgasił wszystkie dźwięki. Beyza, stojąca nieco z boku, patrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Co to znaczy? — spytała Mukadder. — Przecież zawsze jesz tutaj, z nami.
— Od teraz będę jadł tam. — Te słowa spadły jak wyrok. — Powiedz Fadime — dodał spokojnie — że wszystkie moje posiłki mają być podawane w starym domu.

Odwrócił się i odszedł, nie zostawiając miejsca na sprzeciw, pytania czy prośbę. Za jego plecami została cisza ciężka od konsekwencji, które dopiero zaczynały się materializować.

W starym domu Hancer stała właśnie przy stole, próbując rozłożyć talerze równymi ruchami, by uspokoić rozbiegane myśli. Czuła się nieswojo, wiedząc, że jedzenie znów przysłano specjalnie dla niej. Wciąż nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, że ktoś wokół niej organizuje świat tak, by było jej lżej. Zbyt długo żyła w miejscach, gdzie każdy okruch trzeba było sobie wywalczyć.

Kiedy usłyszała kroki, odwróciła się odruchowo. Cihan wszedł bez pośpiechu. W jego twarzy nie było już szpitalnego napięcia, ale było coś bardziej zdecydowanego. Jakby wracając tu, podjął w sobie decyzję, której nie zamierzał tłumaczyć nikomu.

— Myślałam, że zjesz w rezydencji — powiedziała cicho.
— Zmieniłem zdanie.
— Przeze mnie znowu będzie awantura.

Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Awantura i tak już jest. Przynajmniej zjem kolację tam, gdzie naprawdę chcę.

Te proste słowa sprawiły, że Hancer na moment opuściła wzrok. Nie dlatego, że się zawstydziła, lecz dlatego, że poczuła coś niebezpiecznie bliskiego bezpieczeństwu. A bezpieczeństwo bywało dla niej bardziej przerażające niż lęk, bo przychodziło z ryzykiem, że można je stracić.

Usiedli naprzeciw siebie. Przez pierwsze chwile jedli w ciszy. Była to jednak inna cisza niż ta w samochodzie. Mniej bolesna. Prawie domowa.

— Zjadłaś dziś cokolwiek oprócz herbaty? — zapytał w końcu Cihan.
— Nie pamiętam.
— W takim razie dzisiaj będziesz pamiętać.
— Rozkazujesz mi?.
— Tak.

Hancer uniosła na niego spojrzenie.
— A jeśli odmówię?.
— To będę siedział tutaj do rana i pilnował, aż zjesz wszystko.

Na jej twarzy pojawił się pierwszy prawdziwy uśmiech tego dnia. Słaby, ale szczery.
— To szantaż.
— Oczywiście.
— I nie jest ci wstyd?.
— Ani trochę.

Ten drobny dialog rozproszył ciężar, który od rana wisiał nad nią jak ciemna chmura. Hancer wzięła kilka kęsów. Potem kilka kolejnych. Cihan nie komentował, ale obserwował ją z takim spokojem, jakby samo to, że je, było dla niego ważniejsze niż wszystko inne.

W rezydencji tymczasem Gulsum weszła do jadalni z kolejnymi daniami. Ustawiała je ostrożnie, lecz ani Beyza, ani Mukadder nawet na nie nie spojrzały. Obie siedziały nieruchomo, jakby każdy zapach z kuchni tylko bardziej je drażnił. Mukadder odsunęła talerz.

— Straciłam apetyt. Nie przynoś już niczego więcej.

Gulsum skłoniła głowę i wyszła. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Beyza pochyliła się ku ciotce. Jej głos był cichy, ale jadowity.

— Widziałaś to, ciociu? Cihan już nawet nie jada z nami kolacji.

Mukadder milczała.

— Pewnego ranka okaże się, że spędził tam noc — ciągnęła Beyza. — Niedługo później dowiemy się, że synowa, której dziecka nie chcesz, jest w ciąży. Ty tylko wzruszysz ramionami, a ja zostanę z niczym.

— Zamknij się, Beyza! — wybuchła Mukadder. — Już jestem wściekła. Nie dolewaj oliwy do ognia!.

Ale Beyza nie przestawała.
— Trzeba jej przyznać jedno. Jest sprytna. Może nawet powinnyśmy się od niej uczyć.

Mukadder zmarszczyła brwi.
— O czym ty mówisz?
— Widziałam ich dzisiaj. Całowali się.

Mukadder zamarła.
— Co?.
— W samochodzie. Na moich oczach. Bez wstydu. — Jej dłonie zacisnęły się w pięści. — Owinęła go sobie wokół palca. Jest jak zaczarowany. Poszedł do niej dziś wieczorem, jakby świat poza nią przestał istnieć. — W jej głosie pojawił się ból, którego nie dało się już ukryć. — Oddałam mu siedem lat życia. Rozwiodłam się, bo mnie o to poprosiłaś. Miałyśmy pozbyć się jej po wszystkim. A teraz? Twoje plany się rozpadają. I jedyne, co nam zostaje, to modlić się, żeby ta dziewczyna nie wyrzuciła nas z własnego domu.

W tym momencie do jadalni wróciły Fadime i Aysu.
— Panna młoda sama nakryje do stołu — oznajmiła Aysu.

Mukadder nawet na nie nie spojrzała.
— Czy ktoś was pytał o zdanie? Wracajcie do pracy.

Matka i córka natychmiast się wycofały. Beyza gwałtownie wstała.
— Słyszałaś to?! „Sama nakryje do stołu”! Dwa talerze i dwa widelce, wielkie poświęcenie! — Zaczęła chodzić tam i z powrotem. — Takimi sztuczkami zdobywa sympatię! Krok po kroku wchodzi do rezydencji. Najpierw zwykłe odwiedziny, potem posiłki, aż w końcu zostanie tu na stałe!.

— To się nie stanie — powiedziała stanowczo Mukadder. — Cihan w końcu przejrzy na oczy. Zda sobie sprawę, że ta dziewczyna jest nic nie warta i zakończy to.

Beyza prychnęła.
— To tylko złudzenie. Wiesz, jak mnie dziś nazwał? Kuzynką. — Słowo zawisło w powietrzu jak policzek. — To już się dzieje, ciociu. To tylko kwestia czasu, kiedy Hancer przekroczy próg tej rezydencji i zostanie tu na dobre. Co wtedy zrobisz?.

Mukadder powoli uniosła głowę. W jej oczach pojawił się chłodny, niebezpieczny błysk.
— Zobaczysz — powiedziała lodowato. — Wszyscy zobaczycie. Ty, Cihan… i ta dziewczyna.

W starym domu tymczasem kolacja dobiegała końca. Hancer odsunęła talerz i po raz pierwszy od wielu godzin poczuła, że nie drży z osłabienia. Cihan wstał i bez słowa zabrał puste naczynia, nim zdążyła go powstrzymać.

— Zostaw, sama posprzątam.
— Dzisiaj nie.
— Nie jestem chora.
— Nie. Ale jesteś wyczerpana. — Postawił naczynia na bok i spojrzał na nią uważnie. — Hancer… wiem, że mówisz, iż nie szukasz już odpowiedzi. Ale jeśli przyjdzie noc i nie będziesz mogła zasnąć, nie siedź z tym sama. Przyjdę. Obojętnie, która będzie godzina.

Patrzyła na niego długo. Potem bardzo cicho zapytała:
— Dlaczego robisz dla mnie aż tyle?.

W tym pytaniu nie było kokieterii. Była prawda kobiety, która nadal nie mogła pojąć, że ktoś nie oczekuje czegoś w zamian. Cihan odpowiedział bez wahania:
— Bo kiedy cierpisz, ja też nie mam spokoju.

Jej oddech zatrzymał się na sekundę. Na zewnątrz noc zagęszczała się powoli nad ogrodem, nad rezydencją, nad starym domem i wszystkimi sekretami, które już zaczynały pękać od środka. W jednym miejscu rodziło się coś cichego i niebezpiecznie prawdziwego. W drugim dojrzewała złość, upokorzenie i plan, który miał uderzyć wtedy, gdy nikt nie będzie się spodziewał. I tylko cisza tej nocy wiedziała, że to dopiero początek.

Related Posts

„Panna młoda” odc.: Gdzie zniknęła Hançer?! Cemil boi się, że siostra zrobiła coś strasznego!

Nusret w końcu przerywa kłótnię i mówi Cemilowi, by zabrał siostrę i odejść jak najszybciej. Problem polega jednak na tym, że Hanser już dawno zniknęła. Cemil dowiaduje…

„Panna młoda” odc.: Aresztowanie Beyzy! Dramatyczne sceny w rezydencji nad Bosforem!

W gabinecie komisarza wybucha prawdziwy konflikt. Bejza oskarża Hancer o manipulację i próbę zniszczenia jej małżeństwa. Cihan nie wierzy już w jej słowa i żąda prawdy. Atmosfera…

„Paппa młoda” odc.: Cihaп chce rozwodυ z Beyzą! Błaga Haпçer o jeszcze jedпą szaпsę!

„Paппa młoda” odc.: Cihaп chce rozwodυ z Beyzą! Błaga Haпçer o jeszcze jedпą szaпsę!

Miłość zamieпia się w obsesję, tajemпice wychodzą пa jaw, a jedпo kłamstwo może zпiszczyć życie wszystkich bohaterów. Haпse odkrywa prawdę o domυ, w którym pracυje, a Chihaп po raz pierwszy staje

„Paппa młoda” odc.: Cihaп broпi Beyzy mimo wszystkich kłamstw! Eпgiп jest wściekły!

„Paппa młoda” odc.: Cihaп broпi Beyzy mimo wszystkich kłamstw! Eпgiп jest wściekły!

— Mówisz teraz o morderstwie? Skąd пiby to wiesz, Eпgiп? Na jakiej podstawie tak mówisz? Powiedz, żebym też wiedział. Jeśli pozwolisz mi mówić, wszystko wyjaśпię. — Dobrze, mów, słυcham. — A jeśli to…

„Paппa młoda” odc.: Jedпo imię obυdziło Cihaпa… ale może być jυż za późпo пa ratυпek!

„Paппa młoda” odc.: Jedпo imię obυdziło Cihaпa… ale może być jυż za późпo пa ratυпek!

Nie szυkał matki aпi lekarzy. Szυkał tylko jej. Daleko od szpitala Haпser stała przy ściaпie starej chaty. Drżała ze strachυ, a przed пią stała Mυkader z pistoletem w dłoпi. — Patrz пa mпie — sykпęła…

„Paппa młoda” odc.: Haпçer wpada w pυłapkę Beyzy! Cihaп widzi tylko chaos i łzy!

„Paппa młoda” odc.: Haпçer wpada w pυłapkę Beyzy! Cihaп widzi tylko chaos i łzy!

Widziałam to! Prawie zabiła пasze dziecko. Pυść go, psychopatko! Nigdy bym go пie skrzywdziła.Co robisz, Haпcer? Przysięgam, пie chciałam пic złego.Co tυ się dzieje? Zadzwońcie пa policję.Ta…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *