
Na środku ustawiono półmiski z potrawami, karafki z wodą i talerze przygotowane dla domowników. Wszystko wyglądało spokojnie.
Przynajmniej do chwili, gdy w jadalni pojawiła się para, której nikt się tam nie spodziewał.
Beyza właśnie podniosła się z krzesła, zaciekawiona zamieszaniem dochodzącym od strony holu. Kiedy zobaczyła Hancer i Meliha, zamarła.
Jej twarz pobladła.
Przez moment wyglądała tak, jakby nie potrafiła pojąć tego, co miała przed oczami.
Nusret i Mukadder również spojrzeli w stronę wejścia. Zaskoczenia nie dało się ukryć.
Przy stole zapadła ciężka, niewygodna cisza.
— Dobry wieczór — odezwał się Melih z uprzejmym spokojem.
Nikt mu nie odpowiedział.
Pierwszy oprzytomniał Nusret. Z hukiem odłożył sztućce na stół.
— Co za bezczelność! — grzmotnął. — Co wy tutaj robicie? Jakim prawem przyszliście do tego domu?
— Pan Cihan zaprosił nas na kolację — odparł Melih.
Beyza natychmiast odwróciła się do męża.
— Cihanie… to prawda?
W jej głosie brzmiało niedowierzanie.
Cihan stał kilka kroków za gośćmi, jedną dłonią opierając się o krzesło.
— Tak — odpowiedział chłodno. — Zaprosiłem ich.
— Oszalałeś?!
Mukadder gwałtownie wyprostowała się na krześle. Po udarze mówiła wolniej niż dawniej, ale w jej głosie nadal pobrzmiewała dawna stanowczość.
— Synu, czy ty naprawdę postradałeś rozum? Co oni robią w naszym domu? Nie zamierzam siedzieć przy jednym stole z tymi ludźmi!
Beyza wbiła wzrok w Hancer. W jej spojrzeniu mieszały się gniew, pogarda i satysfakcja, jakby od dawna czekała na chwilę, w której będzie mogła ją publicznie upokorzyć.
— Wiedziałam, że jesteś fałszywa — powiedziała lodowato. — Wiedziałam, że potrafisz ranić ludzi. Ale nie sądziłam, że możesz upaść aż tak nisko.
Jej usta drgnęły w gorzkim uśmiechu.
— Nie mam ci już nic do powiedzenia. Jesteś po prostu żałosna.
Hancer zacisnęła szczęki, ale nie odpowiedziała.
Melih natomiast zachował spokój. Uniósł papierową torbę, jakby nie usłyszał ani jednego obraźliwego słowa.
— Przynieśliśmy deser. Nie chcieliśmy przychodzić z pustymi rękami.
Fadime, która właśnie weszła do jadalni, niemal wyrwała mu torbę z dłoni. Bez słowa odwróciła się na pięcie i zniknęła w kuchni.
Beyza nadal nie mogła oderwać wzroku od Cihana.
— Co to ma znaczyć? — zapytała ostro. — Kogo zapytałeś o zdanie, zanim ich tu sprowadziłeś? Naprawdę myślisz, że mam ochotę gościć przy stole twoją byłą żonę i jej nowego męża?
— Nikt cię do tego nie zmusza — odpowiedział Cihan chłodno.
Jego ton był tak zimny, że nawet Mukadder spojrzała na niego z zaskoczeniem.
— Jeśli ci się nie podoba, możesz zjeść kolację w swoim pokoju.
Beyza otworzyła usta, ale przez chwilę nie potrafiła wydobyć z siebie słowa.
Cihan odsunął krzesło i usiadł.
Dopiero wtedy Melih i Hancer zajęli miejsca po przeciwnej stronie stołu.
Nikt ich nie zaprosił.
Nikt nie wskazał im krzeseł.
A jednak usiedli tak, jakby mieli do tego pełne prawo.
W jadalni znów zapadła cisza.
Cihan siedział nieruchomo i wpatrywał się w talerz, ale jego myśli były zupełnie gdzie indziej.
Otworzyłem przed tobą serce.
Oddałem ci wszystko.
I co dostałem w zamian?
Powoli podniósł wzrok na Hancer.
Czy wbicie mi noża w plecy naprawdę ci nie wystarczyło?
Będziesz spokojna dopiero wtedy, kiedy zniszczysz mnie do końca?
— Mam nadzieję, że nie zajęliśmy niczyjego miejsca — odezwał się nagle Melih.
Jego głos przeciął napiętą ciszę.
Beyza zaśmiała się krótko.
Nie było w tym śmiechu ani odrobiny rozbawienia.
— Nie martw się.
Spojrzała wymownie na Hancer.
— Hancer doskonale wie, kto gdzie siedzi przy tym stole.
Przytyk był oczywisty.
Hancer spuściła wzrok.
Na krótką chwilę wróciły wspomnienia, których nie chciała dopuścić do siebie tego wieczoru.
Wspólne posiłki z Cihanem.
Rozmowy.
Uśmiechy.
Marzenia, które kiedyś wydawały się prawdziwe.
Wszystko to należało już do przeszłości.
— Dość tego!
Nusret uderzył dłonią w stół.
— To przekracza wszelkie granice!
Odwrócił się do Cihana.
— Zaprosiłeś do domu swoją byłą żonę i jej męża, podczas gdy pod tym samym dachem mieszkają twoja obecna żona i wasze dziecko! Czy ty w ogóle widzisz, jak to wygląda?
— Wujku — odezwał się Cihan lodowato — jesteś tutaj gościem. Pamiętaj o tym i waż słowa.
Nusret prychnął z oburzeniem.
— Jeśli ktoś powinien nauczyć się właściwego zachowania, to na pewno nie ja.
Powoli odsunął się od stołu.
— Nie zamierzam dłużej oglądać tego przedstawienia.
Wtedy odezwała się Hancer.
Jej głos był spokojny, ale pod tym spokojem kryła się gorycz, którą nosiła w sobie od miesięcy.
— Przedstawienia?
Wszyscy spojrzeli w jej stronę.
Hancer podniosła wzrok.
— Ja przez wiele miesięcy oglądałam wasze przedstawienie.
Nusret zesztywniał.
— Wszyscy odegraliście swoje role perfekcyjnie.
Jej spojrzenie zatrzymało się na Beyzie.
— Ty weszłaś do mojego domu jako kuzynka Cihana.
Beyza pobladła.
— A wszyscy przy tym stole doskonale wiedzieli, kim naprawdę jesteś.
Potem Hancer spojrzała na Nusreta.
— Pamiętasz dzień zaręczyn?
Mężczyzna odwrócił wzrok.
— Założyłeś mi pierścionek na palec. Uśmiechałeś się. Składałeś życzenia. Udawałeś człowieka, który dobrze mi życzy.
Nusret zacisnął szczęki.
— Twój występ był naprawdę godny podziwu — dodała cicho.
Przy stole zapadła grobowa cisza.
— Dlatego nie masz prawa patrzeć na kogokolwiek z góry.
Melih ukrył uśmiech.
Patrzył na Hancer z dumą, której nie potrafił całkiem ukryć.
Właśnie tak.
Nie pozwól im się zastraszyć.
Nie jesteś już sama.
Nusret w końcu ciężko westchnął.
— Wygląda na to, że przyszłaś tutaj, żeby zakłócić spokój naszej rodziny.
— Waszej rodziny? — powtórzyła Hancer.
— Tak. Naszej rodziny.
W jego głosie zabrzmiała wyższość.
— Ale nie damy ci tej satysfakcji. Wręcz przeciwnie. Będziemy siedzieć przy tym stole razem. Jak rodzina.
Spojrzał na nią twardo.
— A ty z każdym kolejnym kęsem będziesz coraz lepiej rozumiała, że nigdy nie byłaś godna tego miejsca.
Po tych słowach cisza znów opadła na jadalnię.
Ciężka.
Dusząca.
Pełna spojrzeń, których nikt nie potrafił już ukryć.
Ta kolacja dopiero się zaczęła.
A już było jasne, że nikt nie odejdzie od stołu bez kolejnej rany.